Ta wojna będzie znacznie dłuższa niż to przewidywali Amerykanie. I już widać, że generuje olbrzymie koszty, większe niż spodziewali się jej zwolennicy. Koszty militarne, ekonomiczne, ludzkie i polityczne.
Na razie widać dwóch jej głównych beneficjentów: to Izrael i Rosja. Ten pierwszy kraj bardzo osłabia swojego głównego wroga w regionie. Czyni to przede wszystkim rękami Amerykanów, choć oczywiście także angażując swoje aktywa militarne, głównie lotnictwo i wywiad. Nawet jeśli nie uda się doprowadzić do zmiany reżimu w Teheranie, to znaczące zmniejszenie siły gospodarczej, wojskowej i wpływu międzynarodowego Iranu, a także zdziesiątkowanie jego elit – jest znaczącym zyskiem Tel-Avivu. I to zyskiem, który systematycznie, dzień po dniu się zwiększa.
Państwo Izrael (tak przecież brzmi jego oficjalna nazwa) zyskuje bezcenny czas i zwiększa przewagę wojskowo – gospodarczą nad krajem, który przecież deklarował, iż jego celem jest „śmierć Izraela”. Inna sprawa, że był to bardziej frazes niżli realna sprawcza polityka.
Drugim głównym beneficjentem wojny amerykańsko-izraelskiej z Islamską Republiką Iranu (tak z kolei brzmi oficjalna nazwa tego państwa) jest z całą pewnością Federacja Rosyjska. W Moskwie strzelają szampany z paru powodów. Po pierwsze: bardzo rosną ceny ropy, która jest jednym z dwóch najważniejszych towarów eksportowych tego kraju. Rosja zyskuje dzięki temu kolosalne pieniądze, które przeznaczy na załatanie sporej dziury budżetowej oraz dalsze finansowanie wojny w Europie Wschodniej. Po drugie: wojna w Zatoce Perskiej odwraca uwagę USA i szerzej: światowej opinii publicznej od Ukrainy, przez co automatycznie zmniejsza się presja Waszyngtonu i Zachodu na jej zakończenie.
Po trzecie wreszcie: kryzys energetyczny, będący dość oczywistym efektem „wojny perskiej” zmusi Unię Europejską do „przeproszenia się” z rosyjskimi surowcami energetycznymi (ropa, gaz). Tak, to będzie oznaczało zmianę stanowiska UE wobec Rosji. Zostawmy zaklęcia i kolejne groźby sankcji – spójrzmy na ekonomiczno – energetyczny „real”.
Zatem najbardziej „do przodu” na tej wojnie jest jedno państwo na Bliskim Wschodzie i drugie na wschodzie, a ściślej: na skrzyżowaniu Europy i Azji. Nie można powiedzieć tego o Ameryce. Zresztą ocenę zostawmy samym Amerykanom. Wyraża ją już za nieco ponad siedem miesięcy w tzw. wyborach połówkowych do Kongresu USA (midterm elections). I będzie to trudny egzamin dla Republikanów i prezydenta Donalda J. Trumpa.