Helena Załuska

Próbuję budować mosty

Z laureatka III nagrody konkursu literackiego PJC w dziedzinie prozy rozmawia Stanisław Srokowski

Kiedy zaczęłaś pisać opowiadania?

Zaczęłam pisać opowiadania w dość młodym wieku, bo byłam wtedy może w szóstej klasie.

W jakich okolicznościach to się stało?

Nie miałam większych pisarskich ambicji, zwyczajnie poczułam potrzebę opowiedzenia historii, która narodziła się w mojej głowie. A dla dwunastolatki okropnie znudzonej szkołą i obarczonej ciężarem braku wewnętrznej przynależności, nie mogło być innego rozwiązania niż spokój ducha i chęć rozwoju.

Czy miałaś jakieś wzorce literackie?

W tamtym okresie ogromny wpływ miała na mnie seria o Percym Jacksonie autorstwa Ricka Riordana. Jego połączenie akcji z humorem spodobało mi się tak bardzo, że napisałam wtedy swoją pierwszą książkę pod tytułem. „Zaginione wyspy”

Jakich pisarzy cenisz? Dlaczego?

Później poznałam Fredrika Backmana i to on jest na chwilę obecną autorem, którego cenię najbardziej. Uwielbiam go za to, w jaki sposób piszę o ludziach, o rzeczach, które mogą się wydawać przyziemne, a jednak on jest w stanie pokazać, że wcale takie nie są. Bardzo trafił w moją wrażliwość swoimi książkami.

Co chcesz powiedzieć światu?

Co chcę powiedzieć światu? Najbardziej to, że inność nie równa się wrogość. Pisząc, próbuję budować mosty między tymi, którzy czują się inni, a tymi, którzy się ich boją. Może jeśli lepiej się zrozumiemy, będzie w nas mniej przemocy, a więcej miejsca. Przez swoją własną inność nie byłam lubiana przez większość mojego życia i teraz przez moje prace chcę pokazać, że bycie innym wcale nie oznacza bycia gorszym.

Do jakiej szkoły chodzisz? I jak ci idzie nauka?

Chodzę do szkoły średniej w Toruniu, do VI Liceum Ogólnokształcącego im. Zesłańców Sybiru i z nauką radzę sobie przeciętnie. Są przedmioty, które mnie naprawdę ciekawią, i takie, które po prostu trzeba przejść.

Czy już debiutowałaś?

Jeszcze nie debiutowałam. Ale mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Piszę intensywnie i staram się rozwijać.

Jakie masz plany twórcze?

Chcę skończyć powieść, nad którą teraz pracuję i która jest częścią trylogii. Chciałabym pisać dalej o tym, co trudne, dziwne, niewygodne, ale w sposób, który porusza i daje do myślenia. Moim celem jest tworzenie historii, która sprawi, że czytelnik odnajdzie w niej swoje problemy.

Urodziny

Mitchell właśnie obchodził siedemnaste urodziny. Było jak zawsze, czyli po cichu, w kącie własnego pokoju, z podkulonymi nogami i głową ciężką od myśli.

Siedemnaście lat to dziwny wiek. Nie był już chłopcem, ale też nie był jeszcze mężczyzną. Zatrzymał się gdzieś pomiędzy ostatnim zabawkowym samochodzikiem, a pierwszym papierosem. Dorastał, wyrastał z dziecięcych butów, głos zaczynał mu się łamać, a jednak wciąż nosił w sobie echo małego chłopaka, który nie wiedział, w którym momencie skręcił w złą stronę.

Nie wszystkie dzieci stawały się dorosłymi, niektóre tylko nauczyły się wystarczająco udawać.

Nie znał swojej mamy, znał jedynie ciszę, którą po sobie zostawiła i wiele niezałatwionych spraw. Zniknęła, zanim tak naprawdę uzmysłowił sobie, czym jest jej brak i choć czasami wydawało mu się, że gdzieś tam jest, były to jedynie puste marzenia o czymś tak nieosiągalnym jak złapanie gwiazdki z nieba i uświadomieniem sobie, że jest tylko brzydkim kawałkiem plastiku.

Czasem śnił, że ją spotyka i stoi tam w kurtce o parę rozmiarów za dużej z ramionami rozwartymi jak do uścisku. Mitch w takich snach nigdy nie był sobą, lubił sobie wyobrażać, że jest kimś innym, że nie urodził się w miejscu, w którym niewiedza była przywilejem, a świadomość przekleństwem. Zastanawiał się, czy jego mama też tak o nim śni.

Ojciec był człowiekiem o twarzy, którą trudno było zapamiętać, bo zmieniała się każdego dnia. Czasem była zmęczona, czasem obojętna, a czasem po prostu nieobecna. Za to gdy wypełniała ją nią złość, stawała się wyraźna jak blizna.

Były dni, kiedy Mitchell sądził, że to nie człowiek, tylko echo czyjejś rozpaczy, które zapomniało, jak być ciche. A mimo to wciąż czekał, aż spojrzy na niego inaczej. Może choć raz jak na syna.

Kiedyś, gdy był w szkole, usłyszał, że o nim mówią. Nigdy jednak nie używali jego imienia, zawsze się odnosili do niego, jak do czegoś zakazanego. Nigdy nazwisko, zawsze „tamten”, „ten, wiesz który”, „nie gadaj, że nie pamiętasz!”, „cicho, idzie tu”.

Nauczyciele widzieli, ale dopóki sprawa nie była nagłośniona, oznaczało, że nie istniała. On nie istniał. Nocami fantazjował, że żyje w innym świecie, traci dotychczasową twarz i staje się kimś, o kim można powiedzieć: „To pana syn? Jest niezwykły”.

Tej nocy wyjrzał za okno, a jego twarz owiało zimne powietrze. Rozległo się za nim ciche skrzypienie drzwi, które brzmiały tak od kiedy tylko sięgał pamięcią, a jednak nigdy ich nie naprawił. Usłyszał ciężkie kroki i następnie, kiedy rozbrzmiewały wyjątkowo głośno, odwrócił się.

– Hej – odezwał się ojciec.

Mitchell odruchowo uniósł dłoń w geście powitania.

Ojciec stał w cieniu, twarz miał zaciętą, brwi ściągnięte w sposób, który można by wziąć za gniew, gdyby nie to, że był w nim cień zakłopotania.

Coś trzymał w dłoniach, ale światło księżyca nie zdradzało szczegółów.

Podszedł bliżej. Bez słowa położył przedmiot na parapecie, tuż obok syna. Potem niezgrabnie, prawie mechanicznie, położył mu dłoń na ramieniu. Gest był nieporadny, zupełnie jakby próbował przypomnieć sobie, jak się to robi. Jakby kiedyś, bardzo dawno temu, umiał być tatą, a nie tylko ojcem.

– Wszystkiego najlepszego, synku.

Świadomość nieistnienia

Widział go w ziemi, czuł na wietrze i wtedy, kiedy obejmował jego skórę w szaleńczym tańcu. Słyszał go w szeptach wysokich traw, dotykał każdego źdźbła, kreślił palcami w błocie – tak naprawdę ten nigdy go nie opuścił.

“Jesteś wszystkimi rzeczami, które tworzą sztukę” tamten mówił mu nieraz i choć bardzo chciał się z nim utożsamić, poczucie przynależności miało mu na zawsze pozostać obce, brzmiało gorzko i niepoprawnie.

Czasem zastanawiał się, czy nie rozmawiał przypadkiem z symulakrum[1] chłopaka, a nie z nim samym, ponieważ nie był sztuką, nie był nawet jej imitacją, a jedynie fałszerzem ubranym w ładne słowa. Czasami, kiedy samotnie szedł ulicą, wyobrażał sobie, że idzie obok niego, obok tego chłopaka, co zawsze niósł wiosnę wraz ze swoimi krokami, jakby ziemia pod jego stopami rozkwitała. W wyobraźni był symbolem czegoś żywego, zanim kompletnie zgnił.

– I czuje tę wielką prawdę, że drobiazgi stanowią w sumie życie – powiedziałby wtedy, a chłopak by się zaniósł śmiechem, tak czystym, że mógłby dla niego palić całe miasta i nie żałować ani jednej cegły. W tamtym momencie był jak strefa za mgłą, ostra, wyraźna, ale wciąż nieosiągalna strefa. Czuł, że mógłby go obserwować w nieskończoność, a mimo to nie znałby odpowiedzi, której szukał, bo kontury chłopaka były ostre jak krawędzie noża, jak niedokończony szkic, ekspresjonistyczny obraz.

– Jesteś prawdziwą enigmą, wiesz? – odpowiedziałby tamten, unosząc figlarnie jedną brew. Kopnąłby kamyk, który sekundę później wpadłby do strumienia.

– Tak mi wpadło do głowy.

Rozmawialiby, dopóki by słońce nie zniknęło za horyzontem, a gdy tylko weszłyby na jego miejsce gwiazdy, pozwoliliby sobie na zapomnienie, które osiągali jedynie w swojej obecności.

Rozmyślał o tym tak często, że w jego głowie obrazy obrały już tylko miano wspomnienia, a nie odległego marzenia, jakby rzeczywiście wydarzyło się kiedyś, dawno temu, w innym życiu, pod innym niebem. Za każdym razem, kiedy spoglądał w dół na swoje swego czasu mlecznobiałe dłonie, widział jedynie szkarłatne łzy, zdobiące każdą kostkę.

Żałoba była śmiesznym słowem. Brzmiała niepoprawnie, tak lekko, tak formalnie, niemal klinicznie w swoim brzmieniu. Nie pasowała do tego, co działo się w jego wnętrzu. Do tych nocy, kiedy milczenie krzyczało najgłośniej, a serce rozciągało się do granic możliwości. Nieustannie grało elegie, żałosną symfonię. Dźwięki te nie miały nut ani melodii, a mimo to brzmiały wyraźnie, rozbrzmiewając w zakamarkach jego świadomości niczym echo dawno utraconej nadziei. Bywały noce, że odmawiał modlitwy, błagał Boga o odpowiedź, ale Bóg milczał. Bóg zawsze milczał. W ciemnym pokoju, kiedy cały świat spał, a milczenie tańczyło między słowami, rozsypał się po raz kolejny i tym razem obok nie było nikogo, kto by go poskładał.


[1]     Podobieństwo, imitacja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *