Przypadki brukselskie

Od „Ody do radości” i pirotechnicznych iluminacji przy akcesji do powstania Europejskiego Centrum Odporności Demokratycznej, czyli od Schumana do Spinellego.

Gdyby referendum akcesyjne było przeprowadzone teraz – po ponad 20-letnich doświadczeniach uczestnictwa w organizacji międzynarodowej, aspirującej do stworzenia państwa brukselskiego – nie starczyłoby dwóch dni, z braku odpowiedniej frekwencji. Coraz więcej polskich płatników unijnych przekonuje się, że szumnie reklamowana „wspólnota europejska” to struktura zbiurokratyzowana, ociężała, powolna, nieudolna, bezradna wobec rzeczywistości, nie tylko kryzysowej. Zresztą nie działająca po południu i w weekendy.

Zideologizowawszy gospodarkę ekologizmem – pozbawiła ją konkurencyjności, a na szczepionkach covidowych dorabiało się unijne kierownictwo. Niemniej w niektórych dziedzinach wykazuje ona nadzwyczajną skuteczność, gdy przy kontynentalnej zapaści demograficznej oferuje bezpłatne przerywanie ciąży dla kobiet z państw członkowskich (z pieniędzy wspólnotowych – oczywiście). Proaborcyjną akcję potwierdził TSUE, uznając aborcję za „dopuszczalną usługę” i pozwalając „pacjentkom” na wybór kraju na przeprowadzenie „zabiegu”.

Niemiecka przewodnicząca brukselskiej podkomisji ds. SAFE pozwala sobie aranżować w Parlamencie Europejskim obsceniczną, skandaliczną wystawę obrażającą prezydenta Donalda Trumpa, przedstawiając karykatury polityków (prawicowi obok Putina), właśnie teraz, w czasie działań wojennych, gdy USA stają się gwarancją europejskiego bezpieczeństwa. Niemieccy politycy, prowadzący antyamerykańską i prochińską politykę zagraniczną, systematycznie zawłaszczają i germanizują UE. Wykorzystują wojnę ukraińską do rozwoju swojego przemysłu zbrojeniowego (choć sami kupują amerykański sprzęt wojskowy).

Przydaje się program SAFE, przyjęty przez część państw unijnych. Mechanizm warunkowości pozwala trzymać je w ryzach przez brukselokratów. Zastanawia upór, z jakim administracja 13 grudnia chce przyjąć unijny program SAFE, jakby to było warunkiem utrzymania się jej przy władzy. Tymczasem oszczędności obywateli przekraczają 1,5 bln zł, rezerwy NBP (240 mld euro) pozwalają na konstruowanie elastycznych mechanizmów finansowych. Polski SAFE 0% daje swobodę działania, pieniądze do rozwoju krajowych firm, podczas gdy pożyczka brukselska może być traktowana przez brukselokratów, jak KPO.

Tymczasem demokracja brukselska już tak się rozwinęła, że obywatele mają swoje rządy, ale o nich decydują brukselokraci. Protesty na nic się nie zdadzą, bo KE organizuje centrum cenzury i ingerencji w wybory w krajach członkowskich – nazwane dla niepoznaki – Europejskim Centrum Odporności Demokratycznej. Będzie miało uprawnienia do „zewnętrznego nadzoru nad wyborami w krajach członkowskich”. W ramach Europejskiej Tarczy Demokracji będzie bronić demokracji, która podlega wewnętrznym i zewnętrznym naciskom. Ma ona „zwiększać świadomość i lepiej reagować na zagrożenie demokracji”, „przeciwdziałać zagranicznej manipulacji informacji i dezinformacji”. Tak więc, wybory będą odbywały się zgodnie z brukselską instrukcją (i preferencjami politycznymi).

Beneficjenci

Od lat polskojęzyczne media przekonują polskich płatników brukselskich, że są największymi beneficjentami unijnego dobrodziejstwa. Tymczasem wielkość dotacji zależy od populacji danego kraju. Jeżeli Polska była najliczniejszym wśród nowoprzyjętych państw członkowskich, to zrozumiałe, że kwota jest największa (ale na statystyczną głowę brukselską tyle samo, jak w innych krajach). Co do tych dobrodziejstw brukselskich. Lansowane przez media polskojęzyczne porzekadło – unia nam daje – jest tylko rodzajem metafory, gdy strategiczne inwestycje w naszym kraju realizują firmy zagraniczne, więc gros zysków wraca do „starych” państw unijnych. Nie należy też zapominać, że brukselska wolność handlu może przybierać karykaturalne (i szkodliwe dla naszej gospodarki) formy, jak obecny import niemieckich ziemniaków, gdy polskich mamy pod dostatkiem.

Uchwalenie ustawy o przyjęciu brukselskiej pożyczki SAFE wywołało zainteresowanie niemieckiego ambasadora (siedział na galerii sejmowej), co jednak administracji 13 grudnia nie daje nic do myślenia. Później tenże uczestniczył w uroczystościach urodzinowych Róży Luksemburg w Zamościu. Prezydent tego miasta chwali komunistkę, jakby nie było ustawy o IPN, a nasze państwo umożliwia działalność niemieckiej fundacji imienia międzynarodowej działaczki komunistycznej, zresztą wrogiej polskiej niepodległości.

Wracając jednak do nachalnie reklamowanej przez polskojęzyczne media pożyczki SAFE. Jak powiedział premier – fabryki już pracują. Jak to się ma do rzeczywistości, gdy ustawa jest niepodpisana przez prezydenta, a pieniądze unijne jeszcze nie dotarły – nie wiadomo. W każdym razie traktaty unijne nie przewidziały uzbrajania państw członkowskich. Niemniej premierowski entuzjazm pożyczkowy sugeruje, jakoby celem naszego państwa było zadłużanie się, a tym samym spajanie UE przez pożyczki.

Kto przeciw brukselskiemu SAFE – jest zdrajcą, wrogiem rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego. Argument, że osiem państw unijnych zrezygnowało z tego dobrodziejstwa – i nikt nie kojarzy ich z euro-wystąpieniem – nie znajduje się w agendzie rządowej i medialnej. W ten sposób ograniczono debatę publiczną, a przecież trudno zrozumieć, że pożyczkobiorca jest beneficjentem, chyba że mamy do czynienia ze sprawdzonym już mechanizmem KPO, dzięki któremu obdarowano „swojaków”. Tymczasem alternatywne rozwiązanie prezydenckie (wykorzystanie rezerw NBP) spotkało się z histerycznym sprzeciwem administracji 13 grudnia, nie mówiąc o mediach polskojęzycznych. Tak jak przed referendum przedakcesyjnym w mediach były tylko argumenty za UE-wstąpieniem, tak teraz są tylko przeciw przyjęciu prezydenckiej propozycji. Nawet resort spraw zagranicznych stwierdza – SAFE wzmocni polską suwerenność.

Blokowanie gospodarki

Niezależnie od sprawdzonej już prawidłowości – rządy Tuska to drożyzna i bezrobocie, o której elektorat często zapomina – brukselokraci też mają wiele na sumieniu. Kiedyś obiecywali, że gospodarka brukselska przegoni amerykańską, teraz kombinują, jak wyjść z zapaści, którą sami zgotowali. Troska o planetę położyła gospodarkę. Choćby motoryzacja, która dołuje w perspektywie likwidacji samochodów spalinowych. I podczas gdy niemieckie fabryki szukają zbytu na rynkach południowoamerykańskich, to w naszym kraju Fiat Auto Poland przewiduje zwolnienie 740 pracowników. Niezależnie od tego w ubiegłym roku do urzędu pracy zgłoszono ok. 100 tys. zwolnień grupowych (najwięcej od kryzysu 2008-2009). Ci, którzy zachowają pracę w budżetówce, muszą zadowolić się 3% wzrostem wynagrodzenia (na poziomie inflacji).

Gdy ceny energii elektrycznej w brukselskim przemyśle dwukrotnie przewyższyły amerykańskie i są o 90% wyższe od chińskich (głównie opodatkowanie ETS), przemysłowcy domagają się poluzowania ekologizmu w gospodarce. Dekarbonizacja doprowadziła do deindustrializacji (uciążliwe przemysły wyprowadzono z krajów brukselskich), ale to przecież nie uratowało planety. W tej sytuacji brukselscy przemysłowcy dochodzą do racjonalności. Chcą zmian bądź likwidacji ETS.

Rząd włoski zatwierdził „dekret energetyczny” (koszty emisji CO2 nie będą wliczane do rachunku za energię elektryczną). Mimo to – gdy wydobycie węgla bije rekordy (ok. 9 mld ton), a elektrownie węglowe powstają jak przysłowiowe grzyby po deszczu – brukselokraci nie zamierzają odchodzić od ideologicznej destrukcji gospodarki. Właśnie Komisja Europejska prognozuje zatrudnienie 2,5 tys. urzędników, koszt: 1,4 mld euro. Wśród państw, protestujących przeciwko tym planom, nie ma Polski. Co więcej, minister klimatu broni systemu ETS – odejście od niego oznaczałoby wyjście z UE, a na to nie ma i nie będzie zgody.

Zamazywanie tożsamości

Mimo dziury budżetowej, powstają centra integracji cudzoziemców (obecnie przewidziano 280 mln zł), które mają legalizować nielegalnych migrantów. Dzieje się to bez zainteresowania mediów i obywateli. A przecież, realizując unijne wytyczne, administracja 13 grudnia powołała w kilkudziesięciu prokuraturach specjalne zespoły zajmujące się ściganiem przestępstw z nienawiści. To ograniczenie debaty publicznej, wolności słowa obywateli, sprzeciwiających się rządowej (unijnej) polityce migracyjnej. Tym bardziej, że działania hiszpańskiej lewicy, która masowo legalizuje nielegalnych migrantów, pokazują, iż można w ten sposób zmieniać strukturę społeczną (wbrew obywatelom), zyskując wdzięczny elektorat.

Jakby było mało problemów. Parlament Europejski większością deputowanych stwierdza, że to nieprawda, iż „tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”, więc „mężczyźni mogą rodzić dzieci”. Lewicowo-liberalna ideologia przeciw naturze człowieka. To początek brukselskiej tresury społeczeństwa (genderyzacja, prawo do tranzycji). Bo bezprawne naciski lewackich ideologów postępują.

Polski resort edukacji z zapałem godnym lepszej sprawy ogranicza lekcje religii (wbrew konstytucji), gdy w wielu gminach uczęszcza na nią 90% uczniów. Młodzi ludzie – wychowani bez tradycyjnych wartości – to cel postępowej szkoły, realizującej brukselskie rozporządzenia, chociaż prawo, wychowanie, szkolnictwo to dziedziny wyłączone z unijnych kompetencji. Niemniej nawet niemiecki ambasador interesuje się sejmowymi pracami nad ustawą o tzw. osobie najbliższej, umożliwiającej homo-związki z małżeńskimi przywilejami. Tęczowa międzynarodówka nie odpuszcza. Trwają przepychanki w sprawie tzw. edukacji zdrowotnej, sprowadzającej się do seksualnej indoktrynacji.

Niemiecki kanclerz zapomniał był, kiedy rozpoczęła się II wojna światowa. Przemilczał wrześniowy najazd na Polskę w 1939 roku. To funkcjonalna polityka historyczna, tuszująca niemiecko-rosyjska współpracę w napaści na nasz kraj. Niestety niemiecki punkt widzenia uwidacznia się również na forum brukselskim. Choćby w perspektywicznym planie rugowania obecności USA we wspólnocie brukselskiej, co jest na kursie kolizyjnym z polskimi interesami sojuszniczymi.

Niezależnie od tego trwa proces centralizacji brukselskiej organizacji pod niemieckim kierownictwem. Symbolicznego znaczenia nabiera projekt ustawy, przygotowanej przez Koalicję Obywatelską, która ma karać za „znieważanie flagi Unii Europejskiej”, choć nie jest to flaga państwowa (UE nie ma osobowości prawnej państwa). Niemniej mówiąc o niej krytycznie – mowa nienawiści, nie uznawać flagi – znieważać ją. Za wszystko będzie kara.

Rys. Cezary Krysztopa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *