JAKUB FORNAGIEL

Negocjuję sam z sobą

Z Jakubem Fornagielem, laureatem naszego konkursu, zdobywcą II nagrody w dziedzinie prozy i III nagrody w kategorii poezji, rozmawia Stanisław Srokowski. W nowych tekstach autora, zarówno poetyckich jak i prozatorskich, widać wyraźny proces dojrzewania. Zachęcalibyśmy jednak do ostrzejszego spojrzenia na rzeczywistość i nieulegania żadnym modom literackim. A także do głębszego wyrażania swoich lęków i niepokojów twórczych.

Jakubie, zostałeś ponownie laureatem konkursu literackiego dwutygodnika PJC. W dziedzinie poezji i prozy. Co się zmieniło w Twojej twórczości?

Powiedzieć, że dojrzałem, to nie powiedzieć nic. Zdobywając tę nagrodę po raz pierwszy za poezję, wierzyłem, że słowo obrabiane zbyt wiele razy, staje się słowem ciosanym i wybrakowanym. Wiersz mógł powstać tylko i wyłącznie w chwili natchnienia — jeśli nie skończyłem go, to porzucony ginął pośród nowych. Dziś mam większą świadomość, że nie ma jednej szkoły — staram się podchodzić do twórczości na wiele sposobów, nie zatracając własnego stylu. Dlatego raz traktuję pisanie jak rzemiosło, a raz jak coś, z czym trzeba się urodzić. To pozwala zachować świeżość umysłu i nie utonąć w nadmiarowej wtórności, bo o wszystkim i na wszystkie sposoby już napisano.

Co jest dla Ciebie ważne w poezji? A co w prozie?

W poezji ważne są dla mnie emocje, które wzbudza słowo — jeśli wiersz pozostawia mnie obojętnym, to powinien spłonąć. W pisaniu wierszy należy pamiętać, by ciąć i jeszcze raz ciąć, a potem zastanowić się, czy czegoś nie brakuje. Mamy paskudną skłonność w poezji do skrajności. Zwłaszcza w ostatnim czasie dostrzegam to w czasopismach — słowa wylewają się rozcieńczone do granic, co później przeradza się w nalegania redakcji do skracania przesadnie. Od początku pisania towarzyszy mi maksyma złotego środka. Podobnie sprawa ma się z prozą. Tu istotniejsza jest gra tym, co między wersami — humor, ból i sarkazm. Proza ma być oczywista w nieoczywisty sposób, tak byśmy na końcu zastanawiali się, dlaczego jeszcze o tym nie pomyśleliśmy.

Jeździsz trochę po świecie? Czy przy okazji tych podróży śledzisz tamtejszą literaturę? Jakieś wnioski?

Tak, w ostatnim czasie bardzo dużo i staram się być czujny na bieżące trendy, choć obecnie też, odpowiadając na to pytanie na chicagowskim lotnisku, pragnę pozostać chłonnym na materiał, który porządkuję do drugiej części mojej powieści, opowiadającej o imigranckiej perspektywie trzech pokoleń, snując historię o pracy, miłości, dojrzewaniu w kluczowych dla naszych czasów wydarzeniach — emigracja za PRL zakończona w przeddzień wybuchu stanu wojennego; emigracja po kryzysie 2008 na stałe i współczesna, gdy na wschodzie Putin, na południu ludobójstwo w Gazie, a na zachodzie czerwone dywany rozwijane są przez twarz pamiętaną ze świątecznego Kevina. Niemniej, staram się też poznawać literaturę, którą żyją obecnie Stany i kraje europejskie, dokąd podróżuję. Wniosków mam kilka, ale na jeden szczególnie chcę zwrócić uwagę — przyszło nam żyć w ciekawych czasach, a to zawsze dobrze dla pisarzy, choć nieszczególnie dla ludzi, dlatego ciężej czytać, gdy namacalna rzeczywistość jest ciekawsza — porywa i oszałamia. W ostatnim czasie mogę polecić amerykańską powieść Paula Austera „Szaleństwa Brooklynu”.

Czym się aktualnie zajmujesz? Studiujesz? Gdzie? Jak długo? Plany literackie, w poezji i prozie.

Odpowiem na wszystkie pytania jednocześnie, bo są ze sobą powiązane. Planuję wiele, ale do wszystkiego podchodzę etapowo. Najpierw planuję skończyć pisać wspomnianą powieść. Trzeba sobie zasłużyć na skreślenie, której rozdział został opublikowany w tym roku w letnim numerze „Czasu Literatury”. Muszę też skończyć redakcję i korektę tomiku poezji „Do Jane”. Jednak tempo pracy literackiej zależy od tego, kiedy obronię pierwszą pracę magisterską na Uniwersytecie Śląskim (kierunek studiów to twórcze pisanie i marketing wydawniczy) pt. „Między buntem a destrukcją”. To obraz dojrzewającego mężczyzny w cieniu amerykańskiego snu na przykładzie wybranych powieści, którą obecnie finalizuję; a potem czeka mnie druga obrona na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach (kierunek to Gospodarka Cyfrowa). Tę jednak zacznę dopiero pisać, dotyczyć będzie wpływu sztucznej inteligencji na rynek książek. Ten kierunek jest zaoczny, więc myślę także o rozpoczęciu pracy w branży wydawniczej, jednak wciąż negocjuję ze sobą samym, co jest dla mnie ważniejsze — pisarstwo, czy opłacenie rachunków… zobaczymy, która strona wygra tę wojnę; zwłaszcza że tak łatwo jest się wypalić w marketingu literackim, choć rzadko się o tym wspomina; częściej jako o szansie pozostania blisko literatury.

OPOWIADANIA

Nie wiem, naprawdę nie wiem

– I co robimy z tym dalej?

Michał wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, gdy padło to pytanie. Właśnie to, które prześladowało go od lat. Skrywające się w pojedynczym zdaniu – jesteś nie wystarczający – ukryte z tyłu głowy, wypełzające nocami.

– Damy sobie radę. Poradzimy sobie.

– Tylko tyle masz do powiedzenia? Michał, ja mówię poważnie. Co z nami, z naszą przyszłością? Budzę się każdego ranka i nie widzę naszej wspólnej codzienności.

– To, czego pragniesz, nie przyjdzie na pstryknięcie palców. To potrzebuje czasu – popatrzył w jej oczy, tej, której się oświadczył przed kilkoma laty, jednak wciąż nie zamieszkali razem, nie wzięli ślubu. Czuł, że oddalają się od siebie, choć wciąż bywały chwile, gdy byli sobie bliscy jak dawniej. – Wiem, że zabrzmi to jak truizm, ale naprawdę – zmiany potrzebują czasu.

– A co jeśli nie mamy go na tyle…

Przełknął ślinę i ponownie zapatrzył się w gwiazdy. Wiedział, że w miłości nie da się wygrać na argumenty. Potrzebne były dowody, tyle tylko że potrzeba czasu, żeby nie były zaledwie wyjątkiem od reguły. Inaczej nie nabiorą mocy. Mógł jedynie podejmować próby i liczyć na to, że wystarczy mu czasu. Po ostatniej rozmowie dali sobie czas do września. Roześmiał się w głębi z tego postanowienia, bo wtedy wrócą z ostatniego wspólnie zaplanowanego i wdrożonego w życie wyjazdu. Poczuł się, jak małżeństwo, które postanawia się rozejść po tym, jak dzieci dorosną.

– Ja naprawdę nie chcę, żeby się to tak skończyło – głos się jej załamał, a z lewego oka poleciała łza.

– Wiem, ja także – zbliżył się do niej i przetarł palcem jej zroszone policzki.

– Wiesz, my nie mamy nawet wspólnych tematów, zainteresowań, pasji. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać.

– A czy musimy mieć wspólną pasję? Czy to, co nas łączy, jest nie wystarczające, byśmy mogli być razem szczęśliwi? Mój brat z żoną też nie mają wspólnej pasji. Twoja siostra z mężem także.

– Tomek z Wiolą podzielają wizję na życie, a Alę z Markiem łączy chociażby gust muzyczny.

Michał spojrzał ponownie w niebo. Kiedyś przynosiło mu ukojenie, a dziś było zbyt piękne. Przypomniał sobie niedawne zaręczyny swojego przyjaciela. Przyglądał się uczuciu tak gorącemu; łzom szczęścia płynącym po policzkach gęsto i rzewnie. Nienawidził siebie za to, że był zły na swojego przyjaciela, bo to nie jego wina, że mu się układa w miłości, gdy mu grunt ucieka spod nóg. A więc starał się szczerze cieszyć się z radości swoich przyjaciół ze szkolnej ławki, bo w innych okolicznościach byłby wniebowzięty. Życie bywa jednak przewrotne.

– Ja wiem, jestem świadoma, że jestem osobą, która zapierdziela jak głupia za dwóch, ale uwierz, też kiedyś byłam nieogarnięta. W trzeciej klasie podstawówki miałam nawet dwójkę z angielskiego. Ale dziś – to wszystko, co osiągnęłam – jest efektem ciężkiej pracy. Nie wiem, jak wygląda życie z ADHD, ale wierzę, że jesteś w stanie nauczyć się z tym żyć.

Michał w ciszy pokiwał głową. Po chwili odezwał się:

– Nie mogę obiecać, że zdążę wygładzić swoją codzienność, ale zrobię, co potrafię, by się to udało.

Sara w ciszy pokiwała głową.

Zgasili światło i położyli się. Michał w ciszy wtulił się w jej włosy i chwycił jej dłoń. Słyszał, jak uspokaja się jej serce, aż w końcu zasnęła. On natomiast długo leżał i gdy przyszedł ranek, nie wiedział, kiedy zasnął. Wiedział wyłącznie, że pora wstać, nim się obudzi i przygotować jej śniadanie do łóżka, póki jeszcze jest obok niego.

Wyruszyłem w poszukiwaniu ostatnich tchnień literatury

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem zgubić się w nowym miejscu i plątając się, poznawać podbrzusze miasta. Wić się ulicami, których nazwy niewiele mi mówiły. Tak też zaczął się mój wyjazd do Paryża. Był obarczony ciężkim oddechem u boku kogoś, kto kiedyś był mi najbliższy na świecie – obiecaliśmy sobie wieczność. Marzyło nam się to miasto, choć moja percepcja była obciążona czyimiś opiniami. Smród, uryna, imigranci, gwałty, podpalenia i zamachy.

Zawsze miałem uwagi do miast, które zwiedzaliśmy – tobie się tak podobały, gdy we mnie wzbudzało to odruch obronny niczym na szkolnej debacie, gdy trzeba było obrać strony. Tym razem zakochałem się od pierwszego wejrzenia tak, jak kiedyś my. Dziś KIEDYŚ naznaczyło rzeczywistość piętnem. Mimo to szkoda było dwójce studentów zainwestowanych pieniędzy, więc polecieliśmy zmierzyć się z legendą najromantyczniejszego miasta świata.

Pamiętam nasz taniec w Wersalu, spacer wzdłuż Sekwany, leżakowanie pod wieżą Eiffla. Pośród tych dróg zabłądziliśmy. Przed nami wyrosła urokliwa księgarnia. Po wejściu odkryliśmy pojedynczy pokój przypominający stary, zakurzony antykwariat, co zapomniał o latach świetności. Mój wzrok przykuło zdjęcie w ramce. Na nim autograf, który wytarł się jak nasza przyszłość.

Rozpoznałem to oblicze. Pisarza. Zawołałem niezdarnie Bonjour. Odpowiedziała wyłącznie cisza. Namacalność literacka nie dawała mi spokoju i ponowiłem zawołanie, tym razem nieco głośniej. Po krętych schodach zszedł posiwiały, lecz nadzwyczaj żwawy jegomość. Łamanym angielskim dopytałem o historię autografu i naraz uderzyła mnie żywa, krwista literatura.

– Tak, to autentyczny autograf. Mój ojciec był wydawcą Henry’ego Millera. – a przynajmniej tyle udało mi się rozszyfrować z jego słów. Chciałem jeszcze dopytać o występ Buka w Apostrophes, bardzo popularnym francuskim talk-show o literaturze. Jednak odbiłem się wyłącznie o uprzedzenia – pierwsze skojarzenie mojego rozmówcy tj. alkohol uruchomiło we mnie odruch obronny.

Zacząłem chichrać, że uzależniony był także od kobiet i hazardu. Porzuciłem dalszą rozmowę. Ukłoniłem się i wyszedłem.

Nigdy więcej nie udało nam się tam zabłądzić. Uchwyciliśmy wyłącznie nazwisko na witrynie, dzięki któremu mogłem dowiedzieć się czegoś więcej o jego ojcu, co zanotowałem w notatniku, wierząc, że wykorzystam to pewnego dnia w mojej powieści drogi: był nie tylko wydawcą Millera, ale także go wypromował; pracował w redakcji, której przewodził sam Albert Camus; a także rozpowszechnił we Francji Witolda Gombrowicza. A żwawy jegomość był 82-letnim znanym francuskim scenarzystą filmowym.

Niestety wykładowczyni nie uznała tej historii za usprawiedliwienie nieprzeczytania lektury. A ja wolałem zanurzyć się w literaturze, zamiast tylko dotykać jej przez papier.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *