Co ma północny bastion NATO w Europie, czyli Norwegia, do czołowego państwa BRICS, a więc, co by nie powiedzieć, antyamerykańskiego sojuszu, czyli Indii? Ano ma, nie tylko dlatego, że świat stał się „globalną wioską”, według definicji Herberta Marshalla McLuhana.
W czasie coraz większych antagonizmów między szeroko rozumianym Zachodem, który w wymiarze geopolitycznym obejmuje przecież państwa Azji, jak Japonię i Koreę Południową – a światem może nie tyle Wschodu, co po prostu anty-Zachodu, niektórzy ze zdumieniem odkrywają fakt wyraźnego zbliżenia gospodarczego między New Delhi a Oslo. Oto bowiem w październiku 2025 Indie zawarły umowę o partnerstwie handlowo – gospodarczym (TEPA) z państwami Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) czyli Norwegią, Islandią, Szwajcarią i Lichtensteinem. Może stanowić to fundament zacieśnienia współpracy ekonomicznej między Indiami a krajami skandynawskimi.
Umowa sprzed ośmiu miesięcy w jakiejś mierze konsumuje gospodarcze zbliżenie między krajem fiordów, a państwem-subkontynentem indyjskim: eksport Indii do Norwegii w ciągu nieco ponad dekady wzrósł aż o 62,5%. Przekładając to na konkrety w USD: wzrost z wolumenu 270 milionów dolarów amerykańskich w 2014 roku do 439 milionów USD w roku ubiegłym przy średnim rocznym tempie wzrostu wynoszącym około 5%. Eksport usług z Norwegii jest jeszcze znacząco większy, bo wyniósł on w roku 2024 niemal 880 milionów USD.
Rząd ojczyzny poprzedniego Sekretarza Generalnego NATO Jensa Stoltenberga (kierował Organizacją Paktu Północnoatlantyckiego aż przez dekadę w latach 2014-20024) jest nie w ciemię bity, bo Oslo uzyskało dostęp do rynku indyjskiego na niemal zerowych taryfach celnych. A chodzi przecież o sektory zaawansowanych technologii, takich jak energia odnawialna czy technologie morskie. Oczywiście jest to wspólny interes, bo New Delhi uzyskało to, że niemal 100% indyjskiego eksportu wchodzi na rynki EFTA praktycznie bezcłowo. Oznacza to dużą korzyść dla przemysłu tekstylnego i chemicznego Indii oraz wyrobów inżynieryjnych, a także znacząco ułatwia mobilność bardzo ekspansywnych indyjskich firm informatycznych.
Dodajmy do tego istotne inwestycje obu krajów. I tak potężny GPFG – norweski rządowy fundusz emerytalny – mocno zainwestował w indyjskie rynki kapitałowe i posiada obecnie udziały o wartości około 28 miliardów (sic!) USD w wielu indyjskich spółkach. Z drugiej strony nastąpiła korzystna dla Królestwa Norwegii „inwazja” wielkich indyjskich korporacji na rynku norweskim. Można tu wymienić Tata Consultancy Services (TCS), ONGC, Infosys, L&T Infotech, HCL, Tech Mahindra, Cognizant czy Reliance Industries.
Norwedzy pomagają Indiom, gdy chodzi o specjalistyczną wiedzę w obszarze morskiej energetyki wiatrowej, technologii wodorowej, energetyki wodnej. Hindusi rewanżują się cenionymi modelami zarządzania cyfrowego, w tym np. UPI, co ma istotne znaczenie w zakresie AI ale też – uwaga – w dziedzinie cyberbezpieczeństwa!
Indie mające kilka tysięcy lat historii myślą na „long term”. Stąd też już w 2018 roku zawarły z partnerami ze Skandynawii umowę o nazwie „Strategia Norwegia-Indie 2030”. Zakończony niedawno w Oslo szczyt norwesko-indyjski pokazał ciekawą taktykę New Delhi, które chce w jakiejś mierze ominąć, a może lepiej powiedzieć: lewarować relacje z Unią Europejską kierując się w stronę silnych gospodarczo państw Europy, będących poza UE, jak Norwegia i Szwajcaria. Czy nie jest to ciekawy manewr ekonomiczno – polityczny?