Przerzuć na inną stronę, lub lepiej jeszcze, przełącz na inny kanał. Masz w ręku wszystkie możliwości. Jednym palcem stwarzasz inną rzeczywistość. Jesteś jak Pan Bóg w dniu pierwszym tego świata. Jedno dotknięcie i oto zobaczysz, ty statystyczny medioto, to czego pragniesz najbardziej.
Oto actionman w Miami, czy na Brooklynie, rozkwasza gębę jednym ciosem jakiemuś nieudacznikowi. To jeszcze nic. Przełącz natychmiast, bo twój superidol ciska na ziemię i rozdeptuje właśnie jakiegoś uzurpatora. Krew trysnęła na bruk. Ale tuż obok, na innym kanale słychać zbiorowy rechot podglądaczy życia rodzinnego Bylejakich, gdzie w 481. odcinku ojciec zwraca uwagę na gosposię, a w niedzielny obiad na jej dekolt. Ha, ha. Naraz rozwalone domy i spod betonowej płyty sterczy noga. Płacze jakiś ciemnooki malec, dziennikarz krzyczy do mikrofonu, że to na Haiti. Po co on tak się drze… ale już lepiej.. Przerywa mu jakaś laska, całkiem niezła, łyka lek na wzdęcia i już z drugą taką, jeszcze lepszą biegną do morza.
Godzina szczytowej oglądalności. Nie wiadomo, czy to naprawdę, czy taka bajka, science fiction… Teraz pokazali takie miejsce, gdzie wszyscy by chcieli jechać w podróż życia, nawet premier… Machu Picchu.
Co? Nie byliście jeszcze? Hola… Ja byłem tuż przed uwięzieniem przez przyrodę 2000 turystów. Znowu jakiś odcinek serialu pt. Zagubieni… To tu najbardziej kultowe miejsce świata, gdzie praktycznie każdy może dziś dotrzeć, czego nie można powiedzieć o Evereście. Nad rozpostartą między porośniętymi dżunglą jak mchem szczytami i toczącą rozwodnione błoto, grzmiącą rzeką Urubambą, krążyły jak oszalałe ptaki – helikoptery peruwiańskiej armii.
W kolejnych newsach światowych agencji nazwa Machu Picchu powtarzała się. Trzeba pogodzić się z faktami. To real. Jednak i tym razem dokonało się znaczne przekłamanie. Uwięzieni turyści tłoczyli się nie w kamiennym mieście Inków, ale w oddalonej o 6 km osadzie Aquas Callente. Inaczej być nie mogło.
Odwołajmy się więc do topografii, bo ukształtowanie terenu ma tu znaczenie kapitalne. Dlaczego biały człowiek – obojętnie czy był to uczony Hiram Bingham w 1911 roku, czy nawet 40 lat wcześniej niemiecki handlarz Berns – odkrył to miejsce tak późno? Czemu nie ograbili je konkwistadorzy buszujący przez wieki na terenie dzisiejszego Peru?
Podróżując z odległego o około sto kilometrów Cusco, ostatnie kilkadziesiąt kilometrów trzeba przebyć kanionem Urubamby, która wbiła się głęboko pomiędzy kilkutysięczne szczyty Andów. Urubamba nie jest żeglowna. To łagodny wodospad oprawiony stromymi skałami. To właściwie jedyna droga, chyba że sforsujemy w kilkudniowej wyprawie szczyty.
Taka jest droga do Machu Picchu, gdy się wie, gdzie ono jest. Gdy się ma aktualne mapy i GPS. Wreszcie, gdy się skorzysta z tego wspaniałego udogodnienia, jakim dla turystycznych pielgrzymek stała się kolejka wąskotorowa posuwająca się całkiem żwawo wykutą, skalną półką wzdłuż spienionej rzeki. Przeszklony dach wagoników pozwala obserwować kryjące się w chmurach szczyty. Po zawrotnej podróży docieramy kolejką do stacyjki, gdzie kanion poszerza się dając szansę niezwykle malowniczej osadzie z hotelikami, knajpkami i kolorowymi indiańskimi straganami.
Tu pełny szok! Oto bowiem na placyku biją nas w oczy barwne, okazałe autokary. Skąd się tu wzięły? Tylko tubylcy mogą nam to wyjaśnić – autokary zostały przewiezione w drobnych częściach kolejką i tu na miejscu zmontowane. Po co? Dalej są dwa warianty. Droga dla spasionych, amerykańskich, europejskich i japońskich snobów, czyli 6 km jazdy w wygodnych fotelach, lub indiańska ścieżka przez dżunglę, oczywiście dla nas. Tak, czy inaczej jednego dnia setki turystów dotrą do upragnionego miejsca, w którym pobyt kontrowersyjny Ernesto Che Guewara uznał za najszczęśliwszy moment swojego burzliwego życia.
Czy była to kolebka Indian Keczua, sanktuarium, a może schronienie przed najeźdźcami? Przyciąga tajemnica. Przylegający do świątyni słońca budynek zwany bingham, to ponoć pałac księżniczki. Większość odnalezionych tu czaszek z XV wiek należało do kobiet. Mniejsze i ładniejsze niż męskie… Prawdopodobieństwo, że były to dziewice słońca, jest duże. Władcę inkaskiego imperium i jego męską świtę musiały obsługiwać młode niewiasty o niezwyczajnym atrybucie. Dziewictwo było nim z pewnością w rozwiązłej społeczności Inków.
To jednak nie wystarczało. Bezustanny konkurs z cyklu „Mam talent’ trwał wypełniając kamienne miasto śpiewem, muzyką na fletniach i haftowanymi makatami. Czasem strażniczka ognia zakochiwała się w strażniku jej cnoty i taka nakryta para była grzebana żywcem. Do tej fabuły scenografia rozłożona na trawnikach, gdzie pasą się lamy.
Kluczem jest zatem dotarcie najpierw do Aquas Callente. Kolejka dowozi bezustannie za sto dolarów. Autokary czekają cierpliwie. Deszcz niestety pada od kilku dni. Biała Urubamba staje się czerwona i wtedy skały spadają na półkę z torami. Niemożliwe staje się faktem. To pułapka. Z dnia na dzień ceny kwater, alkoholu, a w końcu i żywności wzrastają wielokrotnie. Zapasy się kończą. Teraz tubylcy wreszcie odbiją sobie za konkwistę. Kilkumetrowy posąg wodza Inków na ryneczku patrzy na rozhisteryzowany tłum z pogardą. Jedyna pociecha – helikoptery wywiozą czepiających się ich turystów darmo. Taka globalna reklama Machu Picchu opłaci się biednemu Peru z pewnością.
Tylko my nie damy się zwieźć! Stąd do kultowego miejsca 6 kilometrów. To tak jakby świat się dowiedział o uwięzionych w karkonoskich Śnieżnych Kotłach, a oni naprawdę kłębiliby się w Szklarskiej Porębie. Jak zwykle jest prawda czasu i prawda ekranu.