Pamięć o tych, co noszą krzyż każdego dnia

We wrześniu 1980 roku w żmigrodzkim szpitalu zmarła Daria T. Była po udarze, stan ciężki, leżała w łóżku rzadko odzyskując świadomość. Lekarze nie dawali staruszce szans na przeżycie, cóż dopiero na wyleczenie. Był jednak moment, kiedy Daria odzyskała świadomość. Z trudem opowiedziała swojej córce, Jance, historię, którą skrywała przez czterdzieści lat. Janka miała brata, o którym nigdy wcześniej nie słyszała. Czasami tylko Darii wypsnęła się informacja o jakimś Janku, którego już nie było. W takich chwilach oczy Darii pokrywały się łzami, a jej mąż burczał, by przestała pleść byle co. I tak to trwało do tego wrześniowego dnia.

Jan T. z Szychowic na Lubelszczyźnie miał dwa lata, kiedy w grudniu 1939 roku przyszła na świat jego siostra, Janina. Półtora roku później mała Ninka, jak zdrobniale nazywano dziecko, zachorowała. Wysoka temperatura połączona z omdleniami nie dawała nadziei na wyzdrowienie. Lekarz z pobliskiego miasteczka zdiagnozował zapalenie płuc.

To był czas wojny, brakowało medykamentów, nic więc dziwnego, że śmierć zbierała szczególnie wśród dzieci obfite żniwo. Zrozpaczona matka, Daria T. udała się do ostatniej, jak stwierdziła wówczas, instancji – niemieckiego szpitala polowego, który Niemcy rozlokowali w okolicy. Była wiosna 1941 roku. Niemcy szykowali się do ataku na Sowiety, więc ściągali w pobliże granicy większe siły. Przy okazji organizowali szpital polowy, co w takich okolicznościach było oczywiste. I do tego szpitala udała się zdesperowana matka z maleńkim chorym dzieckiem. Wraz z nimi szedł zaciekawiony Janek, starszy brat Janki, wówczas prawie czteroletni chłopczyk.

Łódź ul. Piotrkowska – upamiętnienie dzieci poddanych selekcji rasowej w celu ich germanizacji. Tylko 15–20 proc. dzieci zrabowanych w Polsce w czasie okupacji niemieckiej wróciło po wojnie do kraju.

Lekarz niemiecki o dziwo, nie wyrzucił wiejskiej kobiety, przyjął do zbadania dziewczynkę, potwierdzając wcześniejszą diagnozę. I zadał matce pytanie, jak córka jest dla niej ważna. „Nad życie” – usłyszał. Wówczas niemiecki lekarz zaproponował rozwiązanie godne diabła – uratuję dziecko, ale jej brat zostanie oddany na wychowanie do niemieckiej rodziny. Co miała zrobić zrozpaczona matka? Tym bardziej, że maleńka słabła z każdą minutą? Zgodziła się.

Lekarz pozwolił matce, by została w szpitalu razem z dziećmi. Mały Janek nie zdawał sobie sprawy, w jakiej znalazł się sytuacji. Pozostawiony w szpitalu, cieszył się z zabawek, które dostał od niemieckich żołnierzy, czekolady, której smaku jeszcze do tej pory nie znał i nowych – „starszych kolegów” – niemieckich sanitariuszy, którzy na razie mieli sporo wolnego czasu. Chętnie bawili się z małym, przy okazji ucząc go języka niemieckiego. Stan Ninki poprawiał się, niemiecki lekarz, trzeba przyznać, należycie opiekował się chorą, codziennie przychodził na kontrolę. Jednak Daria T., zamiast cieszyć się z poprawy stanu zdrowia córeczki, wypłakiwała w poduszkę zbliżający się moment wyjścia ze szpitala. Z niemieckim lekarzem nie było tłumaczenia, mógł przecież zabrać jej także maleńką Jankę.

Dzień, w którym musiała opuścić szpital ze zdrowym dzieckiem, był jej ostatnim dniem, w którym widziała Janka. Mały niewiele rozumiał z całej sytuacji. Cieszył się z wycieczki, na którą miał pojechać daleko, do innych dzieci i ładniejszych zabawek. Miał tam dostać nowe prezenty, o których już słyszał od niemieckiego lekarza.

Czas wojny rodzina T. wypłakiwała każdego dnia, szczególnie serce matki nie mogło pogodzić się z tym, co się stało. Kiedy wojna skończyła się, rodzina musiała opuścić rodzinną wieś, która zresztą została spalona w marcu 1944 roku. Po wielu doraźnych przystankach przyjechali na tak zwane ziemie odzyskane.

Daria T. próbowała odszukać dziecko. Wszelkie próby przez PCK okazały się nieskuteczne. Mały Janek został wywieziony do Niemiec i oddany niemieckiej rodzinie. Nie wiadomo nawet, czy przeżył wojnę. Kiedy Daria T. umierała w 1980 roku w żmigrodzkim szpitalu, poprosiła Jankę, by ta spróbowała odszukać swego brata i przekazać od matki jedno słowo: „Przepraszam”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *