Zobaczyliśmy to w Budapeszcie
W dniu rocznicy Rewolucji 1848 roku Budapeszt stał się miejscem nie tylko historycznej pamięci, lecz także współczesnego sporu o przyszłość Europy. Na ulicach węgierskiej stolicy wybrzmiała idea suwerenności, a obecność Polaków przypomniała, że dawna przyjaźń naszych narodów wciąż ma realny wymiar.
Są w Europie takie dni i takie miejsca, w których historia przestaje być martwą literą z podręcznika, a staje się żywą pamięcią narodu. Dla Węgrów takim dniem jest 15 marca, gdy wraca duch wartości roku 1848 – wolności, honoru, niepodległości i odwagi, by powiedzieć „nie” każdemu imperium, chcącemu urządzać innym życie po swojemu. W Budapeszcie nie jest to święto zimne, urzędowo odfajkowane, lecz dzień prawdziwego narodowego wzruszenia i pamięci o tych, którzy rozumieli, że wolność jest owocem ofiary, charakteru i wspólnoty.

Tegoroczne obchody miały znaczenie nie tylko rocznicowe. W przededniu wyborów parlamentarnych stały się wielką próbą sił między dwiema wizjami Węgier i Europy. Z jednej strony stanęli zwolennicy Węgier wiernych własnej kulturze i narodowym interesom. Z drugiej ci, którzy przyszłość widzą w liberalizacji państwa wobec oczekiwań Komisji Europejskiej. Naprzeciw Fideszu stoi TISZA Pétera Magyara, budująca kampanię na zarzutach korupcji i łamania demokracji. Brzmi znajomo, prawda? TISZA wyraźnie akcentuje zamiar zbliżenia z Unią Europejską, jednocześnie nie wskazując dokładnie, jaką cenę byłaby gotowa ponieść za ocieplenie relacji z Brukselą. Mimo politycznych umizgów w stronę zachodnich elit opozycja węgierska nie rezygnuje z gry na narodowych nutach i dlatego właśnie 15 marca wewnętrzny spór na Węgrzech wybrzmiał tak mocno.
Marsz Pokoju, organizowany przez środowisko Viktora Orbána, był czymś więcej niż manifestacją – liczący blisko 200 tysięcy uczestników pochód stał się wyraźną deklaracją poparcia dla idei państwa suwerennego. Na ulicach, inaczej niż w faworyzujących opozycję sondażach, przewagę miała opcja rządząca. Pochód pokazał to, czego brakuje dzisiejszej Europie: powagę, dumę i przekonanie, że ojczyzna nie jest anachronizmem, lecz filarem. Nie bez znaczenia pozostaje także napięcie między Budapesztem a Kijowem, wynikające z ograniczania praw węgierskiej mniejszości na Zakarpaciu oraz odmiennych stanowisk wobec wojny, do czego nawiązywało motto przewodnie marszu. Węgrzy wyszli na ulice, by potwierdzić, że chcą pozostać sobą i decydować o własnym losie.

U ich boku swoją obecność wyraźnie zaznaczyli Polacy. Ponad 300-osobowa delegacja Klubów Gazety Polskiej i Ruchu Obrony Granic pokazała się w Budapeszcie jako uczestnicy świadomi znaczenia chwili. Biało-czerwone flagi powiewające obok czerwono-biało-zielonych stały się znakiem starej prawdy: Polak, Węgier – dwa bratanki. Ta fraza, często dziś sprowadzana do sympatycznego folkloru, w Budapeszcie odzyskała sens realnego zobowiązania.
Polska obecność przypominała, że nasze narody przez wieki wspierały się w chwilach próby, podkreślając konieczność solidarności w epoce europejskiej centralizacji, ideologicznej presji i prób rozmontowywania narodowej suwerenności. To dlatego polska grupa na ulicach Budapesztu była żywiołowo i serdecznie witana. Wśród okrzyków wdzięczności, nie zabrakło nawet „Roty” rozbrzmiewającej pośród tłumu. To nie był egzotyczny epizod, a szczera manifestacja pamięci i wspólnoty.
W Budapeszcie dało się odczuć coś jeszcze: że Węgrzy rozumieją Polskę może nieraz lepiej niż wielu polityków w Warszawie. Widzą, jak wielka jest dziś stawka sporu o suwerenność. Wiedzą, że pod pozorem „praworządności” i „europejskiej odpowiedzialności” bardzo często kryje się zwyczajna próba podporządkowania państw narodowych silniejszym ośrodkom. Dlatego polska obecność nie była jedynie grzecznościowym gestem wobec sojusznika, lecz przede wszystkim wyrazem zrozumienia, że walka Węgrów o niepodległość polityczną jest w istocie częścią walki o przyszłość całej Europy Środkowej.

Węgrzy świętowali rocznicę swojej rewolucji, a zarazem dawali świadectwo, że naród bez pamięci staje się tylko populacją do zarządzania. Wspierający ich Polacy pokazali, że przyjaźń polsko-węgierska nie kończy się na toastach, pomnikach i okolicznościowych wpisach. Prawdziwa przyjaźń sprawdza się wtedy, gdy trzeba stanąć obok siebie w chwili nacisku, osamotnienia i politycznej próby. Dlatego widok Polaków maszerujących w Budapeszcie u boku wspierających Fidesz Węgrów nie powinien nikogo dziwić. To naturalna konsekwencja wspólnej historii i podobnych doświadczeń.
Budapeszt 15 marca był stolicą innej Europy – tej, która pamięta, że wolność wyrasta z tożsamości i że narody mają prawo bronić własnej kultury, granic i stylu życia. W tej Europie Polak i Węgier rozumieją się bez tłumacza. Gdy jedni i drudzy słyszą, że muszą porzucić swoją odrębność dla dobra „większego projektu”, instynktownie wiedzą, czym kończą się takie obietnice. Gdy przychodzi moment wyboru między wolnością Europy Ojczyzn a pozorną wygodą podporządkowania – odpowiedź brzmi tak samo nad Wisłą i nad Dunajem.