Margaret Sanger i Planned Parenthood – eugenika w różowych szatach feminizmu

Kiedy na ulicach polskich miast widzieliśmy „strajki kobiet” i aktywistki aborcyjnych dream-team’ów z transparentami „Moje ciało, mój wybór” – domagające się pełnej legalizacji aborcji na żądanie – trudno było nie dostrzec echa mrocznej historii sprzed wieku.

Bo pod pięknymi hasłami „praw reprodukcyjnych” i „wolności kobiet” często kryje się ta sama stara, dehumanizująca ideologia, którą z zapałem głosiła Margaret Sanger – założycielka Planned Parenthood. Tylko że kiedyś nazywano to otwarcie eugeniką i „oczyszczaniem rasy”, a dziś opakowano w celofan „empowermentu” i „równości”. Ach, jakiż to postęp – od „ludzkich chwastów” do „świadomego macierzyństwa”. Tylko że chwasty nadal są wyrywane, ale teraz nazywa się je zlepkiem komórek.

Margaret Sanger, amerykańska pielęgniarka i feministka, wsławiła się nie tylko promowaniem kontroli urodzeń. Jej prawdziwą pasją było „ulepszanie ludzkości” poprzez zapobieganie rozmnażaniu się tych „nieodpowiednich”. Ubogich, niepełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, słabych umysłowo, przestępców – wszystkich nazywała „ludzkimi chwastami” (human weeds). Te „chwasty” należało wyrwać, zanim zdążą się rozplenić.

Sanger nie ograniczała się do słów. Popierała przymusowe sterylizacje. Dzięki jej ideologicznemu wsparciu dla decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Buck v. Bell tysiące Amerykanów – głównie biednych, imigrantów, niepełnosprawnych i osób z mniejszości – zostało wysterylizowanych bez zgody. Dziesiątki tysięcy ludzkich istnień okaleczono w imię „postępu społecznego”. To nie była medycyna. To była zbrodnia na społeczeństwie – eugeniczna czystka w białych rękawiczkach. Ile małżeństw nigdy nie doczekało się dzieci? Ile rodzin zostało świadomie skazanych na wymarcie? Sanger i jej poplecznicy po prostu uznali, że pewne geny nie zasługują na przyszłość.

Najbardziej obrzydliwy był jednak jej „Negro Project” z 1939 roku – program skierowany specjalnie do społeczności afroamerykańskiej. Oficjalnie edukacja i kliniki kontroli urodzeń. W praktyce – eugenika wymierzona w czarnoskórych. W liście do Clarence’a Gamble’a z grudnia 1939 Sanger pisała wprost: „Nie chcemy, żeby rozeszła się wieść, że chcemy eksterminować populację Murzynów, a pastor jest tym człowiekiem, który może wyprostować tę myśl, jeśli przyjdzie do głowy jakimś bardziej buntowniczym członkom”. No proszę – subtelny plan „pomocy” czarnym kobietom, pod warunkiem, że nie rozniosą się plotki o eksterminacji. Sarkazm losu? Dziś jej spadkobiercy z Planned Parenthood odcinają się od „rasizmu”, ale statystyki aborcji wśród czarnoskórych Amerykanów mówią same za siebie. Kiedyś głosili „mordujmy nienarodzonych murzynków” w imię eugeniki, dziś – „mordujmy nienarodzone dzieci bez względu na rasę”. Moralność według ich klucza: dehumanizacja jest OK, dopóki jest „równa”.

Nie można też zapomnieć o tym, jak Sanger przyjęła zaproszenie i wystąpiła na spotkaniu kobiecej sekcji Ku Klux Klanu w New Jersey w 1926 roku. Sama w autobiografii opisała to jako „jedno z najdziwniejszych doświadczeń”, ale uznała, że „każda pobudzona grupa jest dobra”. Rasistowscy fanatycy w kapturach? Czemu nie, byleby kupili jej ideę ograniczania urodzeń. Jakież to „postępowe” – feministyczna ikona na herbatce z Klanem. Dzisiejsze aktywistki pro-choice pewnie wolałyby o tym nie pamiętać, gdy maszerują w „strajkach kobiet” z piorunami niepokojąco podobnymi do tych z SS i krzyczą o „prawach kobiet”.

Idee Sanger padły na podatny grunt również w Europie. Niemieccy naziści z zapałem studiowali amerykański ruch eugeniczny, w tym prace i koncepcje promowane przez Sanger. Koncepcja eliminacji „wadliwych linii genetycznych”, by stworzyć „czystą rasę” – to wprost z jej podręczników. Amerykańskie ustawy sterylizacyjne stały się wzorem dla hitlerowskich programów „higieny rasowej”. Choć książki Sanger palono w III Rzeszy (bo promowały rewolucyjne idee feministyczne), to duch eugeniki kwitł w hitlerowskich ustawach i później w czymś gorszym.

A w Polsce? Warto przypomnieć bolesną ironię historii. Jedynym okresem, kiedy aborcja była w pełni legalna i dostępna praktycznie na żądanie na polskich ziemiach, były czasy hitlerowskiej okupacji. 9 marca 1943 roku Niemcy wydali rozporządzenie legalizujące przerywanie ciąży dla Polek. Adolf Hitler osobiście wyraził w 1942 roku swoje stanowisko: „W obliczu dużych rodzin tubylczej ludności jest dla nas bardzo korzystne, jeśli dziewczęta i kobiety mają możliwie najwięcej aborcji”. Groził też: „Osobiście zastrzelę tego idiotę, który chciałby wprowadzić w życie przepisy zabraniające aborcji na wschodnich terenach okupowanych”. Czytelna polityka ludobójstwa demograficznego – zmniejszanie polskiej populacji poprzez zachęcanie do aborcji. Czy dzisiejsze aktywistki pro-choice wiedzą, w czyim towarzystwie się znajdują, domagając się podobnych „praw”? Czy strajki kobiet w 2020 czy 2023 roku to nie echo tej samej logiki – „nasze ciała, nasza eugenika”?

Fundacja Planned Parenthood działa po dziś dzień i jest wielbiona przez feministki (a może raczej sufrażystki nowej generacji). Oficjalnie odcina się od rasizmu i ableizmu Sanger, uznając je za „szkodliwe”. Jakież to wygodne! Kiedyś głosili „mordujmy nienarodzonych murzynków” w imię eugeniki, dziś mówią, że to było złe – więc głoszą „mordujmy nienarodzone dzieci bez względu na rasę”. Kliniki wzniesione, aborcje trwają, a pieniądze płyną. Moralność – tak jak oni ją rozumieją.

Środowiska lewicowe, liberalne i te, które lubią mienić się „postępowymi intelektualistami” – zarówno wtedy, jak i dziś – pod pięknymi hasłami walki o prawa kobiet niosą na sztandarach jej mroczne, dehumanizujące idee. Niewinne nienarodzone dzieci kończą w medycznych odpadach lub trumnach, a oni biją brawo „postępowi”. To nie ma nic wspólnego z postępem, a tym bardziej z moralnością. To jest kultura śmierci.

Margaret Sanger odeszła sześćdziesiąt lat temu, ale jej mroczny duch żyje w klinikach, w legislaturach i na ulicznych marszach. Pytanie tylko, ile jeszcze „ludzkich chwastów” – tych w brzuchach matek – muszą wyplenić, zanim społeczeństwo przejrzy na oczy. Bo historia lubi się powtarzać. Tylko tym razem w różowym opakowaniu i z hashtagiem #MyBodyMyChoice.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *