Ach, ci rudzi premierzy… Jeden z nich, ten nasz obecny, kiedy siada do fortepianu, to najwyżej „Stille Nacht” potrafi zmaltretować tak, że nawet aniołki w niebie zatykają uszy i wołają o azyl polityczny w Brukseli. A drugi? Ignacy Jan Paderewski – prawdziwy patriota, czarodziej klawiatury, król pianistów. Ten nie tylko grał, on dyrygował całą orkiestrą wielkiej polityki, i to tak, że światowi liderzy klaskali na stojąco. I wiecie co? Wszystko zaczęło się od rudego chłopaka z Podola, którego siostra, Antonina, w książce „Siostra wirtuoza” Agnieszki Lis wspomina z mieszaniną dumy i lekkiej zazdrości: „od paru lat zazdrościłam Ignacemu. I to nawet nie tego, że coraz piękniej grał na fortepianie”.
Talent otwierał mu drzwi do salonów, o jakich dzisiejsi politycy mogą tylko pomarzyć po trzecim kieliszku na partyjnym rautcie. Helena Modrzejewska, wielka aktorka, zachwycona jego grą, wybuliła kasę na studia w Wiedniu. Henryk Sienkiewicz – tak, ten od „Quo vadis” – kumplował się z nim przy kieliszku i wspólnych akcjach dla Polski. Charles Camille Saint-Saëns w Paryżu uznawał go za równego sobie. A królowa Wiktoria? Prywatny koncert w pałacu, i nawet jej szkockie owczarki merdały ogonkami do mazurków. Arthur Balfour, Woodrow Wilson – z tymi to już nie tylko artystyczne pogaduszki, ale poważne sprawy państwowe.
Nazywano go „królem pianistów” i „czarodziejem klawiatury”. W Paryżu Piotr Czajkowski, po koncercie Paderewskiego, wyraźnie podkreślił, że jest on „na równi z d’Albertem pierwszy z pianistów naszych czasów”. Siostra Antonina wspomina to z dumą, jakby sama stała na scenie. A obecny rudy? No cóż, on najwyżej może się pochwalić, że na jakimś spotkaniu partyjnym odśpiewał „Wśród nocnej ciszy” fałszując tak, że nawet psy pouciekały, ale to może z innego powodu.
Przed podbojem Ameryki Ignacy ćwiczył… po szesnaście godzin na dobę. Walczył też z własnymi palcami (były za krótkie) i „dziwnymi minami”, które robił podczas gry – wszystko po to, żeby publiczność nie widziała wysiłku, tylko czary. Prawdziwy tytan pracy w przeciwieństwie do wiecznie bumelującego człowieka Putina w Warszawie.

W 1908 roku Paderewski zlecił rzeźbiarzowi Antoniemu Wiwulskiemu pomnik upamiętniający zwycięstwo pod Grunwaldem. Monument odsłonięto w 1910 roku w Krakowie w obecności ponad 150 tysiący ludzi! Paderewski wygłosił wtedy płomienne przemówienie o niepodległości – „praojcom na chwałę, braciom na otuchę”. Ludzie płakali, chorągwie łopotały, a duch Polski wstawał z kolan. A dziś? Człowiek Tuska stawia w Warszawie jakieś gipsowe jajo i nazywa to „sztuką współczesną”. No, różnica poziomów jak między Steinwayem a zabawką z Lidla.
Ale Paderewski nie poprzestał na sztuce. Kumplował się z najbliższym doradcą prezydenta USA, pułkownikiem Edwardem Housem, dzięki czemu wbił się do samego Woodrowa Wilsona. Zagrał koncert, pogadał jak człowiek z człowiekiem i załatwił, co trzeba. Wilson w swoich 14 punktach jasno powiedział Szwabom i Kacapom: oddajcie Polakom ich ziemie, dajcie Rzeczypospolitej dostęp do morza! Dzięki Paderewskiemu Polska wróciła na mapę nie jako prowincja, ale jako suwerenne państwo. A dzisiejszy rudy premier? Ten suwerenność oddaje eurokratom na tacy, z uśmiechem i uroczyście witając „inżynierów” oraz antybiotykową wołowinę z Mercosur. „Tak jest, proszę pani von der Leyen, jeszcze jeden raport i jesteśmy w Unii po uszy”.

Gdy Paderewski wracał do kraju w grudniu 1918 roku, Niemcy chcieli go zatrzymać za wszelką cenę. Bali się, że ten wirtuoz rozkręci Polakom rewolucję. Pociąg w Rogoźnie – blokada, nerwy, groźby. A on? Zatrzymał się w Poznaniu, wyszedł na balkon Hotelu Bazar i wygłosił mowę, od której zapaliło się Powstanie Wielkopolskie. Ludzie ruszyli do walki. To był prawdziwy lider, nie taki, co pakuje plecak ewakuacyjny, gdy w kraju robi się gorąco.
Nie był tylko wielkim pianistą czy politykiem. Ignacy Jan Paderewski miał w sobie coś z wizjonera, człowieka o wielkim sercu… i przy okazji świetnego inwestora w ludzi.
Młody Herbert Hoover, wtedy biedny student inżynierii górniczej, razem z przyjaciółmi wpadł na genialny pomysł: zorganizujemy koncert Paderewskiego i zarobimy na czesne. Gwarantowali mistrzowi honorarium (bodaj 2000 dolarów – wtedy ogromna kasa, bo według wartości złota dziś to równowartość 1mln zł), wynajęli salę, rozkleili plakaty… a potem rzeczywistość dała im po nosie.
No i stanęli przed Paderewskim jak uczniaki, które rozbiły szybę w oknie: „Maestro… nie mamy całej kwoty…”.
Ignacy tylko się uśmiechnął, machnął ręką i powiedział mniej więcej:
„Odwdzięczy mi się pan kiedyś, panie Hoover”.
Nie tylko zrezygnował z reszty pieniędzy, ale jeszcze dorzucił coś od siebie, żeby studenci nie wyszli na minusie. I zapomniał. Ale los – o dziwo – nie zapomniał. I miał naprawdę świetne poczucie humoru.
Dwadzieścia kilka lat później ten sam Hoover, już jako szef ogromnej akcji humanitarnej, stanął na czele pomocy dla głodującej po Wielkiej Wojnie Polski. Dzięki osobistym kontaktom, charyzmie i światowej pozycji „króla pianistów” Paderewski sprawił, że programy American Relief Administration (ARA) Herberta Hoovera oraz Polsko-Amerykański Komitet Pomocy Dzieciom (PAKPD) ruszyły z taką siłą, jakby ktoś odkręcił kurek z amerykańskim dobrem na maksa.
W latach 1919–1922 ARA dostarczyła ponad dziesięć tysięcy ton żywności, otworzyła sieć magazynów i kuchni w całym kraju i w szczytowym momencie karmiła aż 1,3 miliona polskich dzieci. PAKPD z kolei zatrudnił 630 osób i współpracował z dwudziestoma tysiącami wolontariuszy – jedzenie i odzież płynęły prosto z USA przez Gdańsk, prosto do brzuchów maluchów i ich matek.
A kiedy w styczniu 1919 roku Hoover przyjechał do Warszawy z pierwszym transportem, spojrzał na Paderewskiego i powiedział z szerokim uśmiechem:
„Teraz chyba spłaciłem mój dług wobec pana, maestro?”
Paderewski nie był technicznym organizatorem tej machiny. Nie musiał. Wystarczyło, że był sobą – artystą, dyplomatą i człowiekiem, którego sława otwierała drzwi, do których nikt inny nie umiał nawet zapukać. Dzięki niemu Polska nie tylko odzyskała wolność na mapie. Dzięki niemu przetrwała te pierwsze, najtrudniejsze lata… z pełnym brzuchem.
Polacy mieszkający za granicą nieraz udowadniali, że mają w sobie więcej patriotyzmu niż niejedni w kraju. Z tej tęsknoty za Ojczyzną są po prostu bardziej zdeterminowani do walki. Jak wspomniała moja znajoma: kiedy siedzisz w szopie, wokół której szaleje pożar, nie widzisz zagrożenia. Ale sąsiedzi już dzwonią po straż pożarną, żeby uratować tych zamkniętych w środku. Paderewski był właśnie takim sąsiadem – wielkim ambasadorem polskich spraw na światowych salonach. Totalne przeciwieństwo innego rudego premiera, który zamiast gasić pożar, dolewa benzyny po 5.19 za pół litra i mówi, że to „zielona transformacja”.
Ignacy Jan Paderewski – wirtuoz, premier, patriota. Rudy, który naprawdę grał pierwsze skrzypce dla Polski. Brawo, Maestro!
Znakomita synteza porównawcza. Dobrane są rzeczowe przykłady z literatury biograficznej, a także z wnikliwej obserwacji obecnej polityki. Przyjemnie się czyta o utalentowanym i pracowitym patriocie. I z żalem patrzy się na przeciwieństwo. Tekst jest zabawny i refleksyjny.