Raczej poMIGA niż poMAGA, bo to działanie w rodzaju Make Israel Great Again. Aktywność dla Stanów Zjednoczonych niezbyt korzystna. Dla świata – wręcz niebezpieczna.
Wbrew temu, o czym po goebbelsowsku mantrują światowe media głównego nurtu, pewne sprawy są jasne. Jeśli ktoś (tutaj: Iran, czyli Persja) od trzydziestu lat ma być o krok od wyprodukowania broni masowej zagłady, ale wciąż jej nie ma, to znaczy, że informacje o irańskiej broni nuklearnej pozostają mocno przesadzone. Użyjmy takiego eufemizmu! Co więcej, jeśli kolejny alarm ponawia podmiot państwowy, który ową inkryminowaną bronią, uzyskaną zresztą w sposób pozalegalny, sam dysponuje, to trudno nie widzieć w tym mocnego zachwiania proporcji. W dawnych, jeszcze normalnych czasach nazwano by to zwyczajnym przekroczeniem poczucia przyzwoitości.
Jeśli uznać, że to raczej szefowa wywiadu narodowego – zresztą nominatka obecnego POTUS-a – Tulsi Gabbard ma rację, przyjmując za opis realnej sytuacji raporty podległych sobie służb, niż czyniący serię dziwacznych eksklamacji prezydent Donald Trump, który zaczyna podejmować działania jawnie sprzeczne z tym, co deklarował w kampanii wyborczej, to kolejne ważne pytanie brzmi: dlaczego tak się dzieje po kilku raptem miesiącach od objęcia urzędu?
Kto by to nie był, prze do konfliktu globalnego
Możliwości są zasadniczo dwie: niekorzystne dla USA, a grożące wybuchem III wojny światowej wspieranie przez Trumpa agresywnej czy wręcz awanturniczej polityki Benjamina Netanjahu w regionie Bliskiego Wschodu pozostaje rezultatem nacisków ze strony ponoć najlepszych w świecie służb specjalnych, które dysponują, być może, jakimiś argumentami o przemożnej sile perswazji. Nie da się jednak wykluczyć, że żarliwe zapowiadające pokój deklaracje składane przez kandydata Republikanów podczas kampanii wyborczej były jedynie elementem gry, wynikającej z rozeznania nastrojów wśród większości Amerykanów wściekłych na wojenne, teoretycznie proukraińskie priorytety administracji Josepha Bidena.
Żeby wygrać, nie tyle z figurantką Kamalą Harris, ile z globalistyczną oligarchią oraz prącym do eskalacji wojny z Rosją Deep State Demokratów, żeby pociągnąć za sobą zmęczony ukraińską awanturą elektorat oraz patriotycznie zorientowaną formację MAGA, Trump (z prostej zręczności biznesowej lub idąc za radą swych kampanijnych strategów) odsunął na dalszy plan – znane dobrze już wcześniej – własne, mocno proizraelskie nastawienie. Ciepły stosunek Donalda Trumpa do Izraela, przejawiał się zarówno w jego życiu rodzinnym (mariaż i konwersja córki Iwanki na judaizm), jak i zwłaszcza w posunięciach politycznych z czasów pierwszej kadencji w Białym Domu. Warto tu przypomnieć choćby uznanie Jerozolimy za stolicę żydowskiego państwa (2017), jednostronne wycofanie się Trumpa i jego administracji z umowy nuklearnej z Iranem, antyirańską konferencję w Warszawie (2019) czy wreszcie nieco bulwersujący zamach na irańskiego generała Ghasema Solejmaniego, dowódcę brygady Al-Kuds, dokonany 3 stycznia 2020 roku, a zatem tuż przed samym końcem urzędowania.
Bez względu na to, która z rozważanych tu wersji leży u podstaw obecnej decyzji amerykańskiego prezydenta, skutki aktywnego udziału sił zbrojnych USA w ryzykownej i niewykluczone, że silnie motywowanej osobistym interesem (groźba procesu o korupcję!) wojennej rozgrywce premiera Netanjahu z Iranem – mogą być fatalne dla samego Trumpa oraz jego prezydentury. Spadnie gotowość Stanów Zjednoczonych do zmierzenia się z kroczącą potęgą Chin w regionie Indo-Pacyfiku, a równowaga geopolityczna ulegnie rozchwianiu. Czy to, czego od roku 2022 nie mógł osiągnąć ostro szarżujący prezydent Ukrainy Zełenski, powiedzie się teraz premierowi Izraela?
Nieuchronność rewanżu czy geopolityczne żądło
Właściwie nie wiadomo, która wersja wydarzeń byłaby gorsza dla świata. Obawa przed ujawnieniem jakichś kompromitujących materiałów – taki motyw pojawił się niedawno w gwałtownym sporze Elona Muska z Trumpem – czy konieczność odwdzięczenia się nader hojnym sponsorom prezydenckich kampanii wyborczych, nie tylko zresztą tej ostatniej. Jeśli pamiętać, że Sheldon i Miriam Adelsonowie, majętni małżonkowie, którzy dorobili się na hazardzie w Las Vegas, już przez rokiem 2016 skutecznie zainwestowali 100 mln dolarów w prezydencką kampanię Donalda Trumpa, a z mniejszym szczęściem wpompowali następne 120 mln – w jego wyścig do Białego Domu, przegrany czy skręcony w roku 2019, to trudno się dziwić jakiemuś wewnętrznemu poczuciu obecnego POTUS-a, iż hojnym donatorom należy się od niego jakaś stosowna rekompensata. Tym bardziej że po śmierci męża w roku 2021, pani Adelson, zdeklarowana syjonistka mieszkająca w Izraelu, przekazując kolejne 100 milionów dolarów na kampanię zeszłoroczną, sama okazała się najhojniejszym sponsorem prezydenckich ambicji Donalda Trumpa.
Na wieść o militarnej akcji, angażującej najbardziej zaawansowane technologicznie środki, jakimi dysponują teraz Stany Zjednoczone, do zbombardowania Fordo, Natanzu, a także Isfahanu – trzech głównych ośrodków wzbogacania i magazynowania uranu – niezacietrzewiona część światowej opinii publicznej zadrżała… Nic dziwnego, bo wcześniejsze deklaracje obu zwaśnionych stron: Iranu oraz Izraela, wygłaszane w płomiennej retoryce właściwej kulturze Bliskiego Wschodu, mogły faktycznie napawać niepokojem. W krótkim czasie okazało się jednak, że na naszych oczach rozgrywa się, owszem, trudna do interpretacji historia, ale w scenerii cokolwiek buffo.
Zapowiadany atak nastąpił, jednak sporo przed terminem i podczas prowadzonych przez skonfliktowane strony negocjacji. Podobno był bardzo skuteczny, ale nie wiadomo, czy zniszczył irańskie zasoby uranu oraz urządzenia do jego wzbogacania. Podobno Irańczycy zdołali je wcześniej przewieźć w inne miejsca, czego mają dowodzić stosowne zdjęcia satelitarne. Natomiast odwet Iranu – atak na dwie amerykańskie bazy w regionie – miał wymiar mocno ograniczony i również był wcześniej sygnalizowany, zarówno Amerykanom, jak i władzom państw, na których terytorium miało to miejsce. Można więc odnieść wrażenie, że do efektów bombardowania irańskich obiektów nuklearnych najwięcej zastrzeżeń mają paradoksalnie władze Izraela, które wątpią w niezawodność działań armii USA, opierając się na ocenach zawartych w raporcie Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony (DIA – ang. Defence Intelligence Agency), którego fragmenty wyciekły do mediów niechętnych republikańskiej administracji.
Globalni producenci wojennej mgły
Sytuacja związana z udziałem armii USA w obecnej fazie kryzysu izraelsko-irańskiego jest bardzo dynamiczna. Gesty, oświadczenia, dementi, przechwałki, zażalenia, rozejmy i ich naruszanie – następują po sobie szybciej niż śledzące te wydarzenia media mogą rzetelnie je zrelacjonować. A już o sensownym i wiarygodnym komentarzu można jedynie pomarzyć. Jak zwykle w takich razach, zostaje uruchomiona pełna paleta środków stosowanych do produkcji tzw. mgły wojny. Nie dziwi zatem, że największe dzienniki amerykańskie – od zawsze „po stronie demokracji”, cokolwiek by to miało znaczyć – kwestionują oficjalne wypowiedzi przedstawicieli administracji Trumpa, pisząc, że: atak się nie powiódł, irańskiego potencjału nuklearnego nie zniszczono, pretensje władz Izraela są słuszne…
Im dłużej światową opinię publiczną uda się utrzymać w stanie dezorientacji i niepewności wywołanej przez dysonans poznawczy, tym większe szanse są na to, by społeczeństwa – w tym zwłaszcza narody Europy – dały się potulnie poprowadzić na kolejną wielką wojnę światów. Na jaką wojnę? Pewnie wszystkich ze wszystkimi, a najlepiej chyba z Rosją Putina… Bardzo wiele zależy od tego, czy ekipie Trumpa w składzie: Vance, Hegseth, Rubio, Witkoff uda się przywrócić pokój na Bliskim Wschodzie. Czy prezydent odzyska nadwyrężone zaufanie u ludzi z niezależnych mediów? Czy obłaskawi szefów agencji wywiadowczych dość mocno spostponowanych przed atakiem na nuklearną infrastrukturę Iranu? Bo Tulsi Gabbard, jeśli idzie o ocenę feralnego raportu DIA nt. skuteczności operacji irańskiej, już zajęła miejsce u boku POTUS-a.
Ze szczytu NATO w Hadze Trump wraca zwycięski. Czy jednak zdoła odzyskać zaufanie i odbudować dobre dotąd relacje z patriotycznymi kręgami ruchu MAGA, bez którego nie wygrałby zeszłorocznych wyborów? I jak poradzi sobie z ewentualną procedurą impeachmentu za wydanie nieautoryzowanego przez Kongres rozkazu ataku na Iran? Wątpliwości i pytania się mnożą. Narasta niepewność, co Trumpowi, Ameryce i światu może przynieść kolejny dzień. Siewcom burz warto jednak przypomnieć, że ciąg dalszy zwykle następuje…
25 czerwca 2025