Laureatka III nagrody w naszym konkursie w dziedzinie prozy. Jej nowe opowiadania wymykają się jednoznacznej definicji. To opowieści pełne paradoksu i świadomych, absurdalnych skojarzeń. Brzmią intrygująco, surrealistycznie i wymagają od czytelnika sporej gry wyobraźni. Polecamy jednak uwadze ten niebanalny młody talent.
OPOWIADANIA
MĘŻCZYZNA
Mężczyzną był, a czarna dziura tkwiąca w jego sercu murowała zdolności połączenia z jednostką inną niż On sam, z sercem zewnętrznego bytu, wystającego poza fortyfikacje z bruku.
Kończyny górne jak i dolne były w tym samym stopniu sztuczne i bezzasadne, a ironia okalała jego mierzwione przez wiatr włosy. Lecz on był tego wszystkiego świadom: był ścianą tak jak i był studnią, był zarówno zmysłowym artystą jak i opieszałym generałem.
Przeczył sobie zatem, jednocześnie nie przecząc sobie, ponieważ do szpiku kości był świadom swojego wszechobecnego absurdu. Był enigmą, nie będąc nią, ponieważ przejrzystszy był od najczystszej wody. Płonął tym, czego nie potrafił ugasić – pragnienia, by stać się realną osobą, od początku, zupełnie od nowa, na lepszych zasadach pragnął budować swoje jestestwo. Jednak nie mógł, bo był tylko sobą.
EROS
Eros patrzy mi w oczy, grając melodię niemiłosiernego bohatera na scenie ludzkiej podświadomości. Psyche to jego uniwersalna kochanka, łącząca się z nim w tańcu ukojenia mej duszy. W tym witrażu niezliczonych możliwości dostrzegam niewielkie miejsce dla siebie.
Jest mniejsze niż być powinno, czy dlatego cierpię? Postanawiam skryć się za różaną balustradą i głośno wyznać, gdzie jestem.
Czy coś we mnie drzemie?
Krzyczę więc głośniej niż krzyczeć powinnam, by zagłuszyć palące mrowienie.
Powoli odwraca się Eros, później powoli odwraca się Psyche.
Jestem dla siebie widmem.
Sama nie wiem, kim jestem, sama nie wiem, co drzemie.
Usypiam się cicho w swym tańcu, o którym już nikt nie wie.
ODIUM
Po pięknym lecie i dorodnych owocach za pstryknięciem palca Królowej przestrzeń zamieniła się w płatek śniegu o oziębłych rysach twarzy i smutnym oddechu. Niegdysiejsi weseli mieszkańcy snuli się teraz we wspólnej pielgrzymce nie wiadomo dokąd, odczuwając brak istotnego niegdyś pierwiastka, lecz za sprawą zaklęcia nigdy nie mieli się dowiedzieć jakiego. Dzięki temu Królowa wreszcie mogła rozkoszować się potęgą swego egoizmu i bezustannej ciszy królestwa, zmarzłego do szpiku kości.
Siedziała więc na tronie w pustej sali nie mającej końca, którą podtrzymywały dwie kolumny równie smutne jak całe życie na ziemi. Niegdysiejsi kochankowie szczęśliwie złączeni dryfowali teraz na dnie rzeki, a ich przyjaciele błąkali się bez celu wśród białych lasów. Oddali się poprzednim uzależnieniom, złym nawykom, pogardzie i nienawiści do drugiego człowieka. Wchodzili ze sobą w bójki z błahych powodów, aby tylko był pretekst do bólu, upijali się wódką, aż staczali się z gór, olejną farbą dusili w sobie odpychające uczucia zemsty i chorobliwej zazdrości.
Jeden tylko Grabarz, z powodu niedopatrzenia ze strony Królowej nie uległ w pełni zaklęciu. Latami chodził po lasach i rozkopywał ziemię w celu znalezienia swojej niegdysiejszej żony o drewnianych ustach, lecz nadaremno. Z każdym niepowodzeniem Grabarz wyrywał sobie pukiel włosów i dusił się czarnymi, smolistymi łzami. Palił jednego papierosa za drugim, popiołem brudząc spróchniałą ziemię – to był wyraz jego żalu i najgłębszego poczucia niesprawiedliwości i pogubienia.
Kim on był oderwany od makiety przystrojonych postaci i określonej roli i znaczeniu? Kim był bez żony na krześle obok? Jak miał być grabarzem, mieszkając na ziemi bez martwych trupów? Z frustracji przypalił sobie ręce żarzącym papierosem i postanowił udać się głębiej w las. W końcu usiadł na szarości i zdjąwszy czapkę czekał, czekał i siedział, aż coś się wydarzy, czuł że coś miało się wydarzyć, i że otoczenie nie wygląda tak jak wyglądało.
Wtedy na glinianym horyzoncie raz po raz zwabieni jak gdyby przez jego próbę złamania zaklęcia, o którym nie wiedział, pojawiali się jego dawni przyjaciele.
Zbliżali się do niego powoli i siadali w koło.
Nie potrafili spojrzeć mu w oczy.
Grabarzowi jednakże wystarczył sam fakt, że się pojawili, poczuł coś więcej, mrowienie z tyłu czaszki, realizację czyiś błędów i niedoskonałości.
Ona nas zaczarowała, zamieniła nas w czyste zło i zepsucie, aby mogła czuć się bezpiecznie w świecie bez ciepła i nadziei, ona boi się nas, możemy przestać jej ulegać, możemy złamać ten czar, tylko zrozumcie to, o czym teraz mówię, obudźcie się i stańcie obok mnie!
Odpowiedziały mu niezręczna cisza i pozbawione wszelkiej świadomości oczy. “A więc to tak” pomyślał Grabarz. Na tym polegało zaklęcie. „Sprytne”.
Sięgnął po gorzałę i się poddał.