Irańskie refleksje

W Polsce często nie tracimy okazji do utyskiwania nad naszym losem z racji swojego geopolitycznego położenia.

Nasze historyczne, niekiedy tragiczne, doświadczenia w relacjach z sąsiadami usprawiedliwiają w dostatecznym wymiarze te wyrzekania, ale też przesłaniają kilkusetletnią imponującą historię rozkwitu I Rzeczpospolitej jako państwa znaczącego i poważanego na kontynencie europejskim.

Skoncentrowani na swoich przejściach zapominamy, że istnieją w Europie inne narody, których natura obdarzyła wspaniałą przyrodą i klimatem, bogactwem różnorodności krajobrazów a jednocześnie lokalizacją w trudnym, nierzadko wrogim otoczeniu politycznym.

Grecja, której wielu zazdrości tych naturalnych walorów przyciągających corocznie rzesze turystów, ma też dramatyczne i skomplikowane dzieje związane ze swoim położeniem. Po stosunkowo krótkim okresie świetności epoki starożytnej została podbita przez Rzymian tracąc stopniowo na swoim znaczeniu na wiele wieków. Odrodziła się jako Cesarstwo bizantyjskie z siedzibą nie w podupadłych Atenach, lecz w Konstantynopolu (dzisiejszy Stambuł). Po upadku Bizancjum w 1453 roku Grecja a właściwie cały półwysep bałkański dostały się na prawie 400 lat pod panowanie imperium osmańskiego.

Grecy jako naród przetrwał zachowując język i swoje tradycje a przede wszystkim pamięć historyczną niezbędną dla tożsamościowego kodu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Nowogreckie państwo powstałe w XIX wieku borykało się z wieloma trudnościami wynikającymi z transformacji pod ciągłym zagrożeniem odradzającej się Turcji i granicznych sporów, przede wszystkim z Bułgarią i Albanią.

Podczas II wojny światowej broniąca się bohatersko Grecja została zaatakowana przez trzech agresorów: Niemcy, Bułgarię i faszystowskie Włochy wspomagane przez oddziały albańskie. Po ponad 3-letniej okupacji Grecy dali się wplątać w bratobójczą walkę pomiędzy komunistyczną partyzantką wspieraną bardziej lub mniej jawnie przez obóz sowiecki a siłami prorządowymi, którym militarnej pomocy nie szczędziły USA i Wielka Brytania.

Ta wojna domowa trwała blisko 3 lata i pochłonęła według obliczeń historyków więcej istnień niż niedawna obca okupacja. Grecja ostała się na Półwyspie Bałkańskim jako jedyne państwo należące do tzw. obozu państw kapitalistycznych, otoczona przez kraje bloku komunistycznego. Z kolei na rzece Ebros i wzdłuż wschodniej linii Morza Egejskiego graniczyła i graniczy niezmiennie z ciągle roszczeniową Turcją.

Ten bardzo skrócony rys historyczny portretuje polityczny pejzaż greckiej dyplomacji, jej zróżnicowanej działalności w odniesieniu do wyzwań, jakim jest sąsiedztwo z tureckim molochem i innymi krajami Bliskiego Wschodu.

Politycy greccy zawsze starali się mieć poprawne relacje z krajami arabskimi, ale zwłaszcza w ostatnich latach zacieśnili też kontakty z Izraelem. W obecnym konflikcie z irańskim reżimem Grecja, podobnie jak inne kraje, zachowuje postawę wyczekującą, choć rząd Kiriakosa Mitsotakisa jest powszechnie uważany za sprzymierzeńca Stanów Zjednoczonych i Izraela. Zresztą istniejąca od lat bardzo ważna amerykańska baza na Krecie (w miejscowości Suda) bezpośrednio bierze udział w działaniach bojowych tankując i zaopatrując największy lotniskowiec świata „Gerald Ford”. Z niej też startują F-16 a prawdopodobnie odegra też rolę międzylądowiska dla amerykańskich bombowców, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Co jednak zrobiło wrażenie w skali międzynarodowej percepcji tej chaotycznej sytuacji wojennej, to – błyskawiczna reakcja greckiego rządu na irański atak dronowy na brytyjską bazę wojskową znajdującą się na Akrotiri na Cyprze. Na drugi dzień wysłano na przybrzeżny akwen Cypru fregatę marynarki wojennej a dwa dni później dwa samoloty bojowe F-16. Rząd brytyjski Starmera po kilku dniach „obudził się” po ostrych słowach krytyki opozycji za swoją niemrawość i apatyczną postawę i też wysłał statek – antytorpedowiec i dwa helikoptery do zwalczania wrogich rakiet i dronów.

Mało tego, również Francja wysłała swój lotniskowiec „De Gaulle” w ten potencjalnie gorący rejon. A w poniedziałek 9 marca przylecieli na Cypr prezydent Francji Macron i premier Grecji Mitsotakis na trójstronne spotkanie z prezydentem Cypru Nikosiem Christodulidisem, by zapewnić o gotowości wspólnej obrony republiki cypryjskiej przed jakimkolwiek atakiem.

To rzecz jasna nie mogło się spodobać prezydentowi Turcji Erdoganowi i jego rządowi. W odwet za obecność greckich jednostek bojowych na terenie Cypru Turcja wysłała zdaje się swoje dwa samoloty bojowe do faktycznie nieuznawanego jako państwo (nie licząc Turcji) Północnego Cypru. Turcja zarzuca też Grecji, że wbrew umowom międzynarodowym o demilitaryzacji wysp w pobliżu tureckich wybrzeży, wysłała na wyspę Karpathos leżącą między Kretą a Cyprem antybalistyczne rakiety Patriot.

Grecki MON odpiera te zarzuty wskazując, że Patriot są systemem obronnym i w razie zagrożenia dopuszczalnym również przez umowy z Lozanny i z Paryża. Jak wynika z tego lakonicznego opisu irańskie zarzewie wznieca różne pozornie przygasłe konflikty w całym tym jakże wrażliwym i niebezpiecznym rejonie. Dla mnie osobiście jednak jest zauważalna i nieoczekiwana zmiana narracji dotycząca samego Iranu i rządów ajatollahów.

Obserwując od lat greckie media nie miałem złudzeń, gdy chodzi o ich często lewacki i antyamerykański przekaz. Wiadomo przecież, że podobnie jak w innych krajach zachodnich, media konserwatywne były i dalej są w odwrocie i z trudem przebijają się przez lewacki bełkot. Muszę jednak przyznać, iż mile rozczarowałem się. Przede wszystkim miałem okazję usłyszeć co najmniej kilkanaście wywiadów z Irańczykami mieszkającymi od kilku lub kilkunastu lat w Grecji. I były to głównie młode kobiety, których pełne pasji wypowiedzi potęgowały ich jasny, zdecydowany przekaz.

W tych wywiadach nie było żadnych prób złagodzenia osądu władzy ajatollahów. Perskie dziewczyny opowiadały o swoich traumatycznych przeżyciach, o strachu, który im ciągle towarzyszył, czy to w szkole czy na zwykłym spacerze, o represjach stosowanych przez irańską policję moralności (Gasht-e-Ershad) i strażników rewolucji, zakazie jazdy na rowerach przez kobiety, zakazie pływania dla kobiet, torturach i karze śmierci, itd. Odważne, piękne dziewczyny miały też tę samą odpowiedź na pytanie o ich stosunek do wojny, do USA i do Izraela. Odpowiadały, że dla irańskiego ludu ta wojna to ich jedyna nadzieja, jedyny ratunek. Że od dawna czekali na pomoc zewnętrzną, zwłaszcza że po ostatnich demonstracjach sprzed dwóch miesięcy stracili wiarę w możliwość obalenia tego morderczego reżimu własnymi siłami.

Młodzi Irańczycy, których od najmłodszych lat szkolnych trenowano w nienawiści, każąc im deptać flagę izraelską i amerykańską i krzyczeć: „śmierć Ameryce, śmierć Izraelowi”, od tych wpajanych im przez lata wrogów oczekują interwencji i pomocy.

Śmierć ajatollaha Chameneiego to dla nich sprawiedliwa kara, jaka dosięgła tę ludobójczą władzę. Wspomniane wywiady młodych Irańczyków były pokazywane w różnych kanałach TV, od uchodzących za poważne, informacyjne do lifestylowych. I rzeczywiście mam wrażenie, że nastąpił może nie przełom jeszcze, ale wyraźne osłabienie liberalno-lewicowej retoryki.

Wstrząsający był w jednym z największych kanałów SKAI TV wywiad z irańską modelką Farnoush Hamidian, top model firmy Dolce Gabbana, znaną z okładki periodyku mody Vogue. Udziela się w kampaniach antyreżimowych oczywiście poza granicami kraju, do którego nie może powrócić. Opowiedziała swoją historię, że została zgwałcona zbiorowo przez ludzi służących reżimowi i jak sama mówi, jest to częsta praktyka stosowana przez funkcjonariuszy reżimu wobec zatrzymywanych dziewcząt i kobiet podczas demonstracji, czy choćby zwykłej kontroli ulicznej. Farnoush Hamidian próbowano porwać wciągając ją na siłę do ambasady irańskiej w Kanadzie, na szczęście udało jej się przy pomocy innych osób wydostać z tej ulicznej łapanki. Często ma ochronę przy sobie obawiając się o życie.

Podobny przekaz Irańczyków mieszkających w Grecji miałem okazję usłyszeć od kilku osób przebywających w Polsce, m.in. od Sahar (Saharity), czy znanego blogera, mówiącego zresztą bardzo dobrze po polsku, który przyjął polskie imię Michał. Są to te same opowieści niewzbudzające żadnej wątpliwości, co do charakteru tego islamskiego reżimu w Iranie. Radość – co nie wszyscy zdaje się rozumieją – z interwencji amerykańsko-izraelskiej. Satysfakcja ze zgładzenia głównego ajatollaha Chameneiego.

W tym kontekście zaskakuje, czy wręcz kontrastuje, zarówno w sensie etycznym jak i logicznym, akcja Grzegorza Brauna udającego się do ambasady irańskiej w Warszawie, by wpisać się do księgi kondolencyjnej. Uchodzący za katolickiego ultrasa – o to miano zresztą sam się ubiega – ten niewątpliwie inteligentny i utalentowany reżyser wykonuje gest, który wychodzi poza jego dotychczasowe reality show.

Grzegorz Braun w swoim antysemickim i jednocześnie antyamerykańskim wrzeniu uznał za zasadne urządzić pokaz wdzięczności i żałosnej kreacji braku jakiejkolwiek politycznej wizji oraz zwykłego, ludzkiego taktu. Czy następna będzie ambasada Korei Północnej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *