Camino de Santiago
Poranek w Marburgu. To tu w zeszłym roku dotarliśmy w pieszej wędrówce do Santiago de Compostela. Dzisiaj wysiedliśmy z ostatniego pociągu na trasie z Guben, by kontynuować Drogę.

Poświęcając każdego roku 10 do 14 dni na pielgrzymowanie nie ma nadziei, że cel osiągnie się szybko, ale pełni energii ruszyliśmy przez miasto, jak każde na szlaku naszpikowane historią i zabytkami. Po nocy spędzonej w pociągach i na dworcach, tylko dzięki kawie znaleźliśmy siły, by znów podnieść głowę i spojrzeć na sięgające nieba wieże kościoła Elisabethkirche.

Jeszcze wtedy nie spodziewaliśmy się, że na drodze tegorocznego etapu spotkamy drugą wspaniałą budowlę – kościół Najświętszej Marii Panny w Trewirze, który wraz z marburskim wyznaczał kanony gotyku w Niemczech.
Opuszczając miasto wiedzieliśmy, nauczeni praktyką, że w mijanych miasteczkach i wioskach nie uświadczymy marketu, więc jeśli słońce będzie przypiekać, skończymy dzień z ujemnym bilansem wodnym.

Nie nawykłe na co dzień do ciężaru plecy nie chcą dźwigać w plecaku wody na zapas – to wygodnictwo skutkuje spieczonym językiem, ale z drugiej strony, u końca etapu woda ma wina smak. Trudy wędrówki jak zwykle będą nam wynagradzać widoki natury i mijane osady, w których nie ma żywego ducha, bo wszyscy w pracy w wielkim mieście. Jednak materia nieożywiona, którą mijamy pokazuje zachodni pragmatyzm, którego historia sięga daleko wstecz i który tak bardzo imponuje.

Pamiętać bowiem należy, że naznaczona obecnością Cesarstwa Rzymskiego historia to trzeci, po naturze i własnych myślach, obszar towarzyszący wędrowcowi przez te 300 kilometrów kroku za krokiem. Wspaniałe miasta mijane po drodze jak Moguncja czy Trewir dosłownie uderzają przeszłością po oczach, ale także polne drogi nie pozwalają zapominać o niej, gdyż być może, napotkany kamyk pamięta czasy rzymskich strażników wypatrujących barbarzyńców z wieży obserwacyjnej.

Zaczynając ostatni etap Jacobsweg wiedzieliśmy, że chcemy dotrzeć do granicy z Francją. Miasteczko Perl idealnie nadawało się na metę Camino 2025, gdyż można wypić tu trzy kawy, każdą w innym państwie – Niemczech, Francji i Luksemburgu. Ta perspektywa dodawała sił, gdyż 300 km wędrówki, w tym odcinki z przewyższeniami takimi jak w okolicach Gräfendhron w spiekocie czy deszczu, jakie prognozowano na ten czas, kazały wątpić we własne możliwości i obniżały morale.

Ale wzniesienia to nie tylko pot i łzy, ale także inna perspektywa, która sprawia, że zapominamy o soli na skroniach.

Na szczęście większość dystansu przebiegała w normalnych okolicznościach przyrody, co pozwalało oderwać się od rzeczywistości i poszybować myślom swobodnie, czy to w kierunku transcendentalnym czy problemów prozy życia.

Pielgrzymkowy charakter wędrówki wyznaczał strefę komfortu, jakiego powinniśmy się spodziewać. Czy będzie to oznaczać wyjście z własnej strefy czy przedłużenie codzienności, to już kwestia indywidualna. Można stwierdzić obiektywnie, że woda i sen to warunki brzegowe, których brak zarezerwowany jest dla Ironmen’ów. Wyposażeni w namioty teoretycznie jeden problem mieliśmy z głowy, ale wiadomo, co dach nad głową to spokojniejszy sen. Dzięki pozytywnemu odzewowi dobrych ludzi z parafii mijanych po Drodze, mogliśmy w większości przypadków cieszyć się snem pod dachem przytulnych sal Kirchengemeinde. Z tego miejsca wypada tym ludziom serdecznie podziękować za cierpliwe wysłuchanie naszego łamanego a dla nich ojczystego języka oraz za zaufanie, gdy oddawali nam do dyspozycji budynek wspólnoty – Vielen Dank und herzliche Grüße!

Ludzie spotykani w drodze to temat na osobną historię, gdyż to oni ją współtworzyli. I ci pytani o drogę i ci mijani w drodze i ci po drugiej stronie lady – wszyscy magicznym „Hallo” podnosili morale do potrzebnego poziomu. Natomiast na szczególną pamięć zasługują Ci, których jako ostatnich widywaliśmy przed snem, czyli nasi dobrodzieje gospodarze, Ci, którzy obdarowali nas napojem, wymienili się gadżetem czy zaopatrzyli w zestaw drożdżówek, byśmy mieli siłę iść dalej. Niektórzy pozostali bezimienni, bo zwyczajnie zapomnieliśmy spytać „jak masz na imię”, imiona innych zapamiętamy na długo.
Podsumowując, bo wszystko co dobre się kończy, kolejny rozdział za nami, rozdział napisany po niemiecku, bo kolejny będzie już pisany po francusku. Gdyby ktoś chciał sam go przeczytać „nic prostszego” – dobre buty, niezbyt ciężki plecak, ślad GPX jednej z wersji Drogi oraz podstawowe zwroty w ojczystym języku gospodarzy i można tworzyć swoją wersję wydarzeń.
Warto pamiętać o portalu https://www.deutsche-jakobswege.de/wege-uebersicht.html, który pomoże wybrać marszrutę i zaopatrzyć się w Deutschland-Ticket, który pozwoli przemierzyć kraj Goethego w rozsądnej dla nas cenie.
Buen Camino!