Łysiak blaskomiotny

Jeden z blogerów Salonu24, który szlify dorosłości zdobywał już w czasach III RP, nie bez racji nazwał Waldemara Łysiaka ostatnim klasykiem. Miał rację, bo to nie tylko płodny prozaik i drapieżny publicysta. Do tego z wykształcenia architekt i wybredny historyk sztuki, natomiast z pasji kolekcjoner… Dlatego warto go znowu wydobyć na jaśnię.

Ta książka ma swój ciężar – i fizyczny, i gatunkowy. Ten pierwszy zawdzięcza staraniom Wydawcy, który „kosztów nie szczędząc”, wydrukował ją na papierze kredowym, z barwnymi reprodukcjami wybornych i pięknych poloników ze słynnej już kolekcji Waldemara Łysiaka. Natomiast ciężar gatunkowy tej opowieści o „zaginionych perłach kultury i sztuki”, które jej autorowi udało się odnaleźć i pozyskać do zbiorów, wyznaczają pospołu artystyczno-kulturowe walory samych obiektów, ich niezmiernie ciekawe losy oraz właściwy Łysiakowi dar narracji, zarazem instruktywnej i kompetentnej, ale także angażującej emocje, dzięki którym czytelnik czuje się po trosze nieodłącznym towarzyszem Holmesa z Saskiej Kępy.

Wyspa zaginionych skarbów

Tytuł, który zobowiązuje. Zapowiada przygodę, potrąca fibry chłopięcej duszy, mieni się znaczeniami. Im wyższy poziom oczekiwań – tym trudniejsze zadanie. Czy stary, rodzinny dom z ogrodem, położony w ekskluzywnej kiedyś dzielnicy Warszawy i nawet zamieniony „w prywatne muzeum, pełne (…) malowideł, książek, grawiur, rzemiosła artystycznego, pamiątek narodowych, dokumentów, manuskryptów itp.” może sprostać dziś czytelniczym wyobrażeniom o jakimś romantycznym miejscu, w którym ukryte przed blichtrem współczesnego świata prawdziwe skarby polskiej kultury narodowej dumnie trwają, świadcząc o dokonaniach, zamożności, wreszcie znawstwie naszych przodków? Wydawałoby się, że to prawie niemożliwe, a przecież Łysiakowi jednak się udaje, czego dowodem mogą być choćby podziękowania skierowane do czytelników, przy okazji relacji z krakowskiej aukcji, podczas której udało mu się powiększyć zbiory o ważny nabytek: „To Wy, Czytelnicy – tak masowo kupując moje książki – zafundowaliście mi bezcenny rękopis sławnego utworu Norwida. Dziękuję!”.

Waldemar Łysiak nie byłby sobą, gdyby swojej praktycznej pasji nie podbudował refleksją teoretyczną. Toteż zanim powiedzie czytelnika do krainy kolekcjonerskich przygód, zgrabnie – za Anglikiem nazwiskiem Roberts – zauważy, że kolekcjonerstwo to wprawdzie dziedzina poszukiwań zamierzonych, ale opierających się na szczęśliwym trafie, gdyż „zbieracz wie, czego szuka, i modli się do bożka szczęśliwych przypadków”. Program swojej aktywności jako kolekcjonera (i przy okazji program tej książki) wykłada w słowach: „Moje poszukiwania szły w różnych kierunkach, a szczególnie głodny byłem zaginionych skarbów kultury rodzimej – sławnych polskich dzieł (…) które zniknęły, lecz zniknęły bez udokumentowanej pewności, że zniszczały (wskutek klęski żywiołowej lub wandalizmu), istnieje więc możliwość ich odnalezienia”.

Kolekcjonerstwo w teorii i praktyce

Czy stary album ze zdjęciami dokumentującymi życie codzienne pewnego pułku jazdy – nawet jeśli to był I Pułk Szwoleżerów – w późnych latach dwudziestych zeszłego stulecia, ewentualnie portret dziewczynki, którego w grudniu 1990 roku nikt nawet nie zaczął licytować, czy wreszcie jakaś stylowa oprawa wykonana przez krakowskiego introligatora Jahodę – mogą się stać już nie mówię wehikułem, ale choćby inspiracją do pasjonującej opowieści u progu trzeciego tysiąclecia po Chrystusie? Lektura Wyspy zaginionych skarbów dowodzi, że koktajl, na który w równych częściach składają się intuicja, pasja, znajomość rzeczy i talent autora, pozwala uobecnić dni minionej chwały, przydać życia wielbionym postaciom, pognać niczym pies myśliwski tropem dawnych namiętności, a nawet wręcz rozwibrować czytelniczą wyobraźnię. Okazuje się wtedy, że między schodami w warszawskiej „Adrii”, balkonem piątego piętra przy Riverside Drive 3 w Nowym Jorku a skromnym grobem na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie zachodzą silne, choć niekoniecznie dobrze znane współczesnym zależności.

Łysiak konstruuje zdumiewające przewodniki po dziełach i ludziach. Pod jego piórem historia po prostu ożywa i splata się w zalotny warkocz z teraźniejszością. Wycieczki w przeszłość (studiowanie opracowań, źródeł z epoki, kwerendy biblioteczne itp.) ostatecznie prowadzą na przykład do Rempeksu, Agry lub krakowskiego antykwariatu Rara Avis, gdzie podczas aukcji rzadkich i cennych obiektów emocje znawców, w tym oczywiście i autora, zostają postawione w stan najwyższego pogotowia. Od Łysiaka można się dowiedzieć, jak funkcjonuje zwyczajowe („postpeerelowskie, lecz rozsądne”) prawo pierwokupu druków przez Bibliotekę Narodową czy malowideł przez Muzeum Narodowe, ale także – poznać sposoby przelicytowania tych niezbyt zasobnych instytucji.

Wieniawa jako bezgrzeszny kobieciarz

Nowobogaccy bez gustu? Współczesne, już w latach dziewięćdziesiątych, nakręcanie koniunktury na Malczewskiego? Półświatek zbieraczy? Owszem, Łysiak o tym wszystkim pisze, ale znacznie bardziej pasjonuje go prawdziwa topografia Somosierry, a także dorobek artystyczny i teoretyczny Eligiusza Niewiadomskiego czy jedyny wartościowy obraz Stanisława Dawskiego („Zbrodnia”) , który przed laty (w 1946) rozsierdził komunistycznego bonzę podczas otwarcia I Salonu Wiosennego w Zachęcie. Czy sądów Łysiaka nie sposób kwestionować? Czy trzeba się z nim zawsze zgadzać? Niekoniecznie. Wolno przecież uważać, że Gazeta Warszawska miała trochę racji, wytykając Wieniawie-Dłogoszowskiemu ostentacyjne lekceważenie szóstego przykazania i że niekoniecznie musiały to być „złośliwości zaprawione jadem antysemityzmu”, lecz proste odwołanie się do faktów. Niełatwo też przekonać się do dokonanej przez Łysiaka wykładni „Dwóch światów” Juliana Fałata, owszem wykładni rozkosznie arbitralnej, ale niezbyt chyba prawdopodobnej. Kontrargument najprostszy, widoczny gołym okiem: długi pochód ludu w postawie pokornej, uniżonej, może nawet proszalnej, choć eskortowany przez uzbrojonych mężczyzn, w żadnej mierze nie zasługuje na miano „hordy plebejskiej zalewającej studio” artysty. To nie jest przecież tłum zrewoltowany, skłonny do rabunku!

Opowieść o zachłannym łowcy skarbów

Wyspę zaginionych skarbów można czytać linearnie, od początku do końca, sycąc ciekawość i podążając za autorem, który ze znawstwem oprowadza po ścieżkach subtelnych wtajemniczeń i coraz węższych kolekcjonerskich specjalności. Ale możliwy jest też inny styl lektury: spontaniczny, pozornie chaotyczny, na wyrywki, według podpowiedzi czytelniczego apetytu drażnionego pysznymi widokami blaskomiotnych znalezisk czy też ciekawości podekscytowanej zapowiedziami inwentarza tych wszystkich skarbów polskiej kultury, wcześniej zaginionych, a potem nieraz wręcz cudownie z pomroku dziejów na światło dzienne wydobytych.

W tym drugim przypadku, folgujemy – co według filozofii życia Waldemara Łysiaka nie jest bez znaczenia – upodobaniom i gustom osobistym. Gdy natomiast wiernie podążymy za autorem, wnet przyjdzie nam dostrzec, że silniej od anegdotycznych losów odnajdywanych i gromadzonych dzieł przemawia do nas współczesna, pełna przygód historia ich pozyskiwania. A malejąca przeźroczystość Łysiaka-narratora przesuwa uwagę czytelnika z samego skarbu na postępującą wyrazistość jego łowcy, czyli Łysiaka-kolekcjonera.

Waldemar Łysiak, Wyspa zaginionych skarbów, Wydawnictwo Andrzej Frukacz – Ex Libris, Chicago – Warszawa 2001.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *