To hasło mojego Dziadzia, jeszcze przedwojenne, miało swoisty wydźwięk a w trudnych czasach epoki słusznie minionej stanowiło świadectwo oporu. Szczególnie wrocławianie doby PRL musieli w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku odznaczać się refleksem politycznym.
Pierwszego maja należało (przymusowo) wywiesić flagę (co najmniej) biało-czerwoną, którą już następnego dnia trzeba było zdjąć! Broń Boże nie mogła wisieć w dniu 3 maja. Nad tym czuwała Partia i Aparat. Dziadzio oczywiście flagi w ogóle nie wywieszał. Pierwszego maja, zazwyczaj wczesnym rankiem, wraz z Dziadziem… malowaliśmy płot. I tak było co roku…. Oczywiście nie tylko po to, by był odświeżony na Trzeciego. Gorliwcy z polecenia wywieszali jeszcze flagi narodowe w dniu 6 maja (kapitulacja Wrocławia), które zazwyczaj wisiały trzy dni do dnia Zwycięstwa. W owym czasie był to ustalony w Moskwie dzień 9 maja.
W latach późniejszych rytuał malowania płotu spadł już całkowicie na mnie. Często widziałem odświętnie ubranych dalszych sąsiadów udających się na pochód, dyskretnie spoglądających na nasze prace przydomowe. Czasem zjawiał się dzielnicowy, żądając istotnych wyjaśnień. Na pytanie o malowanie płotu, Dziadzio odpowiadał krótko – „Szanuj pracą święto pracy”. Gdy milicjant był bardziej dociekliwy, zniecierpliwiony staruszek dodawał – „A co w niedzielę mam to robić?!” Trudniejszy problem był z flagą.

Czasem odbywała się w związku z powyższym następująca scena. Dziadzio wynosił sfatygowaną flagę biało-czerwoną i zagadywał milicjanta. „Panie, taką wypłowiałą to wstyd wywieszać!”. Na odpowiedź, dlaczego nie ma nowej, Dziadzio milczał jak grób. Faktycznie, flaga była sfatygowana. Została wykonana w domu rodzinnym na lwowskiej Lewandówce przy ul. Kapitana Bastyra 5 dzięki poświęceniu Babci poprzez dewastację części prześcieradła (biel!) i czerwonej wsypy. Dziadzio wykonał (ależ gdzie tam kij od szczotki!) dość grubawy drzewiec i przyfastrygował doń gwoździkami właściwie zszyte kolory flagi. Flaga zawisła 23 lipca 1944 roku, jak mi się zdaje na pobliskiej szkole, w rejonie której stacjonował pluton AK uczestniczący w wyzwalaniu Lwowa w ramach akcji „Burza”. Flaga wisiała zaledwie jeden dzień, została skwapliwie zwinięta i ukryta czekając na lepsze czasy.

W sierpniu 1946 r. moja rodzina przybyła do podwrocławskiego wówczas kolejarskiego Brochowa, zabierając ze sobą flagę. W 1966 roku w czasie milenijnej (1000-lecie chrztu Polski) peregrynacji Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, flaga ozdobiła domowe okno. W 1979 roku przez 8 czerwcowych dni doznawała zaszczytu sąsiedztwa z flagą papieską, w czasie słynnej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny w dniach 2-10 czerwca. Lwowska rodzina nie dożyła już czasów, gdy ich (nasza) flaga zawisła w narodowe święta 3 maja i 11 listopada 1989 roku oraz podczas kolejnych wizyt papieskich…