Ogrodowo
Radziłam niedawno, by zwrócić uwagę na bukszpany, ponieważ w sierpniu ponownie pojawiają się gąsienice ćmy bukszpanowej, tymczasem sama przegapiłam moment ich letniej inwazji. Kilka dni niezwracania uwagi na krzew i nagle przykre odkrycie – w jednej czwartej zżarty. Gdy zaczęłam pośpiesznie zbierać spasione larwy, spostrzegłam, że towarzyszące mi osy przysiadają na nich i wysysają. A więc nie tylko rodzime ptaki biorą udział w ruchu obrony bukszpanów – o czym pisałam ostatnio – ale i osy włączyły się do tej oddolnej inicjatywy przyrody.
Dzisiaj, zgodnie z zapowiedzią, będzie o ślimakach z rodziny pomrowiowatych, czyli obrzydliwych, żarłocznych, pustoszących nasze ogrody ślimakach nagich, które przylazły nie wiadomo skąd, ale wiadomo po co: po sałatę, funkie, bazylię, kiełkujące warzywa i kwiaty, zwłaszcza dalie, aksamitki, goździki. Te rośliny, według moich obserwacji, pomrowy lubią najbardziej, ale nie gardzą wszelką zieleniną. Łażą po trawnikach, wspinają się na łodygi roślin, można je spotkać na każdym kroku, zwłaszcza po deszczu, po zmroku, o poranku. Wtedy najlepiej wyjść na pomrowobranie, co czynię systematycznie od wiosny do tej pory, czując się czasem jak na grzybobraniu, gdy kolejny egzemplarz wrzucam do pojemnika, tyle że nie z radością jak przy podgrzybkach czy maślakach, a z niechęcią i obrzydzeniem, mrucząc pod nosem „ty chamie przebrzydły”, aby za chwilę pozbawić go życia w sposób brutalny, acz skuteczny, przez zatopienie we wrzątku lub w wodzie z solą. Nie ma zmiłuj się – to wróg mojej pracy, moich upraw, pielęgnowanych kwiatów i warzyw.
Przed wielu laty mówił mi specjalista do spraw rolnictwa z ośrodka doradztwa rolniczego, że w czasach PRL pomrowy sprowadzono do nas ze Związku Radzieckiego, aby oczyszczały sady towarowe ze spadów i zgniłych owoców. Nie wiem, czy to prawda (choć ciekawa), aczkolwiek znane są rozmaite „dary” z Kraju Rad, które przyniosły więcej szkody niż pożytku (na przykład barszcz Sosnowskiego), może więc podobnie było z tymi podrzuconymi do sadów funkcjonariuszami bezpieczeństwa. Niezależnie od tego skąd i jak przywleczone, faktem jest, że ślimaki bezmuszlowe, zwłaszcza pomrów wielki (dochodzi do 20 cm długości) i pomrów żółty, należą do gatunków inwazyjnych, mnożą się na potęgę i w ostatnich dziesięcioleciach stały się poważnym problemem dla ogrodników, działkowców i właścicieli przydomowych ogródków.
Do ich naturalnych wrogów należą u nas ptaki, jeże, ropuchy, kaczki. Te ostatnie byłyby najbardziej skuteczne, ale w miejskich ogródkach raczej nie bywają, natomiast jeży i ropuch jest zbyt mało, by mogły sobie poradzić z obfitością ślimaczego jadła. Tworzenie wokół atakowanych przez ślimaki roślin barier z igliwia, szyszek, skorupek jaj, popiołu, ustawianie miseczek z piwem (a niech się ożłopią i padną) albo z wodą i aromatem do ciast – te sposoby proponowane na internetowych forach nie dają, według moich doświadczeń, oczekiwanych efektów. Najpewniejsze jest zbieranie i eliminowanie, a mówiąc wprost: uśmiercanie. W biodynamicznej uprawie roślin zaleca się spalanie i rozsypywanie popiołu w ogródku – to podobno najskuteczniejsze. Ważne jest też spulchnianie gleby wokół roślin, bo niszczy się przy tym złożone przez ślimaki jaja.
Moja znajoma w swoim dziesięcioarowym ogrodzie zebrała w tym roku, w ciągu jednego dnia, prawie 600 ślimaków. Mój rekord to tylko 215. W ferworze zbierania pomrowów, niejeden raz zamierzałam się też na napotkane winniczki, ale zawsze coś mnie powstrzymywało i darowałam im życie. Zwyciężał sentyment do dziecięcego: ślimak, ślimak wystaw rogi… i wspomnienie francuskiego menu. Ponadto rozmnażają się z umiarem, poruszają dostojnie i zachowują przyzwoicie – nie żrą wszystkiego, co popadnie. Ostatnio znalazłam wzmiankę o tym, że winniczek także jest naszym sprzymierzeńcem w walce z pomrowami, zjada bowiem jaja tych paskudnych obcych przybyszów. Jednak co rodzime, to raczej pożyteczne.