Prof. Andrzej Zybertowicz w rozmowie z Martą Morawiecką 20 marca 2026 roku
Marta Morawiecka: Żyjemy w nieprawdopodobnym chaosie ideowym, ideologicznym. Wrzuceni na tę głęboką wodę młodzi ludzie rzadko kiedy odwołują się do wartości wyniesionych z domu w toku tradycyjnego wychowania. Dodatkowo są pozbawieni busoli związanej z autorytetami oraz poddani pokusie różnorakich udogodnień i atrakcji. W efekcie wykorzystują swoją wolność niejako w nadmiarze i często tracą cel i sens życia. Smutne to. Panie Profesorze, czy jest to powód do niepokoju?
Prof. Andrzej Zybertowicz: Myślę, że wydarzyło się coś takiego: nie dostrzega się tego, że zostało przemieszczone pole podmiotowości.
Podmiotowość zakorzeniona w świecie analogowym wyrasta z doświadczenia, że potrafimy realnie wpływać na otoczenie: ściąć drzewo, przerobić je na deski, zrobić z nich stołek. Że umiemy posłużyć się siekierą, a w lesie, podczas burzy, zbudować sobie prowizoryczne schronienie. To poczucie sprawczości rodzi się jednak nie tylko z kontaktu z materią, lecz także z relacji międzyludzkich. Spójrzmy choćby na naszą rozmowę: jesteśmy tu, razem, w jednym miejscu. Nie łączymy się przez internet, możemy spojrzeć sobie w oczy – i właśnie ta bezpośredniość również buduje naszą podmiotowość.
Dziś ta analogowa podmiotowość została przeniesiona do świata cyfrowego, który dla wielu – zwłaszcza dla młodego pokolenia, bardziej podatnego na jego wpływ – stał się przestrzenią pozornie nieograniczonej wolności. W grach można kierować, jak się wydaje, całymi imperiami, „eliminować” przeciwników, podejmować decyzje o ogromnej skali. To doświadczenia, które dają złudzenie sprawczości i zastępują dawną, realnie przeżywaną podmiotowość.
Nastąpiło więc przesunięcie podmiotowości ze świata codziennego, realnego, analogowego do przestrzeni cyfrowej. Tymczasem młody człowiek – niezależnie od tego, jak głęboko zanurzony jest w rzeczywistości wirtualnej – prędzej czy później musi zmierzyć się z realnymi wyborami. Musi zdecydować, jaką szkołę wybrać; czy budować trwały związek, czy raczej unikać długoterminowych relacji; czy skakać od jednej pracy do drugiej, czy raczej dążyć do stabilizacji; czy pozostać przy tożsamości wyniesionej z domu, czy też uznać się za obywatela świata. W sytuacji, w której reguły gry ulegają zmianie, dawne autorytety zniknęły, a nowych – wiarygodnych – nie widać, wiele osób doświadcza głębokiej dezorientacji i poczucia zagubienia. To często prowadzi do poważnych stanów depresyjnych, bo wiąże się z utratą poczucia kontroli nad własnym życiem.
Umiejętność obsługi aplikacji bankowej nie przekłada się na zdolność negocjowania warunków umowy o pracę, zakupu używanego samochodu czy ustalania zasad wspólnego życia z drugą osobą. Paradoksalnie ta pułapka postępu – zarówno technologicznego, jak i tego rzekomo „moralnego” – tworzy, jak się zdaje, w wielu krajach, także w Polsce, szansę na odrodzenie konserwatyzmu. O ile zostanie on mądrze zinterpretowany i odpowiednio zakomunikowany młodemu pokoleniu.
MM: Spróbujmy się zatem skoncentrować na filarach konserwatyzmu. Gdzie je dostrzec w dzisiejszym zagmatwanym świecie, w którym mnóstwo rzeczy zostało przenicowanych albo zburzonych. Spróbujmy te filary nazwać i wskazać, które z nich mogłyby być – to jest ryzykowne określenie – atrakcyjne dla młodych, lub jakoś pociągające.
Prof. Andrzej Zybertowicz: Atrakcyjność tego zjawiska ma charakter paradoksalny. Kiedy człowiek posmakował różnych form destrukcyjnie pojmowanej wolności –alkoholu, innych uzależnień, także cyfrowych albo nieustannego imprezowania – i gdy zobaczył ich jałowość oraz doświadczył wypalenia, coś, co wcześniej wydawało się nudne, nagle może nabrać znaczenia.
W takich momentach pojawia się otwartość, swoiste okno wrażliwości, które skłania do zastanowienia się, czy formy życia wypracowane przez wcześniejsze pokolenia – na przykład tradycyjna, a nawet wielopokoleniowa rodzina – nie są w istocie najzdrowszym sposobem zakotwiczenia w świecie.
MM: A oprócz rodziny, co jeszcze?
Prof. Andrzej Zybertowicz: Trzeba tu dopowiedzieć, że człowiek, dojrzewając, przechodzi przez różne etapy rozwoju. I trudno mówić o prawdziwej dojrzałości bez wzięcia odpowiedzialności nie tylko za konsekwencje własnych czynów, lecz także za los innych: dzieci, bliskich, podopiecznych. Nie każdy może mieć dzieci w sensie biologicznym, ale każdy może zatroszczyć się o drugiego człowieka.
Być może właśnie to jest najwyższa miara człowieczeństwa: umiejętność mądrego towarzyszenia w rozwoju innej osoby. To swoista inwestycja – mówiąc nieco egoistycznie – we własną równowagę psychiczną i poczucie sprawczości. Możliwe, że dopiero wtedy, gdy weźmiemy odpowiedzialność za kogoś poza sobą, jesteśmy w stanie dotrzeć do pełni naszego człowieczeństwa.
Sądzę, że wielu ludzi – często podświadomie, nie znając długofalowych konsekwencji – rezygnuje z tego „trudu”, jakim jest rodzicielstwo. Tymczasem ten trud nie jest ani czymś dziwacznym, ani formą opresji, zwłaszcza dziś, gdy możliwości technologicznego wsparcia są ogromne. W przeszłości ludzie podejmowali się rodzicielstwa, mając o wiele gorsze warunki materialne, ograniczony dostęp do opieki medycznej i znacznie mniej udogodnień niż obecnie.
My ludzie mamy określoną naturę biologiczną oraz tą – być może pochodną woli boskiej – duchową, ale na pewno biologiczną, która domaga się życia wśród innych ludzi. Potrzebujemy więzi różnego rodzaju: od zwykłej znajomości, poprzez przyjaźnie, aż po głębokie relacje miłości – rodzicielskiej czy romantycznej. To one pozwalają nam funkcjonować w sposób pełny i zgodny z tym, kim jesteśmy jako istoty społeczne.
I tu właśnie tkwi fundamentalny przekaz konserwatyzmu: jesteśmy istotami śmiertelnymi, ale możemy przejść przez życie z sercem; jesteśmy istotami ułomnymi, lecz możemy się wzajemnie wspierać. Nie ma w tym żadnej tajemnicy ani „czarnej magii”. Alternatywą są wizje transhumanizmu i posthumanizmu – koncepcje człowieka nieśmiertelnego, uwolnionego do ograniczeń ciała i od zobowiązań wobec wspólnoty, narodowej czy jakiejkolwiek innej.
Mnie szczególnie interesuje poszukiwanie sposobów, by to, co w tym przekazie najważniejsze, zakomunikować współczesnemu światu w sposób zrozumiały i przekonujący.
MM: Wyrażał Pan nadzieję, że do takiej refleksji dojdzie z chwilą, kiedy młodzi lub nawet dorośli ludzie, odczują pustkę, bezsens działań, w których brak jest prawdziwych relacji, przywiązania i brak jest odwagi oraz trudu wzięcia odpowiedzialności za drugiego człowieka – i że to jest dopiero ten moment, w którym może dojść do zwrotu.
Prof. Andrzej Zybertowicz: Tak, ponieważ doszło do zerwania naturalnej, wielowiekowej tradycji transmisji międzypokoleniowej. Proces, w którym starsze pokolenia – dziadkowie i rodzice – w sposób oczywisty przekazywali dzieciom i wnukom swoje widzenie świata oraz system wartości, został poważnie zaburzony, przede wszystkim przez wtargnięcie smartfonu do życia domowego. Smartfon oddzielił członków rodziny od siebie nawzajem.
Rozdzielił ich, poróżnił, wprowadził do rodzin zupełnie nowe pola konfliktów. Wspólne funkcjonowanie na małej przestrzeni zawsze generowało napięcia, ale dziś są one spotęgowane i często przybierają formę patologicznych sporów. Smartfon i media społecznościowe nie stały się narzędziem porozumienia, lecz potężnym mechanizmem rozrywania więzi społecznych – przekształcając ludzi w pozornie autonomiczne jednostki.
Można powiedzieć, że postęp technologiczny pokazał swoje antyludzkie oblicze.
MM: Mocna puenta. Bardzo Panu Profesorowi dziękuję.