Śmierć profesora

(żart literacki)

Wypisz, wymaluj, Czechow. Tak sobie myślałem, kiedy Tonio Głodek opowiadał mi historię śmierci pewnego profesora. Podrobił ją, czy jak?! – patrzyłem na niego nieufnie.

Ale jak taka ofiara losu, jak Głodek, mógł kogoś tak genialnego jak Czechow, podrobić. Tym bardziej – o wstydzie – że nie czytał Czechowa. Nawet mu do głowy nie przyszło, że istnieje ktoś taki jak Czechow. A nawet gdyby przyszło, nie śmiałby go ściągać ze szczytów samego geniuszu.

Przyjechał na studia do Poznania z bogobojnej wsi, zwanej Wąsowo, koło Kuślina, a jeśli mi nie wierzycie, że jest taka wieś, weźcie zwykłą książkę telefoniczną, a od razu się na nią natkniecie.

Leży wśród gęstych lasów i szczyci się czarnymi jagodami i olbrzymimi grzybami, które kryją się w cieniu wysokich drzew.

Przyjechał więc Głodek na studia, by belfrem zostać.

Ba, jakim tam belfrem?! Obrażał się, kiedy się ktoś tak bezceremonialne o jego przyszłym zawodzie wyrażał. On profesorem literatury miał być! A nie żadnym belfrem!

Wymarzył sobie, że za katedrą stoi, w okno patrzy, gdzie czarne bociany przelatują, a on do swoich uczniów o Mickiewiczu mówi, że wielki był. A tu masz ci babo placek, taki pech! Nic, tylko się powiesić. Wypisz, wymaluj, Czechow, a przecież nie Czechow, tylko on, Tonio Głodek, wpadł w sidła ciemności. I nie żaden Iwan Dmitrycz Czerwiakow, w hierarchii urzędniczej – egzekutor, a student pierwszego roku polonistyki, Tonio Głodek, bohaterem dnia został. I na dodatek, nie kichnięcie, a śmiech prawdziwą przyczyną tragedii stał się.

Iwan Dmitrycz Czerwiakow, jak zapewne Drogi Czytelnik pamięta, kichnął na jego ekscelencję Bryzżałowa, dyrektora departamentu komunikacji, a potem po stokroć przepraszać go musiał, aż sam skonał. Głodek zaś prychnął zaraźliwym śmiechem prosto w twarz profesora Baniaka, znanego erudyty, autora słynnego dzieła „Gra w chowanego w literaturze plebejskiej”, i nie skonał. Ale z tego właśnie prychnięcia całe zło wynikło.

Właśnie prof. Baniak z najwyższą elokwencją podnosił zasługi dziejopisa Kadłubka dla kultury świata, gdy – co za złośliwy zbieg okoliczności! – najuważniejszy student, wzór cnót wszelkich, Tonio Głodek, siedzący w pierwszym rzędzie, nagle, o zgrozo! ni z tego, ni z owego, prychnął bezczelnym śmiechem prosto w twarz profesora. I od razu, rzecz jasna, zbladł, wargi mu posiniały, krew odpłynęła z czoła, twarz zrobiła się kredowa, a serce poczęło tak walić, jakby tony kamienia znosił.

Pojął w mig, co się stało.

Cały począł się trząść. Sam nie wiedział, dlaczego prychnął tym nieobliczalnym śmiechem. Jaki diabeł go podkusił?! Ile razy potem analizował to zdarzenie, tyle razy bezradnie rozkładał ręce. Nic, tylko otchłań piekielna się otworzyła i wciągnęła go tym zaraźliwym i bezczelnym śmiechem w najczarniejszą czeluść ognia. Bo na jego śmiech śmiechem dzikim ryknęła też cała sala wykładowa.

Profesor Baniak, wytrawny znawca dusz ludzkich, nie przerwał jednak wykładu, spojrzał ze zdziwieniem z wyżyn katedry na trupio bladego studenta, po czym odwrócił od niego wzrok i ciągnął dalej.

A Głodek dygotał. Uniósł błagalny wzrok ku katedrze i zsiniałymi wargami wystękał:

– Przepraszam… panie Psorze… coś… sam nie wiem co… nagle… – począł się jąkać, ale profesor nawet nie drgnął, jakby go nie słyszał. – Panie Psorze – wymamrotał głośniej Głodek – nie chciałem… błagam… przepraszam…

Słowo w słowo jak u Czechowa, a przecież nie u Czechowa.

Te słowa musiały dojść do uszu wykładowcy, bowiem spojrzał na wbitego w krzesło studenta z politowaniem i promiennie się uśmiechnął, ignorując całe zdarzenie. Ale nie ignorował go w oczach Głodka.

Uśmiechnął się – błyskawicznie analizował Głodek sens tego uśmiechu – z najgłębszą ironią – tłumaczył sobie. – Spojrzał na mnie w taki sposób, by zapamiętać moją twarz. Obleje mnie jak nic.

I w mgnieniu oka odpłynęła od niego klasa, w której uczył, dlaczego Mickiewicz wielki był, odsunęły się nadzieje na karierę, odpłynęły plany, marzenia, tęsknoty, wiara…

Nie mogę tego tak zostawić – waliło mu serce, a potem postanowił, że jak tylko profesor skończy wykład, z całego serca go przeprosi. Ledwie więc profesor skończył, Głodek na palcach podsunął się pod katedrę i wystękał:

– Chciałem pana profesora bardzo przeprosić… parsknąłem tak sobie… bez przyczyny… – czuł jak się jąka, ale brnął dalej… – Proszę o wybaczenie…

– Ależ pan już przeprosił! – spojrzał na niego jakoś dziwnie profesor i począł zbierać papiery, zaznaczając coś w czerwonym notatniku.

I ten fakt wstrząsnął bezgranicznie Głodkiem. Poczuł jak mu się uginają nogi.

– No, już, żegnam pana! – usłyszał suchy, niechętny głos.

Odwracał się na glinianych nogach i widział jak na jego szyi zaciska się pętla.

Zapisał moje nazwisko. Koniec ze mną, kaput – wymamrotał, ledwie żywy. – A może nie zrozumiał mnie? – zawahał się. – Pójdę do jego gabinetu i wszystko wytłumaczę.

Gdy tylko zobaczył, że profesor skrył się za drzwiami, chwilę odczekał i z duszą na ramieniu zapukał.

Profesor siedział za stołem i w towarzystwie innych uczonych pił kawę.

– Przepraszam – stłumionym głosem wydukał Głodek, wbijając przerażone spojrzenie w najgłębszą czerń źrenicy profesora. – Właśnie… tego… parsknąłem… ma się rozumieć…

– Pan znowu?! – obruszył się profesor.

– Najmocniej… oczywiście niechcący… – Głodek giął się w ukłonach, a wargi mu się trzęsły.

– Daj mi pan spokój… panie… jak pana zwą? – profesor zawiesił na nim nieprzyjemnie ciężkie spojrzenie.

– Głodek, Tonio Głodek! – wybąkał złamanym głosem Głodek.

– Niech pan, panie Głodek, przestanie! – ryknął profesor. – Dość tego! – zadzwoniła filiżanka.

A więc po mnie! – skonstatował Głodek, wycofując się z oczami pełnymi strachu. – Na dodatek nazwisko mu podałem, idiota – uderzył się w czoło. – Z pewnością teraz na pewno zapisał – jeszcze bardziej się zdenerwował. – Wykradnę mu notatnik – postanowił, idąc do akademika.

Przez kilka dni śledził profesora, aż dotarł do jego willi. Gdy się ściemniło, profesor złożył papiery na biurku i wyszedł do salonu, by odpocząć.

Okno gabinetu było uchylone.

Głodek zobaczył na wierzchu czerwony notatnik i chyba ze zdenerwowania, zamiast lekko pchnąć okiennicę, naparł całym ciałem na szybę, szyba pękła i Głodek z wielkim hukiem spadł na podłogę, roztrzaskując okno.

Do gabinetu wtoczył się, ciężko dysząc, profesor. Gdy zobaczył leżącego Głodka, musiał go rozpoznać.

– To znowu pan?! – zawył, wytrzeszczając gały. – Tutaj?! Wynoś się pan! Skandal! – nie mógł złapać powietrza. Poczuł, jak się dławi. Zsiniał na twarzy. – To… to… – rwał słowa, oczy mu wyszły na wierzch, ogromne, niebieskie żyły wyskoczyły na czoło, zaczął się dusić, chwycił się za pierś, zachwiał się, w oczach stanęły mu czarne plamy, w końcu świat zawirował, profesor zdążył wybąkać: – Karetka! – ale już było za późno. Runął na podłogę, uderzając głową o kant stołu, i po chwili przestał oddychać.

Student Głodek usłyszał straszną ciszę, która dzwoniła mu w uszach.

Ale on żył, w przeciwieństwie do bohatera Czechowa.

Nie żył profesor Baniak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *