Niebawem rozbierzemy bożonarodzeniowe drzewko, zgodnie z tradycją 2 lutego, w święto Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni. To jedno z najdawniejszych świąt w chrześcijaństwie, obchodzone już w IV wieku, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, co wiąże się ze święceniem gromnic, które dawniej zapalano też podczas burzy, by chronić domostwo przed gromami i wywołanymi przez nie pożarami. Stąd nazwa tych świec. Liturgicznie okres Bożego Narodzenia kończy się wcześniej, w pierwszą niedzielę po święcie Trzech Króli, ale polskim zwyczajem dopiero w uroczystość Matki Bożej Gromnicznej przestajemy kolędować, usuwamy żłóbki i choinki.
Zanim rozbiorę naszą – żywą, sięgającą jak co roku do sufitu, uginającą się od nadmiaru zgromadzonych przez dziesiątki lat ozdób – pewnie jeszcze raz zapalimy na niej świeczki umocowane w stareńkich uchwytach z klipsem, zgasimy wszystkie światła w mieszkaniu, wyłączymy elektryczne lampki choinkowe i zanurzymy się w aksamitny półmrok i dostojną ciszę. Blask chyboczących płomieni świec ożywia ozdoby, wyostrza kolory bombek i choinka – która według zapomnianych już wierzeń jest symbolem rajskiego drzewa życia i osią świata, łączącą niebo z ziemią – wydaje się naprawdę przekazywać Boże błogosławieństwo.
Gdy w tym roku przy naszych gościach powstał taki nastrój, młodsi zaniemówili, by wyszeptać za chwilę: „pierwszy raz w życiu widzę choinkę oświetloną tylko świeczkami, jakie to niesamowite”, natomiast starsi, już w dzieciństwie obyci z taką atmosferą, zaczęli na wesoło snuć opowieści o tym, jak to dawno temu, w ich rodzinnych domach drzewko zapaliło się od świeczek i u jednych tata gasił ogień swoją marynarką, a u drugich wyrzucał płonącą choinkę przez okno. Nie wywołały te wspomnienia grozy, raczej ogólne rozbawienie, ale na wszelki wypadek pilnowałam, by w porę zdmuchnąć ogarki.
Ubieranie choinki, co w moim przypadku trwa kilka godzin, ma w sobie coś z wydobywania przeszłości w teraźniejszość, a rozbieranie, też wielogodzinne, staje się zamykaniem czasu przeszłego ponownie w pudłach – na przyszłość. Każda bombka, każdy ozdobny detal przywołuje z pamięci odległe chwile albo naszych bliskich. A to szklane sople sprzed wojny, przywiezione przez mamę z jej rodzinnego domu, a to zszarzałe od starości bombki znane od dzieciństwa, i nowsze z malunkami – to na ogół prezenty od przyjaciół, aniołki, dzwoneczki, szydełkowe gwiazdki, urocze drobiazgi wykonane przez dzieci. Każda ozdóbka brana do ręki, starannie owijana i chowana do pudełek z napisami „ważne”, „bardzo ważne”, „święte”, „banialuki” (aby w następnym roku wiadomo było, co bezwzględnie należy powiesić, a co ewentualnie pominąć) coś opowiada, kogoś przypomina.
Nie można być obojętnym wobec obfitości rajskiego drzewa, do którego od wieków nawiązuje choinka, czyli drzewko, jak mawiano dawniej, zwłaszcza na ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej. W naszych zlaicyzowanych czasach stała się tak powszechnym i niezbędnym elementem Bożego Narodzenia, że nawet niewierzący – którzy nie obchodzą świąt, bo nie obchodzi ich Bóg – nawet zapiekli ateiści stawiają w swych domach ten dekoracyjny, ale przede wszystkim chrześcijański symbol trwałości wiary, odrodzenia i życia wiecznego.
Smutne jest pożegnanie choinki i wraz z nią czasu bożonarodzeniowych radości. Ta, która do niedawna królowała w honorowym miejscu, pysznie wystrojona, lśniąca, podziwiana – nagle staje się suchym badylem, po prostu śmieciem. We wczesnych latach szkolnych silne wrażenie na mnie zrobiła czytanka o choince, która po świętach – pozbawiona ozdób i nikomu już niepotrzebna – wylądowała na śmietniku. Rozżalona skarżyła się na ludzi, którzy najpierw ją hołubili, a potem wyrzucili. Musiała to być sugestywna opowieść, skoro do tej pory pamiętam uczucie litości, jakie wywołała we mnie ta nieszczęsna bohaterka szkolnej czytanki. Dlatego też nie wciskam choinki do kubła BIO, ani nie wystawiam na ulicę, żeby ją zabrali śmieciarze, lecz „rytualnie”, jak to z przymrużeniem oka nazywamy, jest palona w ogrodzie. Popiół z niej zasila glebę, z której już wkrótce rośliny zaczną czerpać życiodajne składniki i wzrastać na Święta Zmartwychwstania Pańskiego.
Z zakupem drzewka, które wkrótce pożegnamy, wiąże się zabawny incydent. Gdy w grudniu przyjechaliśmy z mężem do punktu sprzedaży, zastaliśmy dziwną scenę: pan na wózku inwalidzkim i sprzedawczyni mocowali się z rozłożystą choinką, która nie chciała przejść przez rurę z siatką do pakowania. Ruszyliśmy na pomoc. Mąż z tym panem ciągnęli choinkę od strony pnia, sprzedawczyni i ja wciskałyśmy ją od strony czubka. Mozoliliśmy się wszyscy z uporem i na wesoło. „To mi przypomina, jak w młodości otwierało się butelkę wina, kiedy nie było korkociągu” – dowcipkował inwalida. Wreszcie przepchnęliśmy owiniętą już w siatkę choinkę, jegomość z naszą pomocą umieścił ją w poprzek swojego inwalidzkiego pojazdu w taki sposób, że wystawała po metrze z każdej strony, i ruszył chyżo na ulicę, wołając na odjezdnym: „Zaraz będzie komunikat, że na ulicy Karmelkowej jest korek, bo przez gościa z choinką dachował autobus”.
Grunt to poczucie humoru w każdej okoliczności, czego i Państwu życzę na ten rok.