Witkiewicz, Wat, Chmielewski?

Autor skromnych opowiadań obyczajowych, utrzymanych w stylu prozy Marka Nowakowskiego, Wojciech Chmielewski tym razem zaskoczył nas nową książką.

Już poprzednia, Sylwia z Gibalaka, wydana przez krakowską oficynę Arcana, przekraczała granice realizmu, dyskretnie wprowadzając wątki metafizyczne. Teraz autor spróbował sił w pisaniu antyutopii z elementami sensacyjno-kryminalnymi, choć i plan realistyczny pozostał. Jak w Mistrzu i Małgorzacie fantastyka i realizm się przeplatają. Jak w Doczekaj nowiu Piotra Wojciechowskiego zagadkowy wypadek wpływa na losy postaci literackich, które jednak przede wszystkim zależą od potężnego sąsiada ze wschodu. Jak w Lodzie Jacka Dukaja groza unaocznia jedność naszej kultury. Jako polska wspólnota czytelnicza, wywodzimy się między innymi z czytania w XIX wieku Anhellego Juliusza Słowackiego, a w XX – Nienasycenia Stanisława Ignacego Witkiewicza czy Bezrobotnego Lucyfera Aleksandra Wata. I jak w Weselu (1901) Wyspiańskiego pada w XXI stuleciu pytanie: „Co tam panie, w polityce? Chińczyki trzymają się mocno?”.

Najnowsza opowieść Chmielewskiego, Księżyc ma zapach Warszawy, jest właśnie o tym: jak w futurologicznej wizji zrusyfikowanej Warszawy rządy sprawują Chińczycy. I trzymają nas mocno. Zsyłają do łagrów, osaczają techniką inwigilacji, przesądzają o bezalternatywnej narracji historycznej. Oto: „Emocje z dawnej epoki stają się coraz słabsze, jeszcze słabsze i wreszcie odpływają, by zaginąć gdzieś w niezgłębionej przestrzeni, którą penetruję przy pomocy Chińskich Okularów” (s. 48).

Eksperyment myślowy, który zaoferował Chmielewski, nie powinien wywoływać efektu uległości. Przeciwnie, najwyższa pora porzucić zbanalizowany imperatyw nieporównywania kultur. Jak u progu XX wieku w podręczniku Wincentego Zakrzewskiego Historia starożytna, tak i obecnie trzeba powtórzyć, na czym polega wyższość kultury śródziemnomorskiej nad azjatycką. Otóż każdy grecki wojownik wiedział, w jakiej sprawie walczy i działał z własnej woli. Tymczasem najeźdźcy stanowili bezwolną masę. Poststrukturalista skwitowałby pewnie myśl uczonego, uczestnika Powstania Styczniowego, zdaniem, iż mamy do czynienia z retorycznym toposem, nieweryfikowalnym uogólnieniem, a redaktor dopisałby w komentarzu: „Potrzebny przypis”. Te nieprzyjemności, które spotykają stwierdzających prawdę, nie zmieniają faktów. Zachodni indywidualizm miał pozytywne i negatywne skutki. Te drugie – to niejako gen autodestrukcji, który tkwi w pozytywnym waloryzowaniu buntu.

Akcja powieści rozgrywa się na dwu planach. Realistyczny ukazuje schyłek PRL w Warszawie. Bohaterami są studenci historii, główny rezoner – to nieatrakcyjny, niski, lecz pełen entuzjazmu Jacek. W rozmowach, a także we fragmentach narracyjnych, kryją się trzeźwe i gorzkie diagnozy pozornego charakteru transformacji ustrojowej, za której fasadą pozostaje niemal niewzruszona struktura społeczna. Elitą, decydentami mają pozostać środowiska w PRL uprzywilejowane. Szczerzy działacze Solidarności i Niezależnego Zrzeszenia Studentów będą traktowani lekceważąco.

Przygody Jacka obserwuje po co najmniej dwustu kilkudziesięciu latach historyczka z przyszłości, Nadieżda, czyli Nadzieja. Jej imię, jak i osobliwa polszczyzna, wynika z rusyfikacji. Mimo katastroficznej koncepcji planu fantastycznego, o proweniencji science fiction czy też political fiction, w podbitym przez dwa imperia: chińskie i rosyjskie świecie, mimo totalnej kontroli, Nadieżda przejawia charakterologiczne cechy polskie – nonkonformizm, pragnienie wolności, odróżnianie dobra od zła – co skutkuje denuncjacją, deportacją, uwięzieniem. Dystopijny aspekt powieściowego świata wyraża się w informacjach o realiach wegetacji w łagrach: „Nie wiem, za szto się tu znalazła, to jeszcze nie czas na zwierzenia. Od Matrycy Myśli jesteśmy odcięte, więc porozumiewamy się tylko dzięki rozmowom, a urządzenia w baraku rejestrują każde nasze słowo, każdy nasz ruch” (s. 336).

Przez półsen zniewolenia przebija wciąż, po odbyciu kary, ślad niezwerbalizowanej, ledwie przeczuwanej polskości, przywiązania do dawnej stolicy Polski, niewybaczalnego sentymentu. Patronem głównego bohatera realistycznego planu powieści jest św. Jacek Odrowąż – pierwszy Polak w Zakonie Kaznodziejskim, urodzony w Kamieniu Śląskim. Tym, kim w średniowieczy był kaznodzieja, w XX wieku, stuleciu sukcesów szkoły Annales, był historyk. Według Annales, historia miała być syntezą wiedzy. Jakie więc podsumowanie swojej epoki za pośrednictwem Jacka, proponuje urodzony w 1969 roku pisarz?

„Pokolenie, które badam, dopiero wchodziło do historii, chciało się w niej zapisać, to ludzie urodzeni pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku. Myśleli, że mają wolność, niepodległość i niektórzy z nich rzeczywiście porobili potem kariery, doszli do wielkich pieniędzy. Ale to byli nieliczni. Większość z nich, także bohaterowie, w których życie zaglądam, Jacek i inni – tych do niczego nie dopuszczono. Byli tamtemu systemowi potrzebni, o ile go wspierali, nie kontestowali, o ile byli grzeczni. To miała być taka armia klakierów potakująca tym, którym, dzięki układom i wielkim pieniądzom, naprawdę się udało” (s. 99). Jak sądzi historyczka z przyszłości: „W mojej ocenie nie potrafili odciąć się od zła, które ich osobiście dotknęło, nawet nie nazwali zła złem. Myślę, […] że byli tchórzami” (s. 100).

Nie wiem, czy jest to powieść bardzo udana. Zapewne kogoś mogłaby razić dosłowność kwestii wypowiadanych przez postacie planu realistycznego. Trzeba jednak przyznać, że w wiedzy o literaturze wybrzmiał kiedyś postulat, by wiedzieć, co się przeżyło. Dzięki literalnemu przekazaniu tej świadomości, wyostrzonej wskutek obserwacji kolejnych wydarzeń, po przeszło trzech dekadach, książka powinna usatysfakcjonować ludzi etosu Solidarności, a młodszych poinformować o prawdzie na temat ich doświadczenia. Realizmowi w stylu Marka Nowakowskiego – przechodnia, który krążył po Warszawie i uważnie obserwował rzeczywistość – stało się zadość. Można by narzekać na przerysowanie brzydoty, alkoholu, pospolitości. Niech jednak mają swoje miejsce w literaturze. Ich podkreślenie – to ukłony w stronę tradycji Marka Hłaski, Kazimierza Orłosia czy wspomnianego już autora Dwu dni z Aniołem, Nowakowskiego.

Plan fantastyczno-naukowy jest pomysłowy, nacechowany elegancką prostotą, dzięki czemu cała powieść utrzymuje się na poziomie literatury wysokoartystycznej, nie spadając do kategorii literatury zwanej popularną, a w istocie – trywialnej i komercyjnej. Dreszcz grozy, który przenika czytających o historyczce z przyszłości bliższy jest filozoficznemu namysłowi nad zagrożeniami dla zachodniej cywilizacji, który znamy z pism Oswalda Spenglera, Floriana Znanieckiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, niż z bestsellerów produkowanych masowo dla „klientów, co lubią się bać”.

Szata edytorska książki zakrawa na przemyślny żart. Kiedy ustawimy tom grzbietem do góry, zobaczymy zabawkę – atrapę radia z dwoma pokrętłami. Każde z nich – to komunistyczny symbol pięcioramiennej gwiazdy. Wybór między złem a złem jest momentem uprzytomnienia sobie zagłady ludzkiego świata. Jak pisał Witkacy, glob ziemski stanie się za mały na ucieczkę. Nie ma obowiązku opowiadania o nadziei. Resztki sumienia, mgliste wspomnienie o wolności są w zaniku. Sukcesem Wojciecha Chmielewskiego jest przedstawienie mentalności człowieka zniszczonego przez uległość. Co zrobić z takim ostrzeżeniem? Odłożyć z niesmakiem?

Niedopowiedzenie w zakończeniu wątku Jacka wskazuje chyba na ewentualność zamordowania go przez pijanego byłego nauczyciela, Mirosława. To imię znaczące: ten, kto wysławia „mir”, czyli „pokój” i „świat” po rosyjsku. Historyczny aspekt powieściowego świata – to raczej nie współczesność autora urodzonego w latach 60. XX w., lecz wiek XIX i zabytki oraz wiedza o przeszłości odleglejsze. To piętnastowieczny płomienisty gotyk kościoła św. Anny w Wilnie. To epoka napoleońska, a także czasy filomatów i filaretów. Student historii na przełomie lat 80. i 90. XX wieku woła podczas zwiedzania Wilna: „Wróciliśmy do Europy i za to piję!”; „Teraz jest wolność, złota wolność, ludzie, przestańcie się wreszcie bać!” (s. 323). Chłopakom, jak czytamy: „Szampańsko zapowiadał się powrót do ojczyzny. A może ojczyzna była też tutaj? – Ty jesteś jak zdrowie! – deklamował Jacek na placu Katedralnym. Biedne było Wilno, ale kochane. Zachowało urok miasta, w którego zaułkach spocone głowy potrafiły podnieść polską kulturę i wolność na same wyżyny, skąd żaden car nie mógł ich ściągnąć. Nie było już polskiego Wilna, ale Wilno było” (s. 323).

Los pokrzywdzonych pracowników naukowych, którzy rokowali, że uczciwie dążyliby do prawdy, ukazuje i zarazem upamiętnia następujący fragment powieściowego dialogu: „Przecież było tak, że kiedy ktoś chciał robić karierę zawodową, to się zapisywał. Albo lawirował. Ale nie mógł się wychylić, bo by go utrącili. Oceniajmy naszych profesorów po ich dokonaniach naukowych, a nie… – A słyszałeś o tych adiunktach zwolnionych z pracy tutaj, bo w 1977 zaczęli współpracować z opozycją? Wylali ich. Czy myślisz, że ktoś ich oficjalnie bronił? Może nieoficjalnie, na papierosku, w kuluarach. Ale o żadnym proteście polskich historyków przeciw zwolnieniu kolegów z pracy nie słyszałem, bo oni sami wykonali rozkaz władzy, sami ich zwolnili, kapujesz?” (s. 239).

Przez karty książki przewijają się odważne słowa bohaterów powieściowych – diagnozy podszytych zdradą środowisk politycznych i opiniotwórczych. Sam autor należy do uznanych dziennikarzy, zajmujących się kulturą, pisuje o literaturze i filmie. Debiutował jako nowelista w 2003 roku, jest laureatem Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego i Nagrody im. Cypriana Norwida. Opublikował cztery zbiory opowiadań i trzy powieści, a jego proza pojawiała się na łamach „Arcanów”, „Magazynu Apokaliptycznego 44/Czterdzieści i Cztery”, „Wyspy”, „Nowej Okolicy Poetów”. Jako recenzent współpracował z „Rzeczpospolitą”, „Nowymi Książkami”, „Odrą”, „Borussią”.

Głos rozsądku zamienia się w słowa Kassandry? Jeśli zawsze trzeba kończyć optymistycznym akcentem, miejmy nadzieję, że Wojciech Chmielewski uprawia wyrafinowaną grę międzytekstową, nawiązując, jak chcą koneserzy, do Ernsta Jüngera, Sándora Maraia, Chantal Delsol lub do Michela Houellebecqa. Niech kres, uległość i zmierzch pozostaną w sferze fikcji, a gorzki realizm niech się okaże „hiperbolą, czyli przesadnią” (jak uczą podręczniki teorii literatury).

Wojciech Chmielewski, Księżyc ma zapach Warszawy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *