Jeśli idzie o te wszystkie gościnie, ministry czy naukowczynie, to należy je – jak i wszelkie inne dziwolągi i nowotwory językowe, całkiem obce duchowi polszczyzny – po prostu ignorować. Albo – może to nawet lepsza taktyka – poddawać zasłużonej i zapewne skuteczniejszej w oddziaływaniu kpinie.
Jak to? Okrutne szyderstwo lub ostracyzm? – zawrzasną natychmiast influencerzy i liderzy-celebryci z pokolenia płatków śniegu. I zaraz otrzymają wsparcie mediów głównego nurtu, które rozkazem swych dysponentów (czyli właścicieli) zostały uwrażliwione na kategorialne, pojęciowe oraz językowe histerie i kaprysy „płatków śniegu”. Bez względu na to, czy owe uzurpacje lub przewrażliwienia są choćby częściowo racjonalne, a więc uzasadnione, czy też wręcz przeciwnie wykazują kompletną obcość wobec intelektualno-aksjologicznego podglebia naszej cywilizacji euroatlantyckiej, coraz chętniej – choć niezgodnie z istotą rzeczy – zwanej judeochrześcijańską.

Feminatywy, mowy-trawy-nienawiści i inne fikołki semantyczno-gramatyczne narzucone dziś zachodniemu światu mają tylko jeden cel: zaprojektować i zaaplikować strukturom językowym taki aparat autocenzury, który przemodeluje języki narodowe (w tym przypadku polszczyznę), aby nie były w stanie ani realnie opisać nowo tworzonej totalitarnej struktury społeczno-mentalno-niewolniczej, ani tym bardziej dzięki swobodnie kształtowanej myśli oraz towarzyszącej jej niezależnej ekspresji (nieskrępowanym zachowaniom werbalnym) opisać prawdziwościowo oraz trafnie zdiagnozować wszystko, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje.
Zmiana? Dewiacje zawsze były… dewiacjami
Ale przecież człowiek się rozwija, zmienia się postać świata, zatem i opisujący te procesy język musi się zmieniać, jeśli ma zachować zdolność adekwatnego nazwania tego, co nieustannie się przeobraża, mutuje, fluktuuje, podlega transformacjom – powiedzą zwolennicy umiarkowania i rozsądku. Warunkiem utrzymania zdolności do opisu adekwatnego jest właśnie nieuchronne i twórcze wzbogacanie zasobów leksykalnych – dodadzą z przekąsem, właściwym osobom lepiej poinformowanym przez media przeznaczone dla młodych, wykształconych i z większych ośrodków. No i dla uśmiechniętych. Niby racja, wszakże tylko wtedy, gdy uznamy, że w gatunku homo sapiens sapiens występują nieodmiennie dwie płcie, tj. mężczyzna i kobieta oraz osoby z zaburzeniami. Tak, zaburzenia się zdarzają, mogą pojawić się na poziomie funkcjonalnym, psychosomatycznym, chromosomalnym, ale to jeszcze nie powód, by mówić o co najmniej 56 wariantach płci, co dzisiaj stało się modne. Wręcz obowiązujące.
Owszem, sposoby przejawiania się i zaspokajania popędu płciowego (libido) bywają dość zróżnicowane, ale ich podstawowa biologiczna funkcja pozostaje wciąż jedna i ta sama: prokreacja, czyli zapewnienie sobie potomstwa, a rodzajowi ludzkiemu przedłużenia gatunku. Próby oderwania ludzkiej erotyki, czyli aktywności seksualnej od problemu płodności i prokreacji skutkują rozmaitymi perwersjami – od przekierowania popędu na osoby czy obiekty nietypowe (fetyszyzm, homoerotyzm, pedofilia) aż po skrajne formy realizacji libido, jak gwałt, nekrofilia, morderstwo z lubieżności czy nawet kanibalizm – ale to przecież nie powód, żeby klasyfikować faktycznie występujące dewiacje jako równoprawne orientacje seksualne.
Tak, istotą problemu zamazywanego współcześnie w mediach, a także przez zgrantowaną część środowisk naukowych, jest próba tworzenia antycywilizacji z systemem norm regulujących zachowanie jednostek i relacje pomiędzy nimi, tyle że nie z wyłączeniem – jak w klasycznych systemach prawnych – zachowań dewiacyjnych, patologicznych lub wręcz zbrodniczych, lecz przeciwnie: właśnie z ich uwzględnianiem. Mówiąc inaczej, o ile w cywilizacji łacińskiej zasadą tworzenia praw była kodyfikacja zachowań regularnych, o tyle dzisiejsi innowatorzy chcą zafundować ludzkości system dający poczucie pełnoprawności (a nawet istotne i rosnące wciąż przywileje) wszelkiego rodzaju freakom, outsiderom czy transgresistom. Głównie, ale nie tylko seksualnym.
Witajcie w świecie inkluzywności
Na tym właśnie, jeśli przedrzeć się przez lukrowaną propagandę ideologów DEI (czyli różnorodności, równości, inkluzywności – ang. Diversity-Equity-Inclusion) polegają starania kreatorów płynnej ponowoczesności, którzy robią wszystko, żeby nasz biedny nekrofil, niebinarny ludożerca czy inny gwałciciel nie poczuł się przypadkiem dyskryminacyjnie wykluczony ze społeczeństwa obywatelskiego. Społeczeństwa w sposób oczywisty otwartego. I to już na wszystko…
Że przesadzam? Wystarczy przypomnieć sobie tuszowanie afery pedofilskiej sięgającej belgijskich kręgów rządowych albo też sprawę pracującego dla izraelskiego wywiadu Jeffreya Epsteina, czy choćby dziwne zakończenie (a właściwie jego brak) ostatniego, tak jakoś się złożyło, filmu Stanleya Kubricka, noszącego tytuł Oczy szeroko zamknięte – żeby się przy tym zarzucie przesady zbytnio nie upierać.
A pozostając w obrębie doświadczeń krajowych wystarczy porównać, jak w ciągu ostatnich dwóch dekad zmieniła się postawa inwertytów (homoseksualistów i lesbijek, by nie eskalować z mnożeniem innych literek alfabetu) wobec Polek i Polaków żyjących normalnie, którzy w progresywnym wolapiku ideologów LGBTQ+ w najlepszym razie noszą neutralne miano heteronormatywnych. Jeśli jednak na cudaków z tzw. parad równości spojrzą bez uwielbienia, zaraz stają się godnymi wszelkich potępień homofobami. I oczywiście homofobkami, bo feminatywy obowiązują w każdej sferze. Nie ma zmiłuj!
Gdzie te chłopy? Jeeeej….
Inwazja potworków językowych zwanych feminatywami jest zwykle uzasadniana próbą przełamania bezlitosnego patriarchatu, wydobycia uciskanych i niedocenionych kobiet z bezwzględnej opresji strasznych mężczyzn. Taka diagnoza może była jakoś trafna sto lat temu, ale już nawet wtedy – nie zawsze, nie wszędzie i nie w odniesieniu do wszystkich pań. Jednak szerzona dzisiaj jako opis obecnego stanu rzeczy potwierdza jedynie tezę klasyków marksizmu, że świadomość społeczna nie nadąża za faktycznymi przemianami ludzkiego bytowania.
Współcześnie nie ma już mowy, przynajmniej w świecie zachodnim, o jakiejś dominacji patriarchatu, bo właściwie nie ma już mężczyzn, z tradycyjnym zespołem przymiotów rycerskich, czyli cnót zdobiących, dzięki którym udało się powołać do istnienia cywilizację łacińską i wykreować Europę, dziś na naszych oczach ginącą. Dlaczego? Bo o obliczu europejskim nie decydują obecnie ani wybitni cesarze, ani waleczni wodzowie, ani nawet mężowie stanu na miarę Charlesa de Gaulle’a czy pani Margaret Thatcher, lecz najwyżej postaci w rodzaju kanclerz Anielki lub przewodniczącej KE Urszulki… W większości państw europejskich u władzy pozostają osoby raczej sterowane zza kulis niż samowładnie sterujące, toteż jest jak jest!
W danych o wysokości zarobków, pozycjach osiąganych w hierarchii zawodowej i tym podobnych sparametryzowanych ujęciach – tego wprawdzie nie widać, tak jak absolutyzowany wskaźnik PKB nie daje żadnej informacji o realnej zamożności obywateli. Kto jednak nie da się ogłupić przemyślnie i wybiórczo stosowanej statystyce, ten wie, że co najmniej od kilku już dekad patriarchat jest u nas w odwrocie, natomiast napór procesów zdominowanych przez płeć piękną, a więc (biologicznie i społecznie) silniejszą – pozostaje faktem. I to właśnie z tego powodu sfeminizowana Europa zapewne nie zdoła się obronić, toteż zostanie zgwałcona przez agresywną, wciąż silnie patriarchalną cywilizację islamu.
Bez kary śmierci, czyli pogoda dla zbrodniarzy
Jednym z ważniejszych przejawów owego przyzwolenia na gwałt pozostaje eliminacja kary głównej z kodeksów karnych wielu państw europejskich. Smacznie podana w otoczce humanitaryzmu z jednej, a chrześcijańskiego miłosierdzia z drugiej strony – inicjatywa najpierw moratorium, a później całkowitego poniechania kary śmierci zyskała niestety wsparcie ze strony Kościoła katolickiego, który musiał się po części zaprzeć własnego tradycyjnego nauczania.
Nie bez winy, wprawdzie spowodowanej swoją ogromną dobrocią, jest tutaj również papież-Polak, który – pod wiadomą presją – zalecił pewne wyłagodzenie sformułowań Katechizmu, skądinąd powstałego na jego własne zlecenie. W poprawionej wersji mówi się, że właściwie współcześnie nie ma potrzeby stosowania krwawej kary głównej, ale jednak jeszcze się jej nie zakazuje. Kropkę nad i postawił dopiero papież Franciszek, negując dotychczasowe nauczanie Kościoła o prawie do samoobrony w wymiarze społecznym.
A przecież prawo do samoobrony zostało w tradycyjnym nauczaniu Kościoła bardzo rozsądnie przewidziane i sprawiedliwie ograniczone. Żadnych dowolności, żadnych ekstremów. W jednostkowych relacjach międzyludzkich człowiekowi wolno w obronie własnej nawet zabić agresora, który zagraża jego życiu lub życiu jego bliskich. Z kolei w relacjach między państwami jest przewidziane prawo do prowadzenia wojny obronnej, zwanej sprawiedliwą. Natomiast wymierzenie przez władze państwa kary śmierci za najcięższe delikty, takie jak zdrada stanu, szpiegostwo, morderstwo z premedytacją, przemyt i hurtowy handel narkotykami – jest rozumiane jako forma samoobrony w wymiarze społecznym.
Eliminacja bezpiecznika w postaci kary głównej musi skutkować niższym poczuciem bezpieczeństwa oraz realnym spadkiem jego poziomu, a także potanieniem ludzkiego życia i wzrostem poziomu przestępczości najcięższej. To nieuniknione: brak kary śmierci dla zbrodniarzy oznacza częstsze egzekucje dla ich ofiar. Bo z jaką to empatią, wzorem Pawła Moczydłowskiego, by się nie wczuwać w dolę winnych najcięższych deliktów, to jedynie kara śmierci ma walor odstraszania potencjalnych sprawców od wejścia na ścieżkę zbrodni.
Mowa-trawa-nienawiści
Wracając do feminatywów i straszenia tzw. mową nienawiści. Nie ma czegoś takiego jak mowa nienawiści, a tym bardziej hejt. To jedynie próba implementacji w polszczyźnie nieudolnych kategorialnie klisz językowych z angielskiego. Próba, której należy się czynnie właśnie na gruncie języka przeciwstawić. Nienawiść to emocja, niedobra emocja, która utrwalona może nawet przybrać postać negatywnej oraz chorobliwej fiksacji uczuciowej. Ale przecież za uczucia i/lub zaburzone emocje nie wolno nikogo karać. Przeciwnie, niekiedy trzeba wręcz leczyć.
Szczególnie jasno widać to w przypadku frazy o mowie nienawiści. Wiadomo, że nienawistne uczucia mogą znaleźć wyraz w jakimś zachowaniu werbalnym, ale danie słownego wyrazu swojej niechęci do kogoś czy czegoś nie musi koniecznie przybrać postaci czynu zabronionego. Wypowiedź bez wulgaryzmów, sformułowań jawnie obraźliwych czy kłamliwych pomówień (oszczerstw), nawet wprost deklarująca wielką (mniejsza: uzasadnioną czy nie) niechęć do osoby, zjawiska, postawy, ideologii czy programu politycznego – nie jest czymś, co w kraju praworządnym przy sensownym wymiarze sprawiedliwości powinno być przedmiotem zainteresowania organów ścigania, a tym bardziej sądu.
W Finlandii szykuje się już trzecie podejście, aby dawną minister spraw wewnętrznych w dwóch rządach, lekarkę z zawodu i byłą szefową partii fińskich chadeków, matkę pięciorga dzieci, babcię jedenaściorga wnucząt, luterankę – skazać za cytowanie Biblii jako podżegającą do nienawiści przeciwko grupie mniejszościowej… Zaczęło się od tego, że pani Räsänen, zresztą żona pastora, odmówiła złożenia dotacji przez Kościół Luterański na pochód dumy freaków w Helsinkach w roku 2019 i zacytowała fragment Listu do Rzymian… Tak, nienormatywni ekstremiści próbują domknąć system. Ewentualne skazanie Päivi Räsänen będzie bowiem traktowane jako precedens w podobnych procesach na terenie całej Unii. I pomyśleć, że wciąż są u nas politycy wierzący, że poza Unią Europejską nie ma zbawienia.
Giń człeku i to jak najszybciej…
To, że znany poszukiwacz słoika w czerwonych portkach może nie rozpoznać parafrazy poetyckiego apelu i wziąć ją za poważną groźbę pod swoim adresem – nie dziwota. Akurat on w szkole do poezji specjalnie się nie przykładał. Ale że instytucje państwa (nominalnie praworządnego) z całą powagą i surowością ścigają emerytkę za taki wpis w sieci skierowany do osobnika, który przed laty publicznie zapewniał oponentów, że może im przyłożyć z baśki – musi jednak zastanawiać. Dla mniej wprawnych: przyłożyć z baśki to tyle, co walnąć z byka, uderzyć głową. A nie jak ściemniał Juras po fakcie w życzliwych sobie mediach, że to tylko uderzyć trzy razy w twarz…
Skoro prawdziwych mężczyzn (podobnie jak Cyganów) prawie już nie ma, skoro męską głową co najmniej od paru dekad kręci damska szyja, to po co w ogóle te feminatywy, zwłaszcza że często są urabiane na siłę, niezbyt zgrabnie, bez wyczucia językowego, bez rozeznania w systemowych niuansach języka polskiego. Czy znanej i nagradzanej reżyser Agnieszce Glińskiej do szczęścia potrzeba jeszcze tylko, żeby nazywano ją reżyserką? Nie przypuszczam, zwłaszcza że Magdalena Ogórek słusznie przypomniała, iż termin „reżyserka” jest przecież zajęty i oznacza pomieszczenie w studiu radiowym czy nagraniowym, gdzie reżyser czuwa nad realizacją całości.
Nie dziwi też wcale fakt, że obyta z mediami na co najmniej dwóch kontynentach Agnieszka Fitkau-Perepeczko zaprotestowała, gdy chciano ją na wejściu potraktować gościnią. Po pierwsze, w języku polskim gość nie jest wcale nacechowany płciowością. Po drugie, żeńskie urobienie (derywat) od gościa już istnieje i brzmi „gościuwa”. Gościuwa jest nacechowana pozytywnie, nawet z odcieniem podziwu, ale zarazem brzmi zbyt kumpelsko i nieformalnie. Natomiast gościni, cóż, kojarzy się wyłącznie z rosyjską „gostinicą”, która wszakże oznacza hotel. Nie wspominając już o tym, że można być zaraz przez postępowców posądzonym o kumplowanie się z Putinem.
Postscriptum
Drogie dzieci-sieci, zwiedzione modną ideologią importowaną z Zachodu, a nawet z samej Ameryki… Zamiast nazbyt arbitralnie gospodarować w języku polskim, poświęćcie wpierw trochę czasu na jego naukę!
19 października 2025