Aleksandra Kołłontaj

– komunistyczna „wyzwolicielka” kobiet, która wyzwoliła je… prosto w piekło kobiet.

Wyobraźcie sobie arystokratkę z carskiej Rosji, córkę generała, która rzuciła wszystko, żeby walczyć o „sprawiedliwość dla robotnic”. Aleksandra Kołłontaj (1872–1952) została pierwszą MINISTRĄ w historii świata – ludowym komisarzem opieki społecznej w bolszewickim rządzie. Brzmi jak bajka o emancypacji? No właśnie. Tylko że ta bajka szybko zamieniła się w koszmar, w którym piękne hasła przykrywały zwykłe niszczenie rodziny, moralności i zdrowego rozsądku.

Kołłontaj mówiła: „Walczymy o prawa kobiet! O wolność! O zdrowie i życie!”. Brzmi pięknie, prawda? Tylko że „walka o prawa kobiet” w jej wykonaniu oznaczała przede wszystkim legalizację aborcji na życzenie w 1920 roku. Dekret nazywał to „ochroną zdrowia kobiet i interesu rasy”. Serio? Mniej dzieci, ale „lepszej jakości” – bo kobieta ma pracować dla rewolucji, a nie marnować czas na pieluchy i kołysanie. Dziecko? Nie problem. Państwo i kolektyw się nim zajmą. Matka tylko da życie i wraca do fabryki. Jakie to „postępowe”, co?

A walka z prostytucją? Też brzmi szlachetnie. Kołłontaj jednak twierdziła, że tradycyjne małżeństwo to… dokładnie ta sama prostytucja, tylko z dłuższym kontraktem. Żona sprzedaje się mężowi na całe życie w zamian za dach nad głową. Romantyzm level master. Dzięki temu „wglądowi” wprowadzono rozwody w jeden-dwa tygodnie. Wystarczyło złożyć wniosek pisemny albo nawet ustny: „Już nie chcę być jego żoną”. Bez podawania przyczyny, bez zgody drugiej strony. Jednostronnie. Rewolucja! Kobieta „wyzwolona” z niewolnictwa małżeństwa… mogła w każdej chwili spakować walizki i iść do następnego towarzysza. Efekt? Chaos rodzinny, dzieci bez stabilizacji i poczucie, że żadna relacja nie jest trwała.

Praca zawodowa? To oczywiście „wyzwolenie”. A macierzyństwo? To już nie sprawa matki. Kołłontaj wymyśliła kolektywne macierzyństwo – państwo i żłobki przejmują dziecko, żeby matka mogła budować socjalizm. Tradycyjna rodzina? Miała stopniowo zniknąć. Bo po co rodzina, skoro jest kolektyw i partia? Dzięki temu nowe pokolenia można było indoktrynować marksizmem od kołyski. Piękne hasło „socjalizacja macierzyństwa” w praktyce oznaczało: twoje dziecko nie jest twoje. Jest własnością proletariatu.

A seks? Kołłontaj niby zaprzeczała „teorii szklanki wody”, ale jej książki i artykuły krzyczały dokładnie to samo. Nowa „czerwona moralność”, komunistyczna etyka seksualna – seks jak picie wody. Bez uczuć, bez miłości, bez zobowiązań. Po prostu zaspokojenie instynktu.

W swoich opowiadaniach pokazała to w całej krasie. W „Miłości trzech pokoleń” pokazała progres: od romantycznej babci, przez „bardziej wyzwoloną” matkę, po wnuczkę, która bez mrugnięcia okiem idzie do łóżka z kochankiem swojej matki, bo „to tylko ciało”. Żadnej zazdrości, żadnej moralności. Czysta fizjologia.

Jeszcze dalej poszła w „Czerwonej miłości” i całym zbiorze „Miłość pszczół robotniczych”. Bohaterka Wasylisa zakochuje się namiętnie, ale gdy partner okazuje się niedoskonały, porzuca go i decyduje się wychowywać dziecko kolektywnie razem z innymi kobietami. Miłość do rewolucji i do kolektywu ważniejsza niż miłość do mężczyzny czy własnego dziecka. Kobiety są tu jak pszczoły robotnice – pracują dla wielkiego ula (państwa), a nie dla własnej rodziny. Cały zbiór to gloryfikacja demoralizacji: zazdrość jest burżuazyjna, posiadanie partnera – reakcyjne, a prawdziwa komunistka nie ma prawa do osobistego szczęścia. Zamiast cywilizacji i rozumu – powrót do dzikich instynktów pod czerwoną flagą.

Nie zapominajmy też o „wolnej miłości”, którą Kołłontaj promowała. Dzięki niej (i innym bolszewikom) zalegalizowano związki jednopłciowe – nie dlatego, że kochali wolność, ale dlatego, że walczyli z instytucją małżeństwa i tradycyjnej rodziny. Dokładnie tak, jak dzisiaj robią to lewicowo-liberalne środowiska. „Sodoma” pod tęczową flagą.

No i wisienka na torcie: Kołłontaj jako jedna z prekursorek feminatywów i nowomowy. Ministra, towarzyszka, komsomołka, agitpropka, członkini, robotnica… Trzeba było na siłę zmieniać język, żeby rzeczywistość wyglądała „równiej”. Bo jak inaczej zniszczyć stare pojęcia rodziny, małżeństwa i płci?

Cała ta ideologia finalnie prowadziła do dehumanizacji człowieka. Kobieta stawała się tylko robotnicą i inkubatorem dla rewolucji. Dziecko – narzędziem kolektywu. Miłość i rodzina – przestarzałymi burżuazyjnymi przesądami. Człowiek tracił godność, indywidualność i świętość relacji. Zostawał tylko trybikiem w wielkiej maszynie marksistowskiej ideologii państwa.

Całe szczęście, że nie wszystko da się wprowadzić. Niedawno obecna większość rządząca od 13 grudnia forsowała podobne „łatwe rozwody na życzenie” – dokładnie w stylu Kołłontaj. Na szczęście prezydent Karol Nawrocki zawetował tę ustawę. I zapowiedział, że zawsze będzie stał w obronie tradycyjnych wartości rodziny i małżeństwa oraz nie zgodzi się na małżeństwa jednopłciowe.

Na koniec zostawiam Wam pytanie, drodzy Czytelnicy:

Ile wspólnego ma ta komunistyczno-marksistowska ideologia sprzed stu lat ze współczesną polityką lewaków i liberałów? Dlaczego, mimo że w przeszłości przyniosła katastrofę społeczną i demograficzną słyszymy dokładnie te same postulaty żywcem wyjęte z komunistycznych manifestów? Może po prostu ktoś lubi niszczyć to, co przez wieki budowało cywilizację… pod hasłem „postępu”? Zastanówmy się.

Jeden komentarz

  1. Autor jak zwykle wraca do źródła problemu. Przyczyna wrzeszczących liderek tkwi w komunizmie. Człowiek zdemoralizowany jest łatwym niewolnikiem. Wiedzieli o tym komuniści, ale nie zdają sobie z tego sprawy dzisiejsze feministki. Dziękuję za cenne spojrzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *