Śmierć na płaskowyżu bywa rodzajem zwolnienia od przysięgi.
Sen, w który zapada się świadomość, trwa jednak krótko. Odżywiona sokami jałowej ziemi rozpoczyna samotną wędrówkę po płaskowyżu. Jest to bezplanowa tułaczka wyzwolonej, pełnej świadomości istnienia. Wie ona, że wśród regularnych sześcianów znajdują się łowcy, którzy pracując przy pomocy prymitywnych narzędzi, pieszo, w zdartym do cna obuwiu, znajdują świadomość istnienia płaskowyżu.
Płaskowyż jest izolowany od reszty kontynentu i odmienny. Wyprawa łowców świadomości pokonawszy pionowe ściany rozpoczęła polowanie. Pojawia się coraz więcej regularnych sześcianów. Jednakowoż, nawet największe ich skupienia nie mogą przekształcić się w górę, czy chociażby kopiec. Gdyby coś tak nieprawdopodobnego nastąpiło nie mielibyśmy powodu do określenia „płaskowyż”.
Kierownictwo wyprawy zdało sobie sprawę z tych prawidłowości zbyt późno. Trzeba bowiem pamiętać, że regularność występowania i układu sześcianów jest uchwytna dopiero po przebyciu setek kilometrów w najtrudniejszych warunkach. Gdyby rozpoczęto wędrówkę od liczenia każdego znalezionego sześcianu i mierzenia, nawet niedokładnego, odległości pomiędzy nimi, obraz owej architektury bez wzniesień i kontrastów pojawiłby się o wiele wcześniej. Teraz gdy okazało się, że była to sieć, z początku rzadka, a później zagęszczająca się, o precyzyjnie skalkulowanej strukturze – teraz już nic do zrobienia nie zostało, ale skończyła się żywność i woda. Dygoczące w gorączce ludzkie postacie o dziwacznych sylwetkach stanowiły jedyne akcenty obcej dla płaskowyżu przestrzeni. Świadomość rozwoju dalszych wypadków zdobyli w mgnieniu oka.
Pojęli teraz co nastąpi: świadomość – piękne trofeum, z którym nie wrócą już do punktu wyjścia. Dziwne jest tylko to: już na początku drogi mogli zdobyć pewność śmierci na płaskowyżu.
Wrocław 1966 r.