Zamiast naturalnych mechanizmów rynkowych – ratowanie planety. Efekty – aż nadto widoczne i dotkliwe.
W ciągu ostatnich 20 lat nastąpiło zmniejszenie udziału gospodarki unijnej w globalnej produkcji przemysłowej z 25% do 17%. W tym samym czasie udział gospodarki chińskiej wzrósł z 9% do 28%. Ubiegłoroczny hiszpański blackout pokazał iluzoryczność energetyki OZE (choć nie OZE-biznesu na rządowych dotacjach). Pozostały hektary porzuconych farm fotowoltaicznych. Inwestycje w OZE to szaleństwo, ale nadal decydują zieloni aktywiści, czy eko – terroryści, a nie fachowcy. System ETS określa się jako główny hamulcowy unijnej gospodarki, ale brukselokraci nie wyciągają praktycznych wniosków. I na nic argumenty, że jest on trwale nierentowny (dotacje), mimo że płacą za niego wszyscy w rachunkach za prąd, choć niektórzy mieszkają w substandardach (brak instalacji sanitarnych).
Niemniej na ostatnim spotkaniu Rady Europejskiej okrzyknięto system ETS wielkim sukcesem – jako „rynkowy i naturalny technologicznie”. UE-przywódcy poparli dalsze utrzymywanie systemu ETS, co najwyżej wspominając o jego modernizacji. Chwalono zasadniczą rolę tego systemu w transformacji klimatycznej i energetycznej, odkładając problem wysokich cen energii na kolejny szczyt UE. Na razie przemysł może otrzymać wsparcie finansowe. Generalnie – Rada Europejska określiła transformację energetyczną jako „jedynie słuszną”, zmierzającą do strategicznej autonomii Europy, dzięki „dużej ilości czystej rodzimej energii”.
Tymczasem wzrost cen energii ogranicza działalność przedsiębiorstw, utrudnia prowadzenie gospodarstw domowych. Polska wydaje na ETS 35 mld zł rocznie (po wprowadzeniu ETS2 – blisko 50 mld zł). Mimo to administracja 13 grudnia zastanawia się, czy wprowadzić ETS2. Rozwiązaniem byłoby odejście od systemu ETS, wprowadzenie limitu kosztów CO2, czy bezpłatne uprawnienia dla przemysłu, ale to – jak widać – przekracza wyobraźnię urzędników.
Na unijny system polityki klimatycznej zgodził się w 2008 roku premier Tusk na posiedzeniu Rady Europejskiej. Na kolejne restrykcje CO2 przystała premier Ewa Kopacz (ograniczenia o 43% do 2030 roku), oraz w 2024 roku minister Urszula Zielińska (zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych o 90% do 2040 roku). Jednak wcześniej – w 2015 roku – decyzja o wprowadzeniu ETS w krajach unijnych, zapadła większościowo, a nie jednomyślnie (poza traktatowo). W końcu polski Trybunał Konstytucyjny w 2025 roku wydał orzeczenie, że ETS jest niezgodny z przepisami traktatowymi i konstytucyjnymi. Tak więc, w odniesieniu do klimatyzmu, praworządność nie istnieje. Dlatego projekt uchwały wzywającej premiera do przedstawienia w ciągu 14 dni planu wyjścia z systemu ETS pozostaje bez odpowiedzi. W jego uzasadnieniu opozycja twierdzi, że Polacy nie chcą być „bankomatem lewackiej polityki klimatycznej”.
Co innego brukselokraci. UE nie może już opierać się w swej polityce wyłącznie na „porządku opartym na zasadach” – uważają komisarze, bo „nasze czasy wymagają odejścia od prawa międzynarodowego”. Poza tym „złożone zagadnienia, z którymi się mierzymy” zmuszają do odchodzenia od jednomyślności, bo staje się ona przeszkodą. Przestrzeganie zapisów traktatowych także utrudnia rozwiazywanie współczesnych problemów. Okazuje się, że imperialne cele brukselokratów uświęcają środki. Kto tego nie rozumie, nie wie, co to postępowa demokracja.
Energia
Gdy dziura budżetowa pogłębia się w rekordowym tempie – w ciągu dwu miesięcy tego roku 48 mld zł – a premier rozpaczliwie domaga się brukselskiej pożyczki na zbrojenia, nie określiwszy kosztów tego pomysłu – tenże planuje wyasygnować bilion złotych na inwestycje energetyczne (z czego 250 mld zł na OZE), podczas gdy wiadomo, że wysyp wiatraków zdestabilizuje sieci energetyczne. Cokolwiek by jednak pijarowała administracja 13 grudnia, to rzeczywistość skrzeczy. Za ETS1 odpowiada rząd Kopacz i Tuska. Teraz PO zapowiada blokadę ETS2, choć europosłowie PO byli „za”.
To wszystko jednak nieważne wobec „sukcesu” ostatniej Rady Europejskiej. Decyzję o ETS2 przesunięto w czasie. Potem podatek ETS może być niższy niż na paliwa kopalne – czyli kontynuacja realizacji urojeń klimatycznych i dalsze dofinansowywanie projektów dekarbonizacyjnych. Tymczasem ETS niszczy gospodarkę. Likwiduje miejsca pracy, drenuje kieszenie obywateli. Brukselokratom to nie przeszkadza, jak również okoliczność, że system ETS jest niezgodny z prawem (przyjęty bez jednomyślności). Zamiast zniesienia go, proponują jednoczenie się wokół Komisji Europejskiej. Jej przewodnicząca postuluje dalej to samo, albo i więcej – mimo że polityka klimatyczna doprowadziła do upadku przemysł europejski. A więc – wprowadzenie i integracja odnawialnych i niskoemisyjnych źródeł energii i magazynowanie energii, żeby zmniejszyć zależność od niestabilnych rynków paliw kopalnych i zwiększyć bezpieczeństwo dostaw. Jednak w wielu krajach wzrasta zainteresowanie węglem i pozyskiwanie z niego energii, w przeciwieństwie do ministra Motyki, który uważa, że brukselski klimatyzm jest szansą dla polskiej gospodarki.
Niemniej w naszym miksie energetycznym węgiel był na pierwszym miejscu (53% produkcji energii elektrycznej), potem gaz i wreszcie OZE. Japońska energetyka węglowa udowodniła, że może ona z powodzeniem funkcjonować, nie szkodząc środowisku. W naszej energetyce węgiel zapewnia niezależność energetyczną i bezpieczeństwo dostaw. Wojna na Bliskim Wschodzie pokazuje atuty węgla jako surowca energetycznego. Wiele państw powraca do węgla, istotnego dla stabilności gospodarki.
Węgiel
Gdyby nie koszty ETS i likwidacji kopalni, jakie składają się na cenę polskiego węgla, byłaby ona na poziomie cen światowych. Gdyby administracja 13 grudnia miała więcej wyobraźni, nie rezygnowałaby tak łatwo z krajowych surowców energetycznych, bo to oznacza zrzekanie się części suwerenności państwa, nie mówiąc o kondycji gospodarki. Nie redukowałaby też wydobycia (w 2024 roku tylko 44 mln ton). Natomiast wdrożyłaby masową produkcję tzw. błękitnego węgla. To innowacyjny polski produkt, emitujący śladowe ilości gazów cieplarnianych. Mógłby więc być masowo używany w tradycyjnych piecach (bez kosztownej ich wymiany). Budowałaby też instalacje do otrzymywania z węgla metanolu – ale po co, gdy można go importować z Niemiec. Wszystko to jednak nie jest argumentem przeciwko zamykaniu kopalń (ostatni termin – 2049 rok), czyli sankcjonowania brukselskiego zielonego szaleństwa. Głupota polega na tym, że kopalnie są niszczone, gdy w zalanych wodą można by po latach wznowić wydobycie.
Wojna na Bliskim Wschodzie powinna przekonać klimatycznych fanatyków, że tylko stabilne źródła energii są podstawą bezpieczeństwa energetycznego państw. Niestety – jak na razie – węgiel jest traktowany po macoszemu w krajach unijnych. Wyjątkiem Niemcy, które w 2025 roku zwiększyły udział węgla kamiennego w elektrowniach o 23%, nie mówiąc o tym, że wznawiają wydobycie w zamkniętych kopalniach. Podobnie zamierzają to uczynić Włosi.
Wobec powszechnego zapotrzebowania na węgiel, polskie kopalnie mogłyby go eksportować. Dlaczego tego nie robią – pozostaje tajemnicą administracji 13 grudnia. Tymczasem na świecie wraca się do normalności. W USA wykorzystuje się stabilne źródła energii w 90%, a tylko 10% niestabilnych (OZE). W gospodarce brukselskiej odwrotnie – 60% źródła niestabilne, 40% – stabilne. Skutek – niedorozwój tej gospodarki w porównaniu z amerykańską.
Tymczasem administracja 13 grudnia nie planuje wzrostu wydobycia węgla, mimo że byłby interes do zrobienia (od wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie ceny węgla wzrosły o 30-40%). Nie walczy też z brukselskimi ograniczeniami, wynikającymi z zielonego szaleństwa. Jest natomiast pomysł, by Polska Grupa Górnicza produkowała uzbrojenie, materiały wybuchowe, technologie o zastosowaniu wojskowym oraz obrót tymi produktami. Koncesję wydało MSWiA. To kuriozum, wobec światowego zapotrzebowania na węgiel, w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa surowcowego i energetycznego kraju.
Stal
Pod hutami w Rudzie Śląskiej i Dąbrowie Górniczej protestują pracownicy przeciwko likwidacji ich zakładów pracy. A powinni protestować wszyscy obywatele, bo przecież bez hut, kopalń, trudno mówić o rozwoju przemysłu zbrojeniowego, nawet przy brukselskiej pożyczce. Tym bardziej, że – realizując zielone urojenia – nadal trwa deindustrializacja gospodarki brukselskiej. Produkcja stali zmalała z 180 mln ton do 120 mln ton. Daleko posunięta dekarbonizacja spowodowała deficyt koksu, niezbędnego do produkcji stali (trzeba 800 kg węgla na tonę stali). Niemniej Jastrzębska Spółka Węglowa jakoś nie wykorzystuje tej sytuacji, choć wydobywa węgiel koksujący.
Brukselski przemysł stalowy miał być przykładem ambitnej polityki klimatycznej, wspomagany regulacjami, dotacjami, reklamą. Okazało się jednak, że instalacje tzw. zielonej stali są niekonkurencyjne, bo zbyt kosztowne. Trzeba przecież doliczyć drogą energię (podatek ETS), cenę uprawnień do emisji CO2. Zakłady hutnicze na innych kontynentach nie mają takich obciążeń. W rezultacie import jest bardziej opłacalny niż produkcja europejska. Brukselska polityka klimatyczna wyrzuca produkcję z kontynentu, nie modernizując jej. W rezultacie zagraniczni producenci oferują tańszą stal.
Wołowina
Otwarcie brukselskiego rynku na południowoamerykańską żywność i produkty rolne – paradoksalnie – zmniejsza bezpieczeństwo żywnościowe obywateli-podatników w państwach wspólnoty. Nie wiadomo bowiem, czy reklamowana obecnie tańsza żywność zawsze taką zostanie, co będzie w sytuacji, gdy jakieś zdarzenia rozerwą ścieżki dostaw. Przede wszystkim jednak nie wiadomo, czy brazylijski system kontroli zagwarantuje, że mięso skażone hormonami wzrostu, nie znajdzie się na naszych talerzach. Już bowiem kursuje dowcip, że po umowie Mercosur statystyczny wzrost polskich konsumentów znacznie wzrósł.
Skażoną wołowinę wykryto w 10 krajach unijnych, więc anegdota niepozbawiona jest uzasadnienia. Bo przykładów więcej – jak zatruty słonecznik argentyński w Bułgarii. Jeżeli brukselokraci z taką pieczołowitością kontrolują żywność europejską, to zadziwia tolerancja, z jaką podchodzą do tej z krajów Mercosur. To ważne, bo jeżeli jakiś towar wejdzie do obrotu w jednym kraju, to może być transportowany do innych krajów UE.
Tymczasem brukselokraci nie próżnują. Przygotowują umowę handlową z Australią. Kilka lat temu zablokował ją Janusz Wojciechowski, komisarz ds. rolnictwa. Powodem – zagrożenie dla europejskich (i polskich) producentów wołowiny. Brukselokratom to nie przeszkadza, bo stopniowo likwidują kolejne sektory brukselskiego rolnictwa. Znajdują sojuszników wśród ekologistów. Raport Europejskiej Rady Doradczej ds. Zmian Klimatu nie tylko oskarża wołowinę o przedwczesne zgony (2,5 mln ludzi), ale także przewiduje wykorzystanie pastwisk dla fotowoltaiki, wiatraków. I – jakby tego było mało – postuluje zmiany w diecie, co doprowadzi do zmniejszenia hodowli bydła nawet o połowę.