Jest przeogromną – a stale nie dość docenianą – zasługą naszych rodziców, że istniejemy i jesteśmy tym, kim jesteśmy. W miarę upływu lat uzmysławiamy sobie to coraz bardziej. Dla wielu z nas pomocna okazuje się perspektywa własnego rodzicielstwa, tego, że Bóg obdarzył nas dziećmi, a my z radością, ale i z trudem wychowujemy je do dojrzałości. Przy okazji sami dojrzewając i pogłębiając własne poczucie sensu.
Gdy moja córka przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej byliśmy wspólnie zapraszani na msze święte. W ich trakcie większa część homilii miała trafić do dzieci, zaś na koniec kilka słów kierowano do dorosłych. Pamiętam, że ksiądz wówczas powiedział: „rodzice zastępują dzieciom Pana Boga na ziemi”. Tak wielka jest nasza – ojców i matek – godność, ale i odpowiedzialność.

Dlatego na wszystkie narzekania mojego dziecka – że się czepiam, wtrącam, że wymagam, że zwracam uwagę i nie daję spokoju – zawsze mówiłam: zrozum, będę z tego rozliczana tam. Pan Bóg mnie na pewno zapyta, czy wychowałam cię na człowieka i czy nie zgubiłaś wiary.
Słynny wrocławski duszpasterz akademicki, filar pieszych pielgrzymek na Jasną Górę oraz kapłan wierny Solidarności, śp. ksiądz Stanisław Orzechowski, potocznie zwany Orzechem, napisał kiedyś: „Bezinteresowna miłość, małżeńska i rodzicielska, zawsze jest maleńkim odbiciem nieskończonej Miłości, jaką darzy nas Bóg”.
Cudownym refleksem tej Miłości w moim życiu była moja ukochana Mama. Jej urodziny przypadały na 22 maja, cztery dni przed Świętem Matki. Kochała wszystkie kwiaty, całą przyrodę, ale najbardziej zachwycały ją bzy. Gdy zbyt szybko przekwitały, wtedy przynosiliśmy Jej róże, tulipany lub bukiet polnych kwiatów – maków, chabrów i rumianków. Kto wie, czy te zrywane osobiście na łące nie cieszyły Ją najbardziej.

W swej cichej i konsekwentnej mądrości pragnęła mieć dużo dzieci. Przyjście na świat każdego i każdej z nas napełniało ją szczęściem i wdzięcznością wobec Boga – stwórcy i dawcy życia. Dla nas zrezygnowała z kariery naukowej. Z nieutulonym bólem przeżywała odejście nieuleczalnie chorej 5-miesięcznej Magdusi. Skromne, czasem trudne warunki życia opromieniała uśmiechem, a szalone pomysły swojego męża oraz momentami ich niełatwe konsekwencje znosiła z pogodą i dzielnością. Zawsze podkreślała, że Dzień Matki świętowano już przed wojną, więc jest to prawdziwe i ważne święto.
Spójrzmy na głębię i mądrość języka polskiego. Kobieta spodziewająca się dziecka jest w stanie błogosławionym! Bo potomstwo to błogosławieństwo.
Ogromnie dziwię się i współczuję kobietom, które świadomie nie chcą założyć rodziny i mieć dzieci. Same dobrowolnie pozbawiają się szczęścia, którego nie da się porównać z niczym innym. Znam i bardzo cenię te kobiety, które nie mogąc osobiście doświadczać macierzyństwa, wspierają inne rodziny i pośrednio uczestniczą w wychowywaniu młodych. Ci zaś uczą się budowania więzi, poszerzania kręgu bliskich, a ciocie i wujkowie bywają nieocenieni w niejednej trudnej sytuacji. Tak się składa, że w spadku po naszych rodzicach otrzymaliśmy niemały krąg ich przyjaciół, którzy do dziś są naszą „przyszywaną rodziną”.
Cóż natomiast powiedzieć na temat matek i ojców, którzy zabijają swoje dzieci. Gdy jesienią 2020 roku przewalała się po Polsce fala Strajku Kobiet, z przerażeniem a czasem i współczuciem obserwowałam noszone przez młode dziewczyny hasła. Promowanym emblematem był wtedy czarny profil kobiety rozdzierany czerwoną błyskawicą. Któregoś razu czekając w kolejce do laboratorium zobaczyłam kobietę z tym symbolem przypiętym do płaszcza. Najsmutniejsze, że pchała przed sobą wózeczek ze śliczną dziewczynką i najwyraźniej nie widziała nic złego w odwoływaniu się do znaczenia piekielnej błyskawicy.

Próbuję to sobie jakoś tłumaczyć. Dlaczego tyle kobiet domaga się „prawa” do zabijania. Na pewno nie miały tak cudownej mamy jak ja, pewno zatraciły gdzieś wiarę albo nigdy nie wzrastały w jej świetle, pewno doświadczyły same upokorzenia lub bycia przedmiotem czyjejś uciechy. A może w dobie drapieżnego, pełnego pokus, świata – ich rodzicom zabrakło odwagi i uporu w wychowywaniu, dawaniu przykładu i objaśnianiu sensu istnienia.
Jakaś kobieta będąc w ciąży bliźniaczej zażądała zabicia jednego z maleństw w swym łonie, bo zażyczyła sobie urodzić jedno, a nie dwoje dzieci. W efekcie tego procederu będzie zarówno matką, jak i dzieciobójczynią. Abstrahując od kwestii całkowitego bezprawia oraz okrucieństwa wobec najbardziej bezbronnej osoby – po ludzku biorąc to wszystko dla normalnego człowieka jest niepojęte.
Tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja. Ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? – tak to trafnie ujęła w 1996 roku św. Matka Teresa z Kalkuty.
Trzydzieści lat później, w styczniu bieżącego roku, papież Leon XIV przemawiając do Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej wyrażał ubolewanie – że środki publiczne są przeznaczane na unicestwianie życia, zamiast być inwestowane we wsparcie matek i rodzin. Głównym celem musi pozostać ochrona każdego nienarodzonego dziecka oraz skuteczne i konkretne wsparcie każdej kobiety, aby mogła ona przyjąć życie.
Oby wzorem Przenajświętszej Matki Bożej z ust każdej kobiety w Polsce w chwili rozstrzygającej brzmiało zawsze biblijne „fiat” (z łac. niech mi się stanie).