Konferencja programowa „polityka demograficzna dziś i jutro”
19 marca 2026 roku. Sejm RP
Wystąpienie Katarzyny Szałajko, dziennikarki pt. Język, który buduje rodzinę. O roli narracji społecznej w kształtowaniu otwartości na dzieci.
Kiedy mówimy demografia, słyszymy – kryzys, katastrofa albo demokalipsa. Widzimy liczby, statystyki, prognozy. Chciałabym zwrócić uwagę na coś, co jest mi szczególnie bliskie, a jestem przekonana, pełni ważną kulturotwórczą rolę – na język.
Dlatego postawię prostą tezę: Demografia zaczyna się od słów. Od słów, którymi opisujemy rodzinę, dzieci, rodzicielstwo, przyszłość. Bo zanim ktokolwiek podejmie decyzję o dziecku, to najpierw musi usłyszeć pewną opowieść.
Opowieść mamy, taty, przyjaciółki, koleżanki, kolegi z pracy, szefa, influencerki. To jest opowieść o tym, czy ten świat jest miejscem przyjaznym w życiu. Czy relacje mają w nim wartość, czy rodzina jest czymś ważnym, czy czymś, co może raczej trzeba udźwignąć. Albo może w takim razie wcale nie trzeba.
W debacie publicznej rządzi język kryzysu. I oczywiście ta narracja katastroficzna jest w pewnym sensie naturalna, bo tak działają media. Clickbaitowe nagłówki, lękowe komunikaty w mediach, to przyciąga uwagę, buduje zasięgi – wszyscy to wiemy.
Ale język kryzysu może być też pewną pułapką. Bo jeśli powtarzamy, że świat się kończy, że przyszłość jest niepewna, że rodzicielstwo to projekt wysokiego ryzyka, to trudno się dziwić, że wobec takiej wizji młody człowiek zada sobie pytanie – po co? Albo będzie się zastanawiał, czy ta decyzja ma sens, będzie odkładać ją na potem, albo jak wiemy doskonale – na wieczne nigdy. Myślę, że strach jest raczej kiepskim doradcą.
Lęk nas paraliżuje i zdecydowanie zamyka na przyszłość, na nadzieję i na poczucie sensu w budowaniu czegoś większego niż tu i teraz. Lęk wprowadza nas w tryb przetrwania. Dlatego myślę, że ważne jest, żeby proponować trochę inną perspektywę.
Na przykład, zamiast mówić o kryzysie demograficznym, możemy powiedzieć o niewykorzystanym potencjale relacji i wspólnoty. To jest konkret, to działa na wyobraźnię. Bo dla nas wszystkich relacje i wspólnota to jest cel bardzo ważny. Dlatego mówimy konkretnie o tym, co tracimy. Opowiadamy o tym. Mówimy o istocie i o treści.
Bo demografia, jak wiemy doskonale i będziemy to pewnie milion razy tutaj powtarzać, nie jest zjawiskiem tylko administracyjnym czy ekonomicznym. Jest zjawiskiem głęboko kulturowym. Dzieci rodzą się tam, gdzie ludzie mają poczucie, że przyszłość jest czymś, w co warto inwestować.

Tam, gdzie relacje są właśnie wartością. I mówię to też z takiego bardzo osobistego miejsca, bo jestem mamą sześciorga dzieci. I kiedy wychodzę poza tę swoją bańkę społeczną, to spotykam się przede wszystkim z dużym zdziwieniem. Wręcz szokiem poznawczym. Z pytaniem w oczach, jak to w ogóle możliwe? Jakim cudem? I wtedy sobie myślę, że coś chyba poszło nie tak.
Że w naszej zbiorowej wyobraźni coś się zmieniło. Że rodzina stała się projektem ekstremalnym, a duża rodzina to już w ogóle czymś egzotycznym. I to znaczy, że nie tylko zmienił się nasz styl życia, ale zmieniła się nasza wyobraźnia społeczna.
To oczywiste, duża rodzina to nie był, nie jest i nie będzie model powszechny. Choć szkoda. Ale myślę, że gdzieś po drodze jako społeczeństwo – które ceni różnorodność, stawia ją podobno sobie teraz na afiszu – odrzuciliśmy ten model nieszablonowego życia. A z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo narracja wokół rodziny potrafi zmienić sposób myślenia. I to w obie strony.
Jeśli przez lata słyszymy, że rodzina to przede wszystkim koszt, wyrzeczenie, utrata wolności, zdrowia, urody, kariery. No to jak mamy oczekiwać, że młodzi ludzie odnajdą w tym swoją przyszłość? Że się w tym, mówiąc kolokwialnie, zmieszczą? Bardzo zasadne się wydaje pytanie, po co? I młodzi ludzie sobie je zadają. A jak wiemy, odpowiedź nie jest zbyt radosna dla naszego kraju.

A przecież można mówić inaczej. Możemy mówić o rodzinie jako o kapitale relacji. O przestrzeni, w której wzrastamy, rozwijamy się jako ludzie. Uczymy się odpowiedzialności, solidarności, troski o innych. Bardzo wiele uczymy się o sobie samych. Możemy mówić jako o miejscu, w którym rodzi się zaufanie społeczne. Coś, czego żadna polityka nie jest w stanie stworzyć odgórnie.
Dlatego, kiedy myślimy o przyszłości demograficznej, powinniśmy zapytać nie tylko, jakie wprowadzimy programy, jakie świadczenia, jakie rozwiązania instytucjonalne. Powinniśmy zapytać także, jaką opowieść o rodzinie tworzymy jako społeczeństwo. Czy w mediach widzimy głównie historię o zmęczeniu, frustracji, o rozgoryczeniu, chaosie, żalu, o straconej wolności, o poczuciu nieodnalezienia się w roli rodzica? Ja doskonale rozumiem, że takie przypadki występują, że są, że się zdarzają. Tylko czy one są jakąś szeroką normą?!
W wielu popularnych serialach rodzicielstwo to głównie zarządzanie kryzysem. Czy to jest cała historia o rodzinie? W środowisku pracy podobnie. Jaki jest wizerunek rodziny? Ja myślę, że cenne byłoby wytworzenie takiej oddolnej presji, żeby działania prorodzinne w firmach były czymś tak naturalnym i popularnym i trendy, jak choćby owocowe czwartki.
Nie żadnym wyjątkowym benefitem, ale elementem normalnej kultury pracy, działania. No i język oczywiście! Bo w środowisku pracy słyszymy o rodzinie w kategorii problemu, jakiegoś tematu do rozwiązania. A dlaczego tak rzadko mówi się o rodzicielstwie jako o doświadczeniu, które rozwija w nas tak pożądane przecież u pracownika kompetencje społeczne? Odpowiedzialność, zarządzanie czasem, zdolność współpracy, empatia.
Czy przestrzeń publiczna mówi rodzinom – jesteście mile widziani? Czy raczej wysyła subtelny sygnał – przeszkadzacie, chcemy stref bez was, chcemy stref ciszy. To są oczywiście takie drobne rzeczy, ale kultura składa się właśnie z takich drobnych sygnałów. Myślę też, że warto przyjrzeć się pewnym mitom i stereotypom zakorzenionym w języku, jakim opisujemy rodzinę, a także nowym znaczeniom, jakie nadajemy słowom.
Na przykład „madki” zamiast matek, ironiczne bąbelki, czy mąż, żona rzucane lekceważąco, jako obelga w zasadzie. To jest język, który kształtuje wyobraźnię i realnie wpływa na to, jak myślimy o rodzinie i o relacjach. Ale przyjrzyjmy się temu też, jak mówimy o samej wolności, wspomnianej już tutaj wcześniej.
Bardzo często słyszymy dziś narrację, że prawdziwa wolność polega na braku zobowiązań. Pani Barbara Socha wspomniała o tej wolności. Tak, na braku zobowiązań, na tym, żeby nie być za nikogo odpowiedzialnym i żeby nie być od nikogo zależnym. To jest wolność.
A moje doświadczenie mówi zupełnie co innego. Najgłębsze formy wolności odkrywamy właśnie wtedy, kiedy wybieramy relacje, kiedy bierzemy odpowiedzialność za drugiego człowieka. I właśnie w tym sensie rodzicielstwo nie jest tylko prywatnym projektem. Ono jest jedną z najważniejszych szkół dojrzałości społecznej.
Ja jestem współautorką obok Agnieszki Stefaniuk i Marii Mościckiej, książki pod tytułem „Bezpotomni”. To jest książka, której podtytuł brzmi: Dlaczego nie chcemy mieć dzieci? Książka, w której problem kryzysu demograficznego w Polsce chciałyśmy rozpracować na poziomie czysto ludzkim, na poziomie emocji, wpływu kultury i trosk, wszystkich trudów, z którymi mierzy się współczesny człowiek. Tego, w jakim świecie przychodzi mu podjąć decyzję o dziecku.
To jest spokojna rozmowa trzech matek, matek wielodzietnych, więc żadnych demograficznych ekspertek. Troszkę ekspertek od macierzyństwa. Książka napisana w poczuciu potrzeby stworzenia przeciwwagi dla dominującej narracji w dzisiejszym świecie, narracji o rodzicielstwie, odczarowaniu fatalnego PR-u rodziny. I powiem Państwu, że odzew, z jakim się spotkałyśmy, skala tego odzewu była w ogóle niesamowita.
Jako platformę komunikacji wybrałyśmy media społecznościowe, całkowicie świadomie: Instagram. Bo jest to część naszej kultury, w której zwłaszcza młodzi ludzie – którzy gdzieś są u progu tej decyzji, czy mieć dziecko, czy nie mieć dziecka – są głęboko zanurzeni. I skala nas zaskoczyła, to jest temat ogromnie żywy, wywołujący gigantyczne emocje.
Instagram jest też takim mikroświatem, trochę taką wirtualną wioską, która wpływa na nasze postrzeganie świata i na to, jakie decyzje podejmujemy. Wybrałyśmy też ten kanał, żeby właśnie przełamać tam pewien dominujący przekaz. I wtedy uzmysłowiłyśmy sobie, jak bardzo potrzebujemy spokojnej rozmowy na ten temat. Uczciwej, spokojnej, nieopartej na moralizowaniu czy pouczaniu, ale opartej na zrozumieniu, że decyzja o rodzicielstwie jest jedną z najbardziej egzystencjalnych decyzji w życiu człowieka.
W książce „Bezpotomni” zwróciłyśmy uwagę szczególną właśnie na język, bo zależało nam na tym, żeby skomunikować się z konkretnymi grupami odbiorców bardzo szeroko, bo nie miałyśmy ambicji przekonywać przekonanych, tylko chciałyśmy naprawdę wyjść poza tę swoją bańkę. I myślę, że nam się to udało, bo wywołałyśmy dużą dyskusję.
Nie chciałyśmy, żeby ten nasz wysiłek trafił w próżnię. Chciałyśmy mówić językiem współczesnego człowieka i bardzo dobrze rozumieć, z czym się mierzy. Z wielką empatią podejść do niego, bo on też nie ma łatwo.
Ale, co dosyć symptomatyczne, tę książkę wydałyśmy własnym sumptem. To jest całkowicie oddolna, prywatna inicjatywa Trzech Kobiet. Apolityczna, wynikająca z potrzeby serca i z obserwacji tego świata. Uważam, że wiele instytucji w tym kraju powinno zainteresować się ideą tego projektu. Zapraszam Państwa już przy tej okazji na stronę www.bezpotomni.pl
Uważam, że jeśli naprawdę chcemy zmienić rzeczywistość, powinniśmy szukać miejsc, w których możemy właśnie wpływać na zmianę przyszłości. My, jako trzy zwykłe kobiety, podjęłyśmy ten wysiłek i myślę, że w jakimś tam stopniu nam się udało dołożyć małą cegiełkę do tego.
Ale może to być też język debaty publicznej. Może to być sposób, w jaki media opowiadają o rodzicielstwie. Może to być przywracanie prestiżu relacjom międzypokoleniowym. Pokazanie, że dziadkowie, rodzice i dzieci nie są dla siebie nawzajem ciężarem, tylko są zasobem. No i wreszcie może to być jedna bardzo prosta rzecz.
Pan Waszkiewicz wspomniał tutaj o Jessie Buckley na gali Oscarów. To właśnie chodzi o te dobre historie. To jest taka prosta rzecz, którą każdy z nas może zrobić. Jessie Buckley na gali Oscarów zadedykowała statuetkę pięknemu chaosowi matczynego serca. To przemówienie stało się wiralem. Rozeszło się szeroko jako jakieś niesłychane.
I to było uderzające, bo okazało się, że o rodzicielstwie można mówić pięknie. Że można mówić prawdziwie i z wdzięcznością. I to tak niesamowicie działa na wyobraźnię. I myślę, że to robi naprawdę wielką robotę. Że wielu zatrzymało się nad tą opowieścią. O kobiecie, która uwielbia być matką. O kobiecie, która ma u swojego boku wspierającego męża. I o kobiecie, która czerpie z macierzyństwa niesamowitą siłę. To jest niesamowita, piękna historia. I to jest siła opowieści.
One naprawdę zmieniają wyobraźnię. A właśnie tej zmiany wyobraźni i myślenia o przyszłości potrzebujemy dziś jak wody. Potrzebujemy kultury, która mówi młodym ludziom – wasze pragnienie relacji jest czymś ważnym. Ono nie jest naiwne. I ono nie jest przegraną.
Bo to nie jest tak, jak powiedział pan Mądry, że mamy do czynienia z zanikiem pragnienia relacji. Tak, deklaratywnie Polacy nadal chcą mieć dzieci. I być może jednym z największych zadań, jakie dziś stoją przed nami jest stworzyć taką kulturę i język, który temu pragnieniu nie będzie przeszkadzał, tylko pozwoli mu wybrzmieć.