Marek Wolf (1956-2026)

Wspomnienie o przyjacielu i współpracowniku

Spotykamy czasem w życiu takich ludzi, o których można powiedzieć, że bez nich wiele spraw potoczyłoby się inaczej, lub wcale by się nie wydarzyło. W moim przypadku Marek Wolf niewątpliwie do takich należał.

Miałem to szczęście, że przez ostatnich ponad 30 lat był moim najbliższym współpracownikiem naukowym. Tak się złożyło, że ja, z wykształcenia astronom, zajmujący się początkowo radioastronomią Słońca, a potem kosmologią, w latach 90. ubiegłego wieku odszedłem od tej dziedziny w stronę teorii liczb. Miałem już szczerze dość nieustannie zmieniającej się w kosmologii mody i bezmyślnej produkcji punktów. Chciałem czegoś trwałego i znalazłem to w teorii liczb. Był to krok, który kosztował mnie utratę dotychczasowej pracy w krakowskim Obserwatorium Astronomicznym UJ i przejście do Instytutu Historii Nauki PAN w Warszawie.

Mniej więcej w tym samym czasie Marek poczuł pewne rozczarowanie do fizyki teoretycznej. Lata 80. i 90. ubiegłego wieku dawały nadzieję na odkrycie upragnionej Teorii Wszystkiego. Optymizm był powszechny; dominowała koncepcja wielowymiarowych wszechświatów, a pewne, mocno spekulatywne pomysły były „super”: superstruny, supersymetria. A potem przyszło rozczarowanie. Hipotetyczna Teoria Wszystkiego (jeśli w ogóle istnieje) jest wciąż bardzo odległa. Tematy niedawno jeszcze obowiązkowe, teraz stały się niemodne.

W pewnym mailu Marek napisał mi szczerze: „Myślę, że to była bardzo zła fizyka”. Przez jakiś czas interesował się teorią chaosu oraz fraktalami, ale ostatecznie skierował swe zainteresowania w stronę teorii liczb. I tak nasze drogi spotkały się, rozpoczęła się bardzo owocna współpraca.

Marek miał jedną cechę, która nie jest obecnie zbyt powszechna, a którą szczególnie u Niego ceniłem: był absolutnie szczery. Każda rozmowa z Nim gwarantowała rozmówcy ten komfort, że była wolna od podtekstów, aluzji, niedopowiedzeń. Słowem: myślał głęboko i mówił to, co myślał. Był odpowiedzialny za słowo. Żadnej zbędnej egzaltacji, żadnej sztucznej gry czy politycznej poprawności.

Każda rozmowa z Nim była pełna konkretów. Ja zawsze wychodziłem ubogacony, pełen nowych inspiracji. Co więcej, Marek do końca zachował spontaniczną ciekawość praw rządzących światem – ciekawość, która jest naturalna u dzieci, ale która u większości ludzi z czasem zanika, wyparta przez prozaiczny pragmatyzm albo wręcz zwykłe znudzenie.

Oczywiście, zdarza się, że taka bezkompromisowość nie budzi sympatii u pewnych ludzi małego formatu intelektualnego. Kilkanaście lat temu zdarzyło się, że pewien zawistny naukowiec, z powodów pozamerytorycznych, notorycznie zaniżał okresową ocenę Marka na Uniwersytecie Wrocławskim. Po raz pierwszy widziałem go wtedy zdenerwowanego. Próbował dochodzić prawdy, ale ostatecznie wolał zmienić środowisko na bardziej przyjazne. Podjął pracę w Warszawie na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie doceniono jego możliwości naukowe i talent dydaktyczny.

Zdawał sobie sprawę z tego, że jest błyskotliwy i zdolny. Niełatwe studia fizyki teoretycznej w mocnym ośrodku wrocławskim ukończył w trzy lata! Gdy pokazał mi swoją, napisaną w liceum w Nowej Rudzie, pracę maturalną z fizyki pt. „Mechanika klasyczna a kwantowa” byłem pełen podziwu i niedowierzania. W pierwszej chwili myślałem, że to ambitna praca magisterska. Jednak wspomniał mi o tym mimochodem, bez śladu chwalenia się.

Po raz pierwszy spotkaliśmy się przypadkiem, w październiku 1992 roku we Wrocławiu, podczas XV Dni Kultury Chrześcijańskiej. Miałem tam referat w kościele pw. św. Wawrzyńca, w zastępstwie pewnego profesora z Warszawy, który odmówił przyjazdu, tłumacząc się, że jest za stary. Wskoczyłem więc na jego miejsce. Mówiłem o pewnych ogólnych implikacjach kosmologii. Marek pojawił się na tym referacie i potem pogadaliśmy chwilę w czasie dyskusji, ale na tym kontakt na kilka lat się urwał. Przy okazji tego pobytu we Wrocławiu poznałem też legendarnego, charyzmatycznego duszpasterza studentów i robotników, ks. Stanisława Orzechowskiego.

Pięć lat później, w lipcu 1997 roku, w Krakowie gościł znany amerykański matematyk polskiego pochodzenia Andrew M. Odlyzko (Andrzej Michał Odłyżko). Marek chciał z nim podyskutować na temat odkrytych przez siebie pewnych zaskakujących regularności w rozkładzie liczb pierwszych, tzw. jumping champions. Dokonał tego z pomocą metodycznych eksperymentów komputerowych. Dwa lata później opublikowali na ten temat, wspólnie z Michaelem Rubinsteinem, często cytowaną pracę.

Ja także chciałem wtedy porozmawiać z Odlyzko. W ten sposób doszło do wspólnego spotkania w krakowskiej restauracji Hawełka w Rynku Głównym. Po drodze Odlyzko powiedział, że „matematyczną hipotezę Riemanna rozstrzygnie fizyk”. Zdanie to, wówczas dość odważne, musiało głęboko zapaść Markowi w pamięć, bo po kilkunastu latach napisał znakomity artykuł przeglądowy pt. „Spojrzenie fizyka na hipotezę Riemanna” (na Zachodzie ukazała się też wersja angielska tego artykułu).

Pamiętam też, że zaraz po naszym rozstaniu rozpoczęły się intensywne ulewy, a Wrocław i większość Dolnego Śląska nawiedziła tragiczna powódź.

Po tym spotkaniu wywiązała się między nami intensywna korespondencja mailowa. Korzystając z ugruntowanej już znajomości z końcem 2004 roku poprosiłem Marka o recenzję mojej rozprawy habilitacyjnej na temat teorii liczb, na co się chętnie zgodził.

Marek był niezwykle życzliwy, a przy tym wyjątkowo skuteczny. Wielokrotnie odpowiadał na moje pytania i służył mi fachową konsultacją, a w ślad za tym zwykle przysyłał mi maila z załącznikami w postaci preprintów i artykułów. Kilka razy wykonywał dla mnie skomplikowane i czasochłonne obliczenia na szybkim komputerze dostępnym na Uniwersytecie we Wrocławiu. Najdłuższe z nich trwały 3 miesiące. Przy tej okazji cierpliwie wprowadził mnie w tajniki niewielkiego, ale bardzo efektywnego francuskiego programu komputerowego do obliczeń w teorii liczb o nazwie PARI/GP.

Skuteczność Jego działań najlepiej zilustruje następujący epizod. Jesienią 2019 roku wyszedłem z domu na zakupy. Wsiadłem do autobusu i wtedy zadzwonił Marek: „Cześć Krzysiek” – zawsze tak zaczynał i potem od razu przechodził do rzeczy. W pierwszej chwili chciałem przełożyć rozmowę na bardziej dogodny moment, ale nie zdążyłem.

Słuchaj, mam pomysł na wspólny artykuł.

O czym?

Zastosowanie twierdzenia Chińczyna. Ja mam pomysł, ty masz odpowiednie dane liczbowe z teorii liczb. Przetestujemy na nich to twierdzenie.

Nie ukrywam, że byłem trochę skonfundowany. „Nie mam pojęcia o tym twierdzeniu” – wyznałem szczerze. „To jest estetyczny, głęboki i zaskakujący wynik – odparł niezrażony. – Zaraz ci wytłumaczę.”

I rzeczywiście, po raz kolejny zadziałał tu dydaktyczny talent Marka. Gdy wysiadłem po kwadransie znałem już wspomniane twierdzenie i rozumiałem ideę wspólnej pracy.

Do pełni szczęścia brakowało tylko opublikowania. Nie jest tajemnicą, że czasem marudni recenzenci wybrzydzają, nawet na wartościowe wyniki. Tu też Marek okazał się niezawodny: zaproponował konkretne czasopismo i wspólny artykuł ukazał się. Nawiasem mówiąc, dzięki tej wspólnej publikacji uzyskałem swoją tzw. liczbę Erdősa 3. Jest to pewien żartobliwy współczynnik. Wybitny matematyk węgierski Pál Erdős, bardzo wydajny w publikowaniu prac, miał z definicji tę liczbę równą zero; ktoś, kto miał z nim wspólną pracę, miał liczbę 1; ktoś, kto miał z tym ostatnim wspólną pracę – 2 itd. Dzięki temu, że wspomniany wyżej Odlyzko miał publikację z samym Erdősem, Marek z Odlyzko, a ja z Markiem, stąd moja liczba 3.

W swych badaniach naukowych Marek stawiał sobie zawsze wysoką poprzeczkę. Nie zajmował się banalnymi problemami, które typowym naukowcom gwarantują namiastkę sukcesu, a w praktyce sprawną produkcję obowiązkowych teraz punktów. Przeciwnie – Marek wybierał problemy ambitne i trudne. Atakował nawet, wspomnianą już wyżej, sławną hipotezę Riemanna – ważny i beznadziejnie trudny problem teorii liczb, który od ponad półtora wieku próbują rozstrzygnąć najwięksi matematycy. Kilka lat temu wydawało Mu się, że ją obalił. Zakomunikował mi to przez telefon drżącym ze wzruszenia głosem. Niestety, ta okrutna hipoteza okazała się po raz kolejny bezlitosna. Jego bardzo ciekawe rozumowanie miało pewną niewielką lukę. Niestety – a może na szczęście? – matematyka to nie filozofia czy poezja. Poprawny dowód musi być bez żadnej skazy. Problem nadal pozostaje otwarty, choć nie jest wykluczone, że ideę Marka ktoś podejmie i będzie ją rozwijał.

Nasze telefoniczne rozmowy – a przez tych ponad 30 lat było ich pewnie kilkaset – nie dotyczyły tylko teorii liczb. Bardzo szybko okazało się, że mamy zgodne poglądy na szeroko rozumianą naukę, a także na kwestie polityczne (poglądy prawicowe, oczywiście). Przybliżył mi sporo nieznanych mi szczegółów z tej pięknej karty opozycji w stanie wojennym, jaką była wrocławska Solidarność Walcząca i jej twórca, fizyk, dr Kornel Morawiecki.

W naszych rozmowach pojawiały się też wątki na temat muzyki i literatury. Marek był pasjonatem fotografii i to był kolejny temat naszych rozmów. Jako fizyk i doskonały dydaktyk w kilku słowach opisał mi kiedyś to, jak nowoczesny cyfrowy aparat fotograficzny automatycznie nastawia ostrość. Innym razem wyjaśnił mi, na czym polega tomografia komputerowa.

Był też wnikliwym czytelnikiem moich tekstów o nauce i sporo jego uwag wykorzystałem.

Nie byłem oczywiście jedyną osobą, która doznała jego życzliwości i konkretnej pomocy. Kilka lat temu Marek zadzwonił do mnie z informacją, że natrafił na młodego i zdolnego człowieka – pewnego inżyniera z USA, polskiego pochodzenia. „To jest nowy Ramanujan. On produkuje niesamowite formuły matematyczne. Trzeba mu pomóc w ich opublikowaniu. Zgodzisz się być recenzentem jego pracy?” Ramanujan był matematykiem hinduskim, bez formalnego wykształcenia, który podał, bez dowodu, jakby w natchnieniu, sporo ciekawych wzorów, na przykład na liczbę pi.

Oczywiście zgodziłem się. Z pomocą owego zdolnego człowieka, Artura Kawalca, Marek odkrył w roku 2024 nową, interesującą stałą matematyczną, która od tej pory nosi nazwę stałej Wolfa-Kawalca.

*

Z natury staram się być realistą i ostrożnie traktuję rozmaite irracjonalne przeświadczenia. Jednak 24 kwietnia br. spontanicznie i bez powodu zastanawiałem się, dlaczego już od kilku tygodni nie miałem z Markiem kontaktu.

Przeglądałem właśnie prezentację referatu, który miałem w Polskim Towarzystwie Matematycznym wiosną 2021 roku. Referat ten, to była inicjatywa Marka. To on polecił mnie, w końcu „tylko” astronoma, organizatorom konferencji. Mówiłem jako trzeci na temat pewnych aspektów historycznych i filozoficznych dotyczących wspomnianej hipotezy Riemanna. Marek był drugi i referował bardzo techniczne aspekty tej hipotezy.

Gdy tak przeglądałem prezentację z tego referatu myśląc o Marku zadzwonił telefon. Nieznany numer. „Pewnie znowu jakieś reklamy” – pomyślałem. Tymczasem usłyszałem zapłakany głos: „Mówi Marta Wolf. Tato odszedł dziś kwadrans po północy…”

Minęło dobrych kilka sekund, nim to do mnie dotarło. Musiało minąć sporo więcej, nim uświadomiłem sobie, że już nigdy Go nie spotkam i nie usłyszę.

Zdjęcia: archiwum rodzinne córki Marka, Marty.

Fragment listu Rektora Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie ks. prof. dr hab. Ryszarda Czekalskiego, odczytanego podczas ceremonii pogrzebowej: „Z żalem przyjąłem wiadomość o śmierci Profesora Marka Wolfa, wspaniałego badacza oraz wykładowcy Instytutu Nauk Fizycznych Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego, Szkoły Nauk Ścisłych, wieloletniego pracownika naszej uczelni, który swoim doświadczeniem, pracą i oddaniem służył Uniwersytetowi”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *