W czas Objawienia Pańskiego godzi się przytoczyć następujące rymowane strofy: Wejzrzy, wejzrzy z swej wysokości, O, Boże wszej sprawiedliwości Na krziwdę, na gwałt obtoczonych Twych krześcjan od cie stworzonych, Co im wyrządza frant złośliwy. Pokaż moc, pokaż, Boże żywy. Postrasz, zasmuć go, jak on czynił Tym wiernym twym, gdy je tak trapił. O, daj to dziecie namilejsze, Dla nas narodzony Jezusie. Amen.
Taką treść na tablicy kościoła św. Krzysztofa we Wrocławiu notowali Polacy jeszcze 200 lat temu. Datuje się ją na 1641 rok, nie przetrwała do naszych czasów. Ale przetrwali Polacy.
Inspiracją dla moich refleksji stał się artykuł z 78. numeru „Prawda jest ciekawa” przyjaciela Piotra Sutowicza. Łączy nas nie tylko przedmiot zainteresowań, głównie historia. Piotr mieszka w Bieńkowicach, ja w Brochowie – oba osiedla leżą na wschodnim krańcu Wrocławia. Skoncentruję się zatem na tej obecnie wrocławskiej parafii i polskim losie tych dwu przedmieść Wrocławia na przestrzeni przedostatnich dwóch wieków.
Piotr wspomniał o podwrocławskim Jerzym Tresce z Nowego Dworu, gdzie miejscowi Polacy używali – co podkreślam – polskiej gwary dolnośląskiej, której zanik nastąpił około 150 lat temu. W szkole w Laskowicach Oławskich pod Jelczem, wprowadzono w 1820 roku język niemiecki. Podobnie, jeszcze wcześniej, wydano zarządzenie dla ewangelickiej szkoły wiejskiej w Solnikach (obecnie część Radwanic), tuż za obecnymi południowo-wschodnimi granicami Wrocławia. Przywódca buntu dolnośląskich protestanckich chłopów z Laskowic, Jerzy Treska mówił wprost przed niemieckim sądem, że jego ojczystym językiem jest język polski. Nie ma tu mowy zarówno w jego wypowiedzi, jak i świadków o jakimś wasserpolnisch czy śląskim. Wówczas władza państwowa się na pewien czas ugięła, choć w imię centralizacji i jedności kulturowej rugowano od dekady w drodze administracyjnej język polski w szkole.

Treska w petycji do lokalnej władzy państwowej w 1826 roku stwierdza, że dominium laskowickie obejmuje 391 polskich gospodarstw, a jedynie 48 niemieckie. Uważał zatem, że przywrócenie języka jakiego używają w domu jest zasadne również w kościele i w szkole. „Polacy są tak samo ludźmi jak inni i nie żyją jak nierozumne bydło” – to cytat Treski z petycji. Ewangelicka gmina laskowicka, znajdowała się po tzw. „polskiej stronie Odry” i obejmowała m.in. Jelcz, Brzezinki, Chwałowice, Nowy Dwór, skąd pochodził Treska oraz Ratowice nieopodal brzegu Odry. W sąsiadującej od północnego zachodu parafii zarówno ewangelickiej jak i katolickiej, które obecnie graniczą z Wrocławiem, polskość zachowała się w mniejszym stopniu. Wówczas nieliczni już Polacy mieszkali w Swojczycach, obecnym osiedlu wrocławskim. Określenie fizjograficzne, ale również polityczne „polska strona Odry” zaznaczano na mapach i opisach w dobie Oświecenia, a używano znacznie wcześniej. Termin ten został wyrugowany dopiero w drugiej połowie XIX wieku.
Tu muszę się odwołać do wzruszającego osobistego spotkania. Na początku XXI wieku znajomi Brochowianie skontaktowali mnie z rodziną, która przyleciała via Niemcy aż z Brazylii. Okazuje się, że ich dziadek i babcia brali ślub około 1913 roku w brochowskim kościele. Szukali korzeni rodzinnych. Zapytałem najpierw o nazwisko. Wyjaśniłem, tłumacząc je z języka polskiego, że ich pradziadkowie nazywali się Główka (Glowke) i byli pochodzenia polskiego. Następne pytania dotyczyły wyznania i z jakiej wsi pochodzili.
Amator historii, mąż wnuczki, rodowity Niemiec z Hesji wyciągnął kserokopie dokumentów z połowy XVIII wieku, za które zapłacił niemałą sumkę amerykańskim mormonom. W dokumencie pojawili się świadkowie chrztu lub krewni, ewangelicy o polskich nazwiskach nie tylko Główka, lecz Zaba, Karasch, Ryba. Od razu skojarzyłem ich z nadodrzańskimi Polakami. Z trudem udało mi się odkryć, że pochodzili m.in. z Chwałowic, czyli parafii laskowickiej. Z poufnego raportu Konsystorza Ewangelickiego w związku ze sprawą Treski wynika, że we wspomnianych Chwałowicach w 1826 roku mieszkało tylko 4 gospodarzy niemieckich a 36 polskich, a w Ratowicach tuż nad Odrą – 7 niemieckich i aż 58 polskich.

Niedawno dotarłem do nazwisk właścicieli łąk nadodrzańskich z Ratowic, wypisanych na mapie regulacyjnej Odry z połowy XIX wieku. Pojawiają się tam nazwy miejscowe, już dziś zanikłe, np. nadrzeczny grunt należący do Ratowic i Jelcza pod nazwą „Odrsitze”. Nieopodal są łąki chłopów z Ratowic: Treske, Wiechle, Moche. W innych pobliskich wsiach, ale też w Brochowie spotyka się nazwiska z pozoru niemieckie, a przecież Beer, Beyer, Beier, pochodzi w tym przypadku od „gbura”, „bura”, w gwarze dolnośląskiej baura (czasem wymawiano „biełra”), czyli spolszczonej nazwy niemieckiej Bauer (chłop). W owych czasach oznaczało chłopa zależnego, czasem pańszczyźnianego, ale zazwyczaj posiadacza gospodarstwa z możliwością jego dziedziczenia.
Tej okoliczności prawnej można m.in. zawdzięczać, że w danej wiosce utrzymały się rodziny lub na długo utrwaliły się stosunki rodzinne tak istotne dla zachowania tożsamości języka i pochodzenia. Często otrzymywali niemieckie nazwiska. Stąd po obydwu stronach Odry spotkać można nazwisko Wagner, Winkler co oczywiście nie ułatwia identyfikacji tożsamości nosiciela nazwiska. Na przykład, w Laskowicach ostatnie nabożeństwo w języku polskim odprawił w 1881 roku pastor August Winkler. Sądzę, że inny z brochowskich kmieci o nazwisku Winkler był Niemcem, choć z ewangelickich aktów urodzin można dostrzec, że matki względnie babki nosiły nazwiska nieniemieckie, pochodziły prawdopodobnie z polskich rodzin z tych zasiedziałych wiosek w pobliżu Świętej Katarzyny, Kotowic, Siedlca, Iwin, Żernik czy Bieńkowic.

Biedniejsi chłopi zależni otrzymywali po prostu przezwiska, często takie jakimi obdarzali ich sąsiedzi. Nawiązywały one czasem do rodzaju obowiązku pańszczyźnianego, czasem do jakiejś umiejętności czy choćby używanego imienia. Nazwiska te świadczą, że ich nosiciele mieszkali kiedyś w środowisku polskim. Stąd wspomniany Karaś czy Żaba. Po drugiej stronie Odry, w Żernikach pod Wrocławiem, w Świętej Katarzynie, Radwanicach, Zacharzycach czy Bieńkowicach spotykamy nazwiska Beyer, Stache, Lorke, Runschke, Rontschke (Rączka), Bogedall (Bogdale, od Bogdała, Bógdała?). Do dziś w gminie Szczekocin, w powiecie zawierciańskim znajduje się wieś Bógdał. Takie nazwiska nosi sporo świadków chrztów oraz matki i babki chrzczonych brochowskich niemowląt. Do dziś zachował się dom z 1874 roku z inicjałami dawnego kmiecia Gottfrieda Wielscha, spokrewnionego z mieszkańcami wymienionych wyżej miejscowości. Czy jego sąsiad, Kusche, był Polakiem nie wiadomo, ale z pewnością był nim mieszkaniec Bieńkowic, Urbanski. Podobnie z Dombrowskim przybyłym do Brochowa ok. 1820.
Na ówczesnej ul. Głównej w Brochowie pod nr 7 zamieszkiwał co najmniej od połowy XVIII wieku bogaty chłop, jeden z 5 kmieci brochowskich, Winkler, w drugiej dekadzie XIX w. reprezentowała gospodarstwo wdowa po nim o nazwisku Beier; pochodząca prawdopodobnie z rodziny z Bieńkowic lub Zacharzyc. Po prawej stronie miał zagrodnika Nowaka, a po lewej mieszkał Mischke, nieco dalej przedstawiciel najbiedniejszej ludności, chałupnik Bartsch, którego zanotowano w Brochowie już w 1755 roku.
Nowak przybył we wspomnianej wyżej dekadzie prawdopodobnie z parafii w Piskorzowie, gdzie mieszkało sporo Polaków zarówno ewangelików, jak i katolików. Nowakowie, oczywiście całkowicie zniemczeni dotrwali na swojej posesji, następne stulecie do 1945 roku, podobnie jak wdowa po ostatnim Winklerze. Po drugiej stronie ulicy mieszkali aż do XX w. dawni Dolnoślązacy, Gohlowie, a także – choć notowany epizodycznie – Gotfryd Tscheischke. Czy pierwotnie nazywał się Czaszka czy Czyżko, trudno stwierdzić. O wiele łatwiej ustalić pochodzenie późniejszego brochowskiego rzeźnika, Dombrowskiego (Dambrowskiego). Pochodził z wioski na południe od obecnych granic Wrocławia. W powyższych przypadkach trudno cokolwiek powiedzieć o świadomości narodowej. Dotyczy to dla przykładu młynarza brochowskiego Peschela, który występuje w dokumentach dotyczących Brochowa w latach 30. XIX wieku, czy bogatszego chłopa, Peschinga, który zdaje się nabył grunt od dawnego kmiecia Wielscha. Jakim językiem mówili w domu, a jakim w sprawach oficjalnych wymienieni wyżej chłopi brochowscy i bieńkowiccy?
Język domowy odróżniał ich od niepolskiego otoczenia, a tam gdzie właściciel nazwiska przebywał stale w polskiej wyspie językowej wzmacniał odrębność, zachęcał do używania języka domowego jako języka publicznego, to jest tego, którego używa się wobec sąsiadów i w stosunkach miejscowych. Wszyscy oni oczywiście znali język niemiecki, podobnie jak wspomniany Jerzy Treska. Ale to on w imię praw człowieka żądał od władzy pruskiej, aby język domowy stał się dla niego i mieszkańców sąsiednich wiosek, językiem przekazu publicznego.
Zjawisko zanikania lub utrwalania języka publicznego możemy dziś obserwować u Polaków litewskich czy Serbołużyczan. Dodam, że zarówno Serbołużyczanie jak i władza niemiecka, choćby bardzo restrykcyjna i „pruska” nigdy nie posługiwała się wobec Serbołużyczan opisem, że są to jacyś „Polacy” czy też Niemcy używający języka słowiańskiego. W pruskiej rejencji legnickiej, również po prawej, obecnie polskiej stronie Nysy w omawianym czasie funkcjonowały nieliczne wiejskie ewangelickie szkoły dwuklasowe uczące również języka Wendów – jak wówczas określano Serbołużyczan. Były to szkoły dwujęzyczne. Podobnie w pruskiej statystyce szkolnej dotyczącej Śląska nie ma dwujęzycznych szkół niemiecko-śląskich, lecz niemiecko-polskie. Nie było bowiem języka śląskiego, tak wówczas jak i dziś!
Pomysł na mowę śląską zrodził się na dawnym pograniczu prusko-austriackim pod koniec XIX wieku i to raczej w sporze kulturowym między nieniemieckimi mieszkańcami pogranicza. Ślązacy austriaccy chcieli się odróżnić od Morawian i Czechów, ale na pograniczu opawskim oraz głubczycko-raciborskim w państwie pruskim nie uważali się za Niemców. Dopiero w XX wieku wraz z polsko-niemieckim sporem językowym dotyczącym tożsamości narodowej, Niemcy politycznie wykorzystali pojęcie „Ślązacy” akceptując celowo niepolskie i nieniemieckie ujęcie.
Dwujęzyczność na Śląsku była akceptowana czy raczej tolerowana przez władzę państwową, póki nie uznano konieczności ujednolicenia kulturowego w duchu wierności państwu. Ten swoisty pruski prolog do późniejszej ogólnoniemieckiej „walki o kulturę” (Kulturkampfu) rozpoczął się po wojnach śląskich, to jest po 1763 roku. Fryderyk II zabrał się za katolików, wietrząc irredentę habsburską na Śląsku, zdecydowanie obniżył polityczne i gospodarcze wpływy Kościoła katolickiego. Za to faworyzował ewangelików, gotowy zaakceptować polski język, zwłaszcza w wiejskich zborach ewangelickich, byleby byli wierni monarchii pruskiej i stanowili dobry materiał na żołnierza.
Król wydał wówczas zarządzenie (1753), które zawierało pozwolenie na otwarcie ewangelickiej szkoły elementarnej polsko-niemieckiej w Solnikach – obecnie część Radwanic, bezpośrednio dziś sąsiadująca z wrocławskimi Bieńkowicami. Szkoła ta miała obsługiwać oprócz wymienionych wyżej wsi również Księże Wielkie, Siechnice, Zacharzyce, Świętą Katarzynę i Groblice. W czasie wojen śląskich dla celów wyłącznie państwowych kazał drukować po polsku uniwersały, a nawet wydawać prorządową gazetę po polsku dla górnośląskiej ludności i akcentować dawniejsze powiązania Hohenzollernów z Piastami, zwłaszcza legnicko-brzeskimi ewangelikami. Cóż się nie robi ku chwale Prus!
Wówczas mniej ważne było dla króla Prus, jakim językiem posługuje się pruski poddany. Sam Fryc bowiem używał języka intelektu, czyli francuskiego, znajomość niemieckiego wykorzystywał tylko wobec swoich poddanych i koni. Wojna zaś wymagała od Fryderyka II i jego następcy dobrej, rozkazodawczej i precyzyjnej znajomości tego języka, w którym też szkolił swoich żołnierzy bez względu na pochodzenie, wyznanie i język domowy. Dla królów Prus język niemiecki był po prostu językiem państwa.
W dawnym księstwie wrocławskim powstały nowe parafie ewangelickie, gdzie dopuszczano język polski w ewangelickim kościele i w szkole. Dlatego m.in. w Bieńkowicach w latach 1764-1811 w księgach ewangelickiej parafii św. Krzysztofa odnotowano 188 tzw. chrztów polskich. Można przyjąć, że co najmniej do lat 40. XIX wieku Bieńkowice były niemal w całości polskie. W pobliskich dawnych wsiach, np. w Radwanicach odnotowano 129 chrztów, w części Iwin – 101, w obecnej części Radwanic, tj. w Solnikach aż 214, a w nieco dalej położonej Świętej Katarzynie – 172. Ale w Brochowie odnotowano (1810) tylko 3 chrzty polskie, w Wojszycach i na Tarnogaju po 2, zdecydowanie więcej na biednym wówczas Księżu Wielkim – 103 oraz 17 chrztów w maleńkich Opatowicach. W przypadku Księża Wielkiego i Opatowic pewien wpływ miało sąsiedztwo Radwanic, Siechnic i Solnik, czyli również szkoły polsko-niemieckiej i nabożeństw polskich w kościele św. Krzysztofa.
Istotnego wyjaśnienia wymaga pojęcie „polski chrzest”. Otóż przy chrzcie noworodka rodzicie składali przysięgę wobec pastora i świadków, w języku dla siebie i świadków świadomym. Warto się zatem przyjrzeć nie tylko rodzicom, ale również świadkom, skoro ich właściwym językiem była polszczyzna. Dodać wypada, że świadkami (tu nie nazywani rodzicami chrzestnymi) były osoby zaufane dla rodziców dziecka, często z ich dalszej lub bliższej rodziny lub sąsiadów. Jako reprezentanci gminy wyznaniowej, zgodnie z obyczajem protestanckim zaświadczali, że dziecko zostanie wychowane w wierze rodziców i świadków.
Mieszkańcy dużej wsi katarzyńskiej, siedziby jednej z najstarszych na Śląsku parafii katolickich, różnili się pod względem własności i struktury społecznej. Miejscowość była w większości katolicka, w części również dwujęzyczna. Za wyjątkiem Świętej Katarzyny nie było raczej napięć na tle wyznaniowym, w pobliżu były wsie wyraźnie ewangelickie, jak Solniki, Zacharzyce i część Iwin, czy obecnie wrocławskie Bieńkowice i Lamowice. W małych Solnikach była szkoła ewangelicka również po to, by stworzyć równowagę z katolicką starszą katarzyńską szkołą parafialną. Tak się zazwyczaj działo, póki nie wprowadzono państwowego obowiązku szkolnego, zazwyczaj w niemieckiej szkole wiejskiej dwuklasowej, a później w zborze. Do lat 1810-1820 topnienie polskiej obecności było powolne. Już w 1809, a szczególnie w 1811 zaczęły się administracyjne represje pruskie wobec języka polskiego zarówno w kościele, jak i w szkole. Przymus szkolny i centralizacja w imię oświecenia publicznego na wzór pruski oznacza tu pierwszy etap Kulturkampfu na pół wieku przed zarządzeniami kanclerza Rzeszy, Otto von Bismarcka.
Mieszkańcy Solnik pierwsi ochrzcili dziecko polskim chrztem w 1759 roku i uczestniczyli w ostatnim sakramentalnym obrzędzie w 1811 roku. Wówczas też wyrugowano język polski ze szkoły solnickiej. Niebawem w 1829 roku skasowano regularne nabożeństwa polskie w kościele św. Krzysztofa, a w następnym dziesięcioleciu pozbyto się ich ostatecznie. Sporadycznie istniał jeszcze przez jakiś czas skromny obrządek pogrzebowy z uszanowaniem języka zrozumiałego dla żałobników. Miejscowy żywioł polski utrzymywał się na Księżu Wielkim i Bieńkowicach jeszcze do połowy XIX wieku. Później po zniesieniu zależności osobistej śląskiego chłopa w 1811 a zwłaszcza w 1848 po uwłaszczeniu zaczęła się jednak migracja biedniejszej ludności wiejskiej do podwrocławskich wsi i do samego Wrocławia. Dotyczyło to zarówno Niemców jak i Polaków z powiatu wrocławskiego i powiatów sąsiednich. Owo zasiedlanie coraz nowocześniejszego i uprzemysłowionego miasta trwało nieprzerwanie aż do II wojny światowej. Był to dla miejscowości podwrocławskich żywioł obcy, niezależnie od jego świadomości narodowej.
Na przykładzie dużej wsi folwarczno-kmiecej, jakim był wówczas Brochów, widać w latach 40. XIX wieku, a jeszcze bardziej w następnej dekadzie – wzrost ludności, w tym udział ludności dwujęzycznej, polsko-niemieckiej. Była to biedota wiejska zasilająca miejscowy folwark lub wynajmująca się sezonowo do pracy u bogatszych chłopów. Można przyjąć, że znajomość języka polskiego lub świadomość nieniemieckiego nazwiska nie zawsze towarzyszyła tożsamości etnicznej. Jeszcze trudniej było w małych wioskach jak Bieńkowice i Lamowice, które zatrzymały się w rozwoju. Ci co mogli przenosili się do większych wsi lub zasilali wprost proletariat wrocławski. Stara ludność, o swoistej tradycyjnej świadomości stopniowo wymierała, a nowi nieliczni przybysze czuli się raczej Prusakami ze Śląska, a Niemcami dlatego, że niemiecka była szkoła, do której nie zawsze z ochotą uczęszczali. Służba wojskowa tylko potwierdzała ten stan rzeczy.
Przypomina to warunki, które przy innych okolicznościach dotyczyły schłopiałej szlachty zagrodowej na dawnych ziemiach kresowych Rzeczpospolitej. Znam potomków mieszkających od 80 lat w Brochowie i w Bieńkowicach, których rodziny pochodziły spod Orszy, z wiosek na terenie Białorusi, odległych o niecałe 25 km od granicy rosyjskiej i 120 km od Smoleńska. Przez ponad 250 lat nieliczni już Polacy zachowali pamięć o pochodzeniu oraz tożsamość, choć nie zawsze język i wyznanie. Aż do tzw. „akcji polskiej” szefa NKWD Jeżowa z 1937 roku. Co ważne, wyróżniało ich, czego byli przez pokolenia świadomi, szlacheckie nazwisko z dzierżawczą końcówką „-ski”, najczęściej związane z nazwą dawnej posiadłości, wioski czy chutoru. Dziś potomkowie wspomnianej rodziny, którzy nadal mieszkają w rejonie Orszy, są obywatelami Białorusi. Należą do polskich organizacji w Mińsku i w Orszy, choć są częścią rodzin mieszanych narodowościowo. Trzysta lat nie było tam państwa polskiego.
Na Nowy Rok 2026 zacytuję fragment wierszowanych życzeń, które ponad 230 lat temu rozsyłał swoim polskim parafianom dzwonnik z wrocławskiego kościoła św. Krzysztofa:
Rok 1792. Nowego Roku dziś świtanie, Odpędza troskliwe staranie. Gdyż na straszne oręża dźwięki, Następują za pokój dzięki. Bogactwa pól nas ucieszyły. I Boską dobroć oświadczyły. Przetoż się, Panie, uniżamy, I chwałę Tobie oddawamy.