Recenzja
Silva rerum, czyli las rzeczy, to nazwa prowadzonych w dawnych wiekach przez rodziny szlacheckie domowych kronik, które zawierały najrozmaitsze zapiski dotyczące spraw codziennych oraz ważnych wydarzeń społecznych i politycznych. Wzmianka o wyborze króla sąsiadowała w nich często z odnotowaniem, że krowa się ocieliła i zboże latoś obrodziło. Po prostu życie i otaczający nas świat.
Joanna Petry-Mroczkowska – doktor filologii romańskiej, eseistka, autorka licznych publikacji – swoją wydaną niedawno książką „Silva rerum rekonstrukcja losów kresowej rodziny” wprowadza nas w taki właśnie kronikarski gęsty i barwny las, w którym obok losów jej bliskich poznajemy niezwykłą rozmaitość postaci i wydarzeń z nimi związanych, oraz epokę, w której przyszło im żyć. Autorka jest wnuczką Juliusza Petry, przed wojną dyrektora Polskiego Radia we Lwowie, krótko dyrektora Polskiego Radia w Wilnie, potem znowu we Lwowie, a zaraz po wojnie pierwszego dyrektora rozgłośni wrocławskiej.

I tu od razu przywołam opisane przez nią mało znane, choć niezwykłe zdarzenie, łączące te dwa miasta bitwą w eterze we wrześniu 1939 roku. Czytamy, że pod koniec pierwszego tygodnia wojny: „Radio Breslau ukradło fale radia Lwów. Niemiecki spiker w komunikacie po polsku i niemiecku, informował o rzekomym przyłączeniu radiostacji lwowskiej do radia niemieckiego. Oburzyła się i zmobilizowała rozgłośnia lwowska. O godz. 22.30 dementowano niemieckie kłamstwa, puszczono marsz Lwowskich Dzieci, gdy tymczasem Niemcy grali Wagnera. Rozpoczął się muzyczny pojedynek radiostacji polskiej z niemiecką. Przeciwnik wpadł na pomysł nadawania muzyki polskiej, mazura z „Halki”. Około godziny trzeciej nad ranem, kiedy Niemcy odeszli od mikrofonu, sądząc, że lwowiacy skończyli nadawanie, polska załoga kontynuowała audycję, już bez zagłuszania. (…) Kiedy Dziadek przyszedł do Wrocławia w 1946 roku, na pewno ten moment pamiętał” – kończy autorka.

Wiele jest w tej książce ciekawych wątków, które przyćmił czas. Dotyczą między innymi „Wesołej Lwowskiej Fali” (jej promotorem był Juliusz Petry), słynnej audycji z udziałem Szczepka i Tońka, która podbiła serca nie tylko lwowiaków – w całej Polsce zdobyła rekordową popularność. I cała Polska stanęła w jej obronie, kiedy przestało być wesoło. Gdy warszawska centrala wstrzymała nadawanie audycji, bo polityczne dowcipy nie spodobały się „miarodajnym czynnikom”, fala oburzenia i protestów okazała się tak silna, że po pewnym czasie ulubieńcy radiosłuchaczy powrócili na antenę. Autorka przypomina tę walkę wydaną humorowi radiowemu w latach trzydziestych i zmagania z ówczesną cenzurą. Przytacza wypowiedzi, artykuły, wspomnienia, nie pomijając twórczości satyrycznej:
Są fale wesołe – co chlapią
Chlastają, bujają i chłoszczą
Lecz cóż, gdy im dziarskiej lekkości
Ponure bałwany zazdroszczą…
Lecz fala wesoła powraca
W stęsknione płynie anteny
I cofa się bałwan ponury
Przy tępych rykach syreny.
(Artur Maria Swinarski)
Główny dukt w tym „lesie” wyznaczają losy czworga rodzeństwa: Juliusza Petry i jego trzech sióstr. Widzimy ich na okładce książki, na zdjęciu z 1900 roku, zrobionym na ganku domu w Nadwórnej. Przedstawia ono trzy pokolenia: Anielę i Bolesława Szyszkowskich, ich córkę Felicję z mężem Józefem Petrym oraz czworo dzieci tychże: Juliusza, Kazię, Marię (nazywaną Rysią) i Jankę, najmłodszą, na kolanach matki. O każdej z tych postaci autorka snuje opowieść przeplataną dygresjami, wnikaniem w tło epoki i przypominaniem ludzi, z którymi rodzina miała jakikolwiek kontakt. I tak dowiadujemy się na przykład, że Felicja z Szyszkowskich po mężu Petry jako ośmioletnia dziewczynka napisała w 1873 roku list do Seweryna Goszczyńskiego, kiedy zamieszkał on we Lwowie. Treści listu nie znamy, ale zachowała się odpowiedź poety (dzięki kopii, które miał w zwyczaju robić), opublikowana w 1937 roku w „Listach Seweryna Goszczyńskiego”. Z cytowanych fragmentów dowiadujemy się, z jaką galanterią i powagą odpowiedział starszy pan – współtwórca polskiego romantyzmu – na list dziewczęcia, dziękując przy tym za przysłane konfitury. To jeden z przykładów licznych w „Silva rerum” urokliwych epizodów.

Głównymi postaciami w owej „rekonstrukcji losów kresowej rodziny” są dzieci Felicji i Józefa Petrych. Dzieci utalentowane, wykształcone, o „prawdziwych wartościach moralnych”, jak życzyła sobie ich matka.
Kazimiera Petry (1895-1962) – skrzypaczka, absolwentka Wyższego Zakładu Muzycznego Malwy Reyssówny we Lwowie, w okresie międzywojennym i po wojnie związana zawodowo z Operą Warszawską, „szlachetny człowiek o niepospolitej skromności” – napisano w nekrologu. Przez krewnych była postrzegana jako strażniczka ogniska rodzinnego. „Cioteczna babka Kazia była spoiwem mojej rodziny w pokoleniu Dziadka” – napisała Joanna Petry-Mroczkowska. Od dziecka kochała świat dźwięków. Nie założyła rodziny.

Maria „Rysia” (na zdjęciu z lalką) Sahankowa (1893-1980) również miała wykształcenie muzyczne, była pianistką i śpiewaczką, uczyła w poznańskim konserwatorium, potem w Katowicach, gdzie jej mąż pełnił funkcję delegata Prokuratorii Generalnej RP. Po wybuchu wojny Sahankowie z dziećmi ewakuowali się do Lwowa, a stamtąd w czerwcu 1940 roku zostali wywiezieni przez Sowietów na wschód. Ich zesłańczy los jest rekonstruowany na podstawie zachowanych listów – tych z rosyjskich bezkresów i potem, gdy nastąpił exodus Polaków, z długiej drogi „Rysi” i jej córki Hanki przez Iran, Indie (gdzie Hanka jako tancerka występowała przed Nehru), Afrykę, wreszcie z Wielkiej Brytanii, gdzie obie pozostały na emigracji. Tylko one. Mąż „Rysi” i dwaj synowie nie przeżyli.

Trzecia z sióstr (na kolanach matki) to Janina Petry-Przybylska (1898-1953), artystka, ilustratorka książek, twórczyni teatralnych lalek, nazywana „drugą Stryjeńską”. Miała wybitny talent graficzny i wypracowała swój oryginalny, rozpoznawalny styl. Studiowała na Wydziale Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Państwowej Szkole Przemysłowej we Lwowie, a po wyjściu za mąż (za Seweryna Przybylskiego, pedagoga i literata), podjęła studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
I tu też poznajemy sympatyczny epizod. Otóż kolega z uczelni, Jan Marcin Szancer, „wszechstronny król ilustratorów”, jak go nazywa autorka, znany kreator baśniowych światów, zakochał się w Jance tak nieprzytomnie, że pojechał za nią do Lwowa, stanął przed jej mężem i wypalił: „Czy mogę pana prosić o rękę pana żony?”. Seweryn Przybylski przyjął to ze spokojem, po czym zaprosił gościa do cukierni Zalewskiego i z całą powagą przedstawił go swoim znajomym literatom i dziennikarzom: „Panowie pozwolą, to jest narzeczony mojej żony”. Joanna Petry-Mroczkowska przytoczyła tę prześliczną historię ze szczegółami, wydobywszy ją z „Curriculum vitae” Szancera.
Przybliżając swoją cioteczną babkę, poruszyła też kwestie bliższe naszym czasom i o zgoła innym wydźwięku. Janina Petry-Przybylska, autorka znakomitych plakatów i rycin (np. rozbójnika Dowbusza z Czarnohory) dzisiaj bywa uznawana za „artystkę ukraińską”, co autorka książki słusznie określa mianem „kulturalnej łapanki”. Jako przykład podaje wydaną w 2012 roku „Antologię plakatu ukraińskiego pierwszego trzydziestolecia XX wieku”, w której: „zauważmy nie bez zdziwienia – notowana jest także Janina Petry-Przybylska jako autorka dwóch plakatów na lwowskie Targi Wschodnie”.
Szczególne miejsce w tej książce zajmuje Juliusz Petry, dziadek autorki, postać jej najbliższa. Poeta, literat, z wykształcenia polonista, autor widowiska scenicznego „Lwie serce”, dramatu „Mocarze”, licznych słuchowisk, ale przede wszystkim organizator i twórca radiowy. W nowo utworzonej Rozgłośni Lwowskiej Polskiego Radia w 1930 roku został kierownikiem programowym, pięć lat później naczelnym dyrektorem. Wnuczka krok po kroku, z imponującą dociekliwością, sięgając do różnorakich źródeł, przedstawiła ogrom inicjatyw i starań swego dziadka, by uczynić lwowską rozgłośnię popularną, lubianą, pomocną, a do tego utrzymaną na wysokim poziomie. Zbudowała obraz postaci tak starannie i wnikliwie, że czytelnik może mieć wrażenie osobistego kontaktu z dyrektorem Petrym. Przybliżmy go kilkoma wyimkami z obficie cytowanych w książce wspomnień:
„Był to dyrektor o gołębim sercu, który wpływał na ludzi swoim autorytetem, nie rygorami danej mu władzy”. „Miał jakiś, można by powiedzieć, specjalny talent radiowy, który sprawiał, że mikrofon lwowski cieszył się podobno najlepszą opinią ze wszystkich radiowych rozgłośni”. „Nadzwyczajna inteligencja, polot, zapał i pełna inicjatywy ruchliwość połączona z ujmującą wręcz uprzejmością Juliusza Petryego. Nie było w nim nic z napuszonego dyrektora. Pracował wraz z innymi, nie narzucał swego zdania, korzystał z uwag innych”. „Nieraz wśród takich burz obserwowałem Petryego jako dyrektora rozgłośni. Zawsze był spokojny, czasem zatroskany, czasem uśmiechnięty. Nigdy nie podnosił głosu i nie wtrącał się tam, gdzie nie czuł się kompetentny”. „To był nadzwyczajny człowiek. Nadzwyczajny. Pomijając wysoką kulturę i umiejętności najwyższe to był nadzwyczajny człowiek”. „Do radiowego kieratu wnosił poezję, atmosferę duchowej energii. Zdobywał sobie serca ludzi, oddanych mu na śmierć i życie. W historii radiofonii zostawił po sobie kartę zapisaną dobrocią”.
Kiedy już zapadły decyzje o zmianie granic Rzeczypospolitej, kiedy Bierut zadeklarował: „Jesteśmy tu, by w imieniu Polski żądać, by Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego” (te słowa przypomina autorka, malując obraz dni, w których przyszło opuścić ukochane miasto) – wtedy Juliusz Petry napisał w liście do krewnej: „Wkrótce i my, pomimo wytrwałego uporu, podzielimy los wszystkich i znajdziemy się nolens volens na Zachodzie, by zacząć w jesieni życia nowe życie”. I zaczął. We Wrocławiu. W budynku rozgłośni, która kilka lat wcześniej prowadziła wojnę z radiem lwowskim.
W nowoczesnym, lecz zdemolowanym gmachu, który „oddziałom armii radzieckiej służył za stajnię, a w głównej sali koncertowej na kilkaset miejsc żołnierze zabawiali się strzelaniem do organowych piszczałek”. Lwów stał się już tematem zakazanym. Gdy podczas testowania stanu urządzeń pracownicy puścili płytę z piosenką „Tylko we Lwowie”, dyrektor Petry już następnego dnia został wezwany na UB. Pracował we Wrocławiu niespełna dwa lata, od czerwca 1946 do marca 1948, potem w Warszawie. W czerwcu 1952 został delegowany do prac „nad stanem współczesnych programów telewizyjnych oraz do przygotowania elementów programów telewizyjnych w Polsce”. W pionierskich warunkach, z jego udziałem rodziła się polska telewizja.
Nie przestał tęsknić za Lwowem i wolnością, co wyraził w liście do siostry Rysi mieszkającej w Londynie: „My żyjemy jak pokiwane lwy na ciasnym mazowieckim podwórku dumając nad tym, kiedy wrócimy (i czy) do naszej rodzonej dżungli”.
Swoistą dżunglą jest też książka Joanny Petry-Mroczkowskiej. Nagromadzenie wątków, dygresji, biogramów różnych osób, z którymi główni bohaterowie się zetknęli, bogactwo cytatów, detektywistyczne śledztwa autorki, starającej się wyjaśnić zagubione w przeszłości przyczyny różnych zdarzeń – wszystko to sprawia, że czytelnik brnie w gęsty las z mnóstwem odchodzących od głównego traktu ścieżek, jarów i rozdroży. Łatwo się pogubić w bezmiarze faktów, postaci, analiz, ale zarazem – podążając ufnie za autorką – można poczuć smak intelektualnej przygody, radość odkrywania nieznanego albo spoglądania na coś z bliska, w nowym świetle i w zachwycie dla żmudnej pracy autorki.
Jeden mankament ma ta książka – brak indeksu nazwisk. Bez niego powrót do fragmentów, które chciałoby się jeszcze raz przeczytać, jest mocno utrudniony. Szkoda, że wydawca nie zadbał, by „Silva rerum” stał się też lasem bardzo przyjaznym czytelnikowi.
Joanna Petry-Mroczkowska, „Silva rerum rekonstrukcja losów kresowej rodziny”, Wydawnictwo M, Kraków 2025, s. 454.
Ilustracje pochodzą z książki.