Czarny wtorek węgierskich mediów publicznych
Péter Magyar wygrał wybory, obiecując m.in. odpolitycznienie węgierskich mediów publicznych. Pierwszym krokiem jego rządu okazało się jednak wyłączenie państwowych programów informacyjnych. Brzmi znajomo? W Polsce podobny scenariusz oglądaliśmy po zmianie władzy w 2023 roku. Problem nie polega na tym, że politycy chcą zreformować media publiczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy każda kolejna ekipa jest przekonana, że niezależność można zbudować… przejmując pilot do telewizji.
7 lipca 2026 roku na Węgrzech zgasły ekrany. Nie z powodu awarii czy żałoby narodowej. Decyzją nowych władz wyłączono programy informacyjne mediów publicznych. M1 przestał nadawać wiadomości. Portal Hirado.hu zamilkł. Radio Kossuth zastąpiło serwisy muzyką klasyczną z Radia Bartók. Wieczorem telewizja wróciła na antenę, ale zamiast wiadomości widzowie zobaczyli „Świadka” – kultową satyrę o komunistycznej propagandzie i państwie podporządkowanym politycznej władzy.

Na ekranie pojawiły się przeprosiny: Media publiczne nie mogą kłamać. Przepraszamy, że przez długie lata mimo to właśnie to robiliśmy! Media publiczne przechodzą teraz transformację, aby w przyszłości były niezależne i wiarygodne. Serwis informacyjny został tymczasowo zawieszony. Zostańcie z nami!
Trudno o mocniejszy akt oskarżenia. Jeszcze trudniej nie zauważyć, że napisała go już nowa władza.
Péter Magyar zrobił dokładnie to, co zapowiadał. Obiecywał rozprawę z „propagandą Fideszu”, wymianę kierownictwa mediów publicznych i ich gruntowną reformę. Problem nie polega więc na tym, że realizuje program wyborczy. Problem polega na tym, że pierwszy krok ku rzekomo niezależnym mediom polegał… na wyłączeniu ich działalności informacyjnej.
Polacy oglądali ten spektakl pod koniec 2023 roku. Donald Tusk również przekonywał, że media publiczne trzeba „odzyskać” – podobno dla obywateli. Efekt pamiętamy doskonale: wyłączone TVP Info, siłowe przejęcie siedziby telewizji, wymiana władz i postawienie spółek w stan likwidacji. Jedni nazwali to przywracaniem normalności, drudzy zamachem na państwo prawa. Niezależnie od ocen mechanizm był identyczny. Najpierw ogłasza się, że media są propagandą. Potem przejmuje się je w imię walki z propagandą… i dalej robi się propagandę! Przecież zamiast zapowiadanej przez Marka Czyża „czystej wody” widzowie dostali po prostu inną mieszankę politycznych detergentów, a obiecana nowa ustawa regulująca działalność polskich mediów publicznych podzieliła chyba los 100 konkretów Tuska.

To logika, która zabija sens istnienia mediów publicznych. Jeżeli po każdych wyborach nowa większość uznaje telewizję państwową za propagandę poprzedników i dlatego trzeba ją natychmiast wyłączyć albo przejąć, to znaczy, że przestała być instytucją państwa. Stała się łupem wyborczym. A łupów się nie reformuje. Łupy po prostu przechodzą z rąk do rąk.
Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości. Przez szesnaście lat Fidesz konsekwentnie budował własne zaplecze medialne. Media publiczne wyraźnie sprzyjały rządowi, państwowe reklamy szerokim strumieniem płynęły do przychylnych redakcji, a fundacja KESMA stworzyła potężne konserwatywne imperium medialne. Ostatni przedwyborczy serwis M1, który oglądałem w Budapeszcie, przypominał bardziej kronikę sukcesów rządu niż program informacyjny. Momentami miałem wrażenie, że jedyną rzeczą, której nie dało się podporządkować politycznej narracji, była… pogoda. I nawet ona ostatecznie okazała się mniej optymistyczna, niż zapowiadano.

Ale nieprawdziwa jest opowieść, że Orbán stworzył szczelny i niemożliwy do przełamania monopol informacyjny. Gdyby rzeczywiście tak było, Péter Magyar nigdy nie zostałby premierem.
Przez cały okres rządów Fideszu działały silne media krytyczne wobec władzy. RTL pozostawał największą komercyjną telewizją kraju. Internetowe portale takie jak Telex, 444.hu, HVG, Direkt36 czy Átlátszó niemal każdego dnia publikowały materiały uderzające w rząd, ujawniały afery i prowadziły dziennikarskie śledztwa. To właśnie tam rodziła się narracja opozycji. To z tych mediów, równolegle z prężnie prowadzonymi przez Pétera Magyara profilami w mediach społecznościowych, korzystała znaczna część młodych Węgrów. Cóż za paradoks – Orbán, mając pod kontrolą państwową stację M1, nie wygrał wyborów, a opozycja dała radę, mimo narracji serwowanej w tej stacji!
Jednocześnie zmiana władzy nie oznacza zniknięcia konserwatywnego rynku medialnego. Obóz Viktora Orbána zachował znaczące zaplecze poza mediami publicznymi. Nadal ukazują się sprzyjające mu tytuły, takie jak Magyar Nemzet i Mandiner, a Hír TV pozostaje jedną z najważniejszych telewizji utożsamianych z konserwatywną stroną węgierskiego sporu politycznego.

I właśnie dlatego argument o „przywracaniu pluralizmu” brzmi dziś mało przekonująco. Pluralizm na Węgrzech istniał. Owszem, był nierówny, brutalny i spolaryzowany, ale istniał. Problem polegał nie na braku alternatywnych mediów, lecz na tym, że media publiczne od dawna przestały pełnić rolę budowniczego poczucia wspólnoty wśród wszystkich widzów.
Nie oglądamy więc narodzin nowych węgierskich mediów publicznych, a zmianę ich zarządcy. Wczoraj pilot do państwowej telewizji leżał na biurku Fideszu, dziś leży na biurku TISZY. To wciąż ten sam pilot. Zmieniła się jedynie ręka, która trzyma go w dłoni.
Najłatwiej obiecać odpolitycznienie mediów. Znacznie trudniej oddać nad nimi kontrolę. I być może właśnie po tym poznaje się dojrzałość państwa – nie po tym, kto wygrywa wybory, lecz po tym, czy zwycięzca potrafi oprzeć się pokusie przejęcia mikrofonu. Co faktycznie popłynie z węgierskich ekranów, kiedy publiczne media znów zaczną nadawać serwisy informacyjne? Oby nie „czysta woda” z Cisy[1]…
[1] Tisza (pol. Cisa) – druga co do długości rzeka na Węgrzech. Jej nazwę nosi partia premiera Pétera Magyara.