Znakomita wrocławska polonistka, śp. Maria Hernas powiedziała kiedyś na nieformalnym spotkaniu nauczycieli: „Szkoły należałoby zamknąć, a na drzwiach nalepić kartkę z trupią czaszką”. To były jeszcze czasy PRL. Starsi czytelnicy pamiętają komunistyczną indoktrynację na lekcjach, rygorystyczne wychowanie w duchu sowieckich dogmatów i zakaz wygłaszania wyniesionych z domu przekonań o istnieniu Boga. Dzieci musiały deklamować wiersze na akademiach ku czci rewolucji październikowej i maszerować w pochodach pierwszomajowych. Nikt nie myślał wtedy o takich luksusach jak prawa ucznia. Uczeń był posłuszny nauczycielowi, nauczyciel dyrektorowi, dyrektor kuratorowi, a kurator ministrowi oświaty. Jednym słowem – zamordyzm.
W tych zamordystycznych placówkach nauczyciele przekazywali nakazaną odgórnie wiedzę, a uczniowie uczyli się na pamięć całych rozdziałów zakłamanej historii i czytali lektury: „Timur i jego drużyna” Arkadija Gajdara, „Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego” Władysława Broniewskiego, „O człowieku, który się kulom nie kłaniał” Janiny Broniewskiej i „Barwy walki” Mieczysława Moczara (Jan Nowak-Jeziorański twierdził, że faktycznym autorem książki był płk Eugeniusz Bednarczyk, według Edwarda Gierka jest to dzieło Wojciecha Żukrowskiego). Trzeba jednak oddać sprawiedliwość ówczesnym ministrom oświaty – obowiązkowymi lekturami były również: „Pan Tadeusz”, „Grażyna” „Krzyżacy”, „Ludzie bezdomni”, „Placówka”, a nawet „Stara baśń”. Oczywiście lektury omawiano według ustalonego wzorca, na przykład, że Maria Konopnicka była zwolenniczką socjalizmu, bo wierszami i nowelami o krzywdzie prostego ludu wzywała do walki klas.
Mimo tego typu nadużyć interpretacyjnych dzieci nie straciły zdolności do samodzielnego myślenia, a absolwenci szkół znali literaturę i historię, mówili poprawną polszczyzną i trwali w wierze ojców. W dziele ocalenia dusz młodego pokolenia najważniejszą rolę odegrały tradycyjne rodziny wspierane przez Kościół.

Po upadku komunizmu nastała wolność. Nauczyciele mogli nareszcie decydować, czego chcą uczyć i jakimi metodami prowadzić lekcje. Uczniowie dowiedzieli się, że przysługują im rozliczne prawa, a rodzice otrzymali przywilej uczestniczenia w procesie nauczania i wychowania.
Dziś szkoły wyglądają olśniewająco: w klasach nowoczesny sprzęt multimedialny, białe tablice, komputery, korytarze jasne, przestronne, sale gimnastyczne wyposażone we wszystkie potrzebne przyrządy. Oprócz tego stołówki, automaty z napojami, sklepiki spożywcze – wszystko, czego dusza pragnie. Czy jednak tego „dusza pragnie”?
Jak wygląda szkolna rzeczywistość? Jak nauczyciele korzystają z wywalczonej z takim trudem wolności? Co ich uskrzydla? Czy mogą po prostu uczyć, rozmawiać z dziećmi, przekazywać im prawdę o świecie, rozwijać wrażliwość na piękno, dobro? Czy mają czas, aby doskonalić się w uczeniu innych, czy mogą rozwijać swoje pasje, uczestniczyć w kulturze, czytać książki, chodzić na koncerty? Teoretycznie tak, nie ma żadnych formalnych przeszkód, tylko że… Niestety rzeczywistość nie jest tak różowa.
Wypowiedzi nauczycieli nie pozostawiają najmniejszych złudzeń.
Ewa (30 lat pracy):
Lubię uczyć i wydaje mi się, że umiem to robić. Zaczynałam jeszcze przed reformą w publicznej ośmioklasowej szkole. Pracowałam z bardzo trudną młodzieżą. Uczyłam dzieci objęte nadzorem kuratorskim, zdarzały się ciąże nieletnich, nałogi, przemoc. Byłam bardzo młoda i bywało, że bałam się wejść do klasy. Mimo to udało mi się nawiązać dobre relacje z grupą dzieci szczególnie pokrzywdzonych, z rodzin patologicznych, rozbitych, z problemem alkoholu. Te dzieci nie usłyszały w domu dobrego słowa, potrzebowały wsparcia i zachowywały się zupełnie dobrze, kiedy widziały, że mi na nich zależy.
Po jakimś czasie nabrałam większej pewności siebie. Dyrektorka wysłała mnie na szkolenia do najlepszych metodyków we Wrocławiu, do Anny Stodolnej, Izy Matejak i niestety nieżyjącej już Beaty Nastał. To one pokazały mi, jak ważne w nauczaniu i wychowaniu są wartości. Cenne były też wypracowane na spotkaniach zasady oceniania kształtującego, czyli zawierającego informację zwrotną dla ucznia i skłaniającego go do refleksji nad własnymi postępami.
Po wprowadzeniu gimnazjów musiałam zmienić miejsce pracy, szczęśliwie trafiłam do szkoły katolickiej. Różnice były kolosalne. Przede wszystkim nauczyciele, dyrektor i rodzice zgadzali się, że najważniejsze jest przekazywanie uczniom właściwych norm etycznych. Oczywiście obowiązywał nas program wychowawczy, jak w szkołach publicznych, ale myśmy skonstruowali ten program na fundamencie Dekalogu. Zasady były jasne i, choć zdarzały się problemy, rozwiązywaliśmy je do końca, bez zamiatania pod dywan.
Potem była kolejna reforma i musiałam odejść z gimnazjum. Teraz pracuję w dużej szkole i czuję się coraz bardziej obciążona, ale nie prowadzeniem lekcji, tylko tworzeniem papierów. Oprócz rozkładu materiału piszę szczegółowe sprawozdania z działalności wychowawczej, profilaktycznej, notatki z rozmów z rodzicami i uczniami, karty pracy, plan zajęć rozwijających zainteresowania i uzdolnienia, zajmuję się też dokumentami dotyczącymi pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Piszę obszerne elaboraty uzasadniające konieczność przebadania dziecka w poradni. Jeśli uczeń wymaga tzw. dostosowania, to na podstawie opinii z poradni muszę wspólnie z zespołem nauczycieli napisać dla niego specjalny program. Jeśli uczeń ma orzeczenie, to wszyscy, którzy go uczą, tworzą IPET, czyli Indywidualny Program Edukacyjno-Terapeutyczny.
Ten program dotyczy dzieci z różnymi dysfunkcjami, takimi jak ADHD, autyzm, zespół Aspergera, niepełnosprawność intelektualna, niedostosowanie społeczne i inne. Nikogo nie interesuje to, że nie mam przygotowania do pracy z takimi dziećmi, nie jestem psychologiem ani terapeutą. Muszę zintegrować dziecko z resztą klasy i zadbać o jego komfort. Kiedyś zajmowały się tym szkoły specjalne zatrudniające fachowców, dlaczego teraz nie mogą? Analizuję więc nadesłane opinie i orzeczenia. Niestety nie mogę ich wypożyczyć ani skserować, bo obowiązuje RODO. Spędzam więc mnóstwo czasu w sekretariacie i wynotowuję zalecenia poradni, potem przekazuję je wszystkim nauczycielom uczącym w tej klasie. Ci piszą swoje plany działania dla każdego dziecka, na przykład, że podzielą mu materiał na mniejsze części, dadzą mu więcej czasu na pisanie sprawdzianu (skąd wziąć ten czas?), na lekcji będą do niego podchodzić i upewniać się, czy wszystko rozumie.

Wychowawca zbiera wszystkie pomysły, opracowuje je, a po zakończeniu semestru spotyka się z nauczycielami i rodzicami, aby podsumować pracę. Na podstawie zebranych wniosków i analiz pisze sprawozdanie podsumowujące. Wszystkie dokumenty muszą być zamieszczone w Librusie. Oczywiście program pisze się również dla uczniów zdolnych, jest to tzw. IPN. Na nieszczęście coraz więcej dzieci ma stwierdzone jakieś dysfunkcje, to epidemia! Jeśli w każdej klasie jest kilkoro takich dzieci, to ile programów musi napisać nauczyciel uczący po jednej godzinie tygodniowo w dziewiętnastu klasach?
Te dokumenty mają nam niby pomóc w pracy, a praktyka wygląda tak, że na co dzień nikt do nich nie zagląda. Nie ma czasu ani takiej potrzeby, nauczyciel widzi, kiedy dziecku trzeba pomóc i reaguje na sytuację. Inna rzecz, że nie może pomóc wszystkim potrzebującym na jednej lekcji, nie może też zająć się uczniami zdolnymi, no bo kiedy? Ja to robię, ale w swoim prywatnym czasie.
Co jeszcze? Procedury. Muszę napisać plan działania na wypadek wszystkich możliwych wykroczeń ucznia: na przykład procedura na wypadek wniesienia do szkoły niebezpiecznego narzędzia, narkotyków, palenia papierosów, picia alkoholu, agresywnego zachowania wobec kolegów lub nauczycieli. Jeśli nie ma procedury na jakiś niestandardowy wybryk, to się ją tworzy.
Do tego wszystkiego dochodzi korespondencja z rodzicami. Jestem dosłownie zalewana e-mailami, ciągle odpowiadam na pytania, pretensje, zarzuty. Kiedyś, tuż po odnotowaniu w dzienniku spóźnienia ucznia, otrzymałam e-mail: „Dlaczego pani wpisała mojemu synowi spóźnienie?” Odpowiedziałam: „Wpisałam mu spóźnienie, ponieważ się spóźnił”. Kolejny e-mail: „Skoro tak stawia pani sprawę, to nie mamy o czym rozmawiać”. Czemu ma służyć taka wymiana zdań?
Ta pisanina zajmuje mi około dziesięciu godzin tygodniowo, a pod koniec semestru jeszcze więcej. Zwykle przeznaczam na nią weekendy, nie mam więc czasu dla rodziny, o sobie nawet nie myślę. Marnuję czas na papiery, zamiast pracować z uczniami, uczyć ich, pomagać im w rozwiązywaniu problemów. A problemów jest bardzo dużo.
Rodzice chcieliby zapewnić dzieciom jak najlepszy start w życiu, więc organizują im mnóstwo dodatkowych zajęć. Szczególnie inwestują w korepetycje. Dziecko, które ma korepetytorów do kilku przedmiotów, niewiele pracuje na lekcjach. A rodzice chcą, żeby miało same piątki i szóstki i otrzymało na koniec roku świadectwo z wyróżnieniem. Wywierają więc na nauczycieli presję, niemal wymuszają podwyższenie oceny. To jakaś patologia! Jestem za zlikwidowaniem świadectw „z paskiem”.
Szkoła wymaga naprawy i nauczyciele powinni żądać przywrócenia w szkole normalności. Dlaczego nie protestujemy? Jesteśmy podzieleni, słabi, nie ufamy sobie nawzajem. Brakuje nam solidarności.
Kasia (22 lata pracy):
W czasie studiów nie myślałam o pracy w szkole, ale po historii nie ma za wiele możliwości: albo archiwum, albo szkoła. Ponieważ potrzebuję kontaktów z ludźmi i bardzo lubię dzieci, wybrałam szkołę. Kiedy zaczynałam, musiałam się nauczyć uczyć. Studia mnie do tego nie przygotowały. Teraz czuję się pewnie, ale na początku uważałam, że nie dam sobie rady, nie jestem gotowa. Kiedyś problemy były inne – dzieci nie mówiły o swoich dysfunkcjach, nie chciały zwracać na siebie uwagi, teraz jest to bardzo modne, nastąpił wysyp rozmaitych zaburzeń psychicznych, mnóstwo dzieci ma opinie z poradni, a rodzice uważają, że to my mamy rozwiązywać problemy ich pociech. W domach się tego nie robi, więc dzieci czują się zagubione. A jak się mają czuć, kiedy żyją w rozbitych rodzinach i nikt nie spędza z nimi czasu? Domownicy mieszkają razem, ale w odosobnieniu, w niektórych domach nie ma nawet stołu, więc nie ma wspólnych posiłków. Taka rodzina nie spełnia swojej funkcji. Zamiast rodziny dzieci dostają sprzęt elektroniczny.
Dawniej ludzie byli biedni, dziś mają pieniądze, ale są biedni duchowo. Dawniej w domach świętowano Boże Narodzenie i Wielkanoc, dziś spędza się święta w kurortach. Jeśli w życiu rodziny nie ma Boga, świat dziecka pustoszeje i tę pustkę wypełnia się gadżetami. Dzieci nie wchodzą w relacje z kolegami, żyją w świecie wirtualnym i są do tego stopnia osamotnione, że kiedy zachorują, nie mają kogo poprosić o dostarczenie materiału z lekcji.
Kiedyś pomagały sobie w nauce, spotykały się, miały przyjaciół. Dziś to jest niemożliwe. Po lekcjach dzieci jeżdżą na dodatkowe zajęcia, tańce, języki, gry na instrumentach, korepetycje. Po co? Bo rodzice mają takie ambicje. A gdzie czas na zabawę, odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi? Dawniej ludzie potrzebowali kontaktu z drugim człowiekiem, rodzice przychodzili do szkoły na zebrania, byli szczerze zainteresowani postępami dzieci, pytali o rady – dziś przychodzi garstka, nie ufają wychowawcy. Mają dostęp do dziennika elektronicznego i to im wystarcza. Jeśli słyszą o złym zachowaniu dziecka, nie wierzą. Zawsze winien jest ktoś inny. Zamiast wysłuchać, żądają dowodów: czy są świadkowie, że to moje dziecko zbroiło? A czy kamera zarejestrowała incydent? Jeśli nie, dziecko jest niewinne, a pani kłamie. Niektórzy przychodzą z prawnikami, którzy mają udowodnić, że nauczyciel naruszył prawo. Nie liczy się rozwiązanie problemu, tylko pokazanie wychowawcy, kto jest górą. Bez dobrej współpracy z rodzicami nie da się wychowywać dziecka.
Niepokoję się zapowiedziami zmian w nauczaniu historii. Do tej pory miałam w czwartej klasie ciekawy cykl o wielkich Polakach. Dzieci dowiadywały się o Janie Pawle II, o rotmistrzu Pileckim, o żołnierzach wyklętych – to były wzory patriotyzmu i odwagi, dzieci były zainteresowane naszymi bohaterami. Ten rozdział ma zniknąć z programu, dzieci nie muszą znać swoich przodków, mają być odcięci od własnych korzeni.
W podręcznikach jest coraz mniej treści, a coraz więcej obrazków, a przecież młodzież musi czytać, żeby się rozwijać, tymczasem jest zewsząd atakowana obrazkami, grami, filmikami w telefonach. Robię, co mogę, żeby wypełnić luki w programie, wprowadzam zagadnienia nadobowiązkowe, żeby do uczniów docierał uporządkowany przekaz o naszej przeszłości, a nie zbiór przypadkowych informacji przypominający internetowe newsy.
Co na to nauczyciele? Są przerażeni chaotycznym działaniem ministerstwa, brakiem jasnego przekazu, przytłaczającą biurokracją. Wydawnictwa nie wiedzą, jakie mają być zmiany w programie, a przecież muszą opracować nowe podręczniki. Kiedy to zrobią? Tak źle jeszcze nie było. Szkoda, że politycy, zamiast wziąć się do pracy, zajmują się sobą.
Tuż po wyborach zwolennicy PO nie kryli satysfakcji, teraz jakoś przycichli. Powinniśmy sprzeciwić się niszczeniu edukacji, ale nie jesteśmy zdolni do jakiegokolwiek protestu. Różnice ideologiczne tak nas podzieliły, że nie wiemy, kto wróg, a kto przyjaciel. Widzimy zło, a słyszymy, że to jest dobro. Jak w tym wszystkim ocalić najmłodszych?
Dorota (26 lat pracy)
Jestem szkolnym pedagogiem. Na początku lat dwutysięcznych moja praca była zupełnie inna niż teraz. Moim zadaniem było poznać środowisko domowe każdego dziecka, zwłaszcza jeśli miało kłopoty w szkole, opuszczało lekcje lub wchodziło w konflikty z kolegami. Jeśli rodzice nie stawiali się w szkole na wezwanie, trzeba było odwiedzić dom. Najczęściej przyczyną problemów była sytuacja w rodzinie: bieda, alkoholizm, bezrobocie. We współpracy z wychowawcą i pracownikiem socjalnym organizowałam w szkole akcje charytatywne, tzn. zbiórki żywności dla najuboższych. W razie stwierdzenia patologii w rodzinie zajmowałam się ustalaniem rodziny zastępczej albo nawet skierowaniem ucznia do domu dziecka.
Pomagałam też dzieciom w nauce na zajęciach korekcyjno-kompensacyjnych, prowadziłam akcje przeciwdziałające uzależnieniom: konkursy, pokazy, filmy, spotkania z policjantami. Do zadań profilaktycznych angażowałam uczniów – wtedy traktowali problem z pełnym przekonaniem. W starszych klasach pomagałam uczniom w wyborze szkoły ponadpodstawowej.
Miałam poczucie, że to co robię, jest ważne i potrzebne. Uczyłam dzieci odpowiedzialności, one wiedziały, że jeśli zrobią coś złego, muszą ponieść konsekwencje i nikt tego nie kwestionował. Podejście uczniów do nauki było zupełnie inne niż obecnie. Widziałam, że wielu zależało na wynikach, były ambitne, jeśli sobie z czymś nie radziły, szukały rozwiązań, pomocy. Teraz odpowiedzialność za zachowanie ucznia spada na nauczyciela. To on jest rozliczany z wyników egzaminów. Źle wypadli, bo pani nie umie uczyć.
Wielu uczniów przynosi z poradni opinie, które mają usprawiedliwiać zaniedbywanie nauki. W ogóle uczenie się stało się „obciachem”, kto się uczy, jest kujonem i wszyscy się z niego śmieją. Z drugiej strony, chcą się dostać do najlepszych szkół, więc rodzice wysyłają dzieci na korepetycje. To nic, że w szkole organizuje się zajęcia dodatkowe z różnych przedmiotów; nie trzeba za nie płacić, więc nie warto z nich korzystać.
Dlaczego zdobywanie wiedzy jest tak źle widziane? Przyczyn należałoby szukać w środowisku domowym. Dzieci nie mają w domu żadnych obowiązków, mają wszystko, choć to „wszystko” nie jest im potrzebne. Nie muszą teraz odrabiać lekcji, więc spędzają wiele godzin ze smartfonem. Są atakowane przez nadmiar bodźców, przez to się nie wysypiają, stają się rozdrażnione, nie potrafią skupić uwagi na lekcjach, hałasują, przeszkadzają innym. Kiedyś w szkole obowiązywała dyscyplina, uczeń okazywał nauczycielowi szacunek. Dziś nauczyciel stara się przypodobać dziecku, nie może urazić jego uczuć, musi być przyjazny, łagodny i cierpliwy. Jeśli upomina dziecko, to nie znaczy, że ono posłucha – niestety nauczyciel nie może nic więcej zrobić. Im więcej praw ma dziecko, tym mniej ma do powiedzenia nauczyciel. Przeważnie ponosi odpowiedzialność za każde niepowodzenie dziecka i każdy wybryk. Jeśli dojdzie do konfliktu i rodzic poinformuje o tym kuratorium, nauczyciel musi udowodnić, że postąpił zgodnie z procedurami.
W szkole obowiązują procedury postępowania na każdą sytuację. Wszystko musi być szczegółowo opisane. Jeśli nauczyciel mówi, że coś zrobił, a tego nie zapisał, to znaczy, że tego nie zrobił, jest więc kłamcą. Kim jest nauczyciel, skoro każdy może podważyć jego wiarygodność? Rodzic może też zakwestionować każdą ocenę, a nawet metody nauczania, może pouczać, straszyć. Wszystko po to, żeby dziecko czuło się w szkole „fajnie”, bezproblemowo, żeby było mu wesoło. Czy naprawdę w ten sposób przygotujemy młode pokolenie do dorosłego życia? Kto w przyszłości zapewni mu „fajność” i bezproblemowość? Nie łudźmy się: jeśli nie zaczniemy mądrze wychowywać dzieci, wyrosną na nieodpowiedzialnych, zdezorientowanych i bezradnych ludzi.
Małgorzata (40 lat pracy)
Zaczynałam pracę jeszcze w PRL. To był niełatwy czas dla nauczycieli historii, dla uczniów też – program przeładowany, mnóstwo treści do przyswojenia, a wszystko przesiąknięte obowiązkową ideologią komunistyczną. Jednak materiał był uporządkowany i spójny, podkreślano rolę pierwszych Piastów, szczególnie na Ziemiach Zachodnich, wiele mówiło się o dynastiach królewskich. Młodzi Polacy mieli się czuć się dumni z dokonań przodków i w tym duchu kształtować swoją tożsamość narodową. Dodatkową funkcję edukacyjną pełniła telewizja. W tych przaśnych i siermiężnych czasach w teatrze telewizji mogłam obejrzeć adaptacje sztuk Szekspira.

Po upadku komuny i reformie edukacji materiał okrojono katastrofalnie. Kierunek zmian był właściwy: można już było mówić o bohaterach wygnanych z polskiej szkoły, nauczyciel mógł wprowadzać zakazane wcześniej informacje, uczyć wybranymi przez siebie metodami. To było potrzebne, ale reformę przeprowadzono zbyt pospiesznie. Potem każda nowa władza reformowała szkołę po swojemu. I tak było: od wyborów do wyborów, od reformy do reformy, coraz mniej materiału, coraz więcej zamętu, szybko, po łebkach.
Obecna władza znów miesza w podstawach programowych. Minister chce wyrzucić polskich bohaterów i wprowadzić europejskie idee. Powinniśmy zatracić polskość i cieszyć się, że chcą nas przyjąć w Europie? Mamy nie mówić o historii Polski? Najgorsze, że nikt nie wie, czego mamy uczyć, nie ma żadnych konsultacji, żadnych dyskusji. Wydawcy nie wiedzą, według jakiego programu redagować podręczniki. A może napisać dwie wersje programu? Ten bałagan obejmuje wszystkie przedmioty. Zamiast wiedzy o społeczeństwie, ma być edukacja obywatelska i to już od szóstej klasy. Dziecko ma się orientować, co się dzieje na świecie. To są trudne tematy dla siódmoklasisty, a szóstoklasista sobie poradzi? Pamiętamy sześcioklasowe szkoły, w których nie było biologii, tylko przyroda. Po likwidacji gimnazjów w podstawówkach przywrócono biologię, teraz znów słyszymy, że ma wrócić przyroda. Po co wprowadzać taki zamęt?
Szkoła ma być łatwa, lekka i przyjemna, więc trzeba wprowadzać różne atrakcje, na przykład tydzień projektowy. Przez tydzień nie będzie lekcji, bo będziemy „tropić” zwierzęta. A gdzie nauka, wysiłek? Mówi się o konieczności podniesienia poziomu nauczania, ale jak to zrobić, skoro poprzeczka leży na ziemi?
Osobnym wyzwaniem dla nauczyciela są dzieci cudzoziemców. Jak dotrzeć do dziecka, które nie rozumie ani słowa po polsku i nie chce się uczyć naszego języka? W niektórych klasach pięćdziesiąt procent uczniów pochodzi z Ukrainy i oni stanowczo odmawiają integracji z resztą klasy. Izolują się, mają swoje kluby, w których spotykają się popołudniami. Manifestują niechęć do Polski i Polaków, mówią, że walczą za Polskę, więc powinniśmy im być wdzięczni. To jest bardzo niepokojące zjawisko.
W szkole potrzebny jest spokój i ciągłość ustalonego programu. Nie można wciąż eksperymentować. Wszyscy to widzą, nawet elektorat Koalicji Obywatelskiej. Ale do protestów przeciw poczynaniom ministerstwa na pewno nie dojdzie. Młodzi nauczyciele odchodzą z zawodu, zostają nieliczni i emeryci. Trudno być optymistą.
Od redakcji:
Pani Małgorzata Skrobot jest zasłużoną działaczką „Solidarności”, nauczycielką historii, wiedzy o społeczeństwie i języka hiszpańskiego. Jest też inicjatorką i koordynatorką międzyszkolnego konkursu historycznego „Od Solidarności do III Rzeczpospolitej”. Cel konkursu to zainteresowanie uczniów najnowszą historią Polski. To bardzo ważne – ten okres dziejów jest omawiany w szkołach dość pobieżnie, choć świadkowie ostatnich wydarzeń mogliby dostarczyć na ten temat bogatej wiedzy. Tę lukę wypełnia konkurs. Biorą w nim udział uczniowie szkół podstawowych i średnich Wrocławia i Dolnego Śląska. Współorganizatorem konkursu jest Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk, merytoryczny patronat sprawuje Instytut Pamięci Narodowej. Również dolnośląski kurator objął patronatem to cenne przedsięwzięcie.
XXIII wydanie konkursu pod hasłem „Solidarność w służbie prawdy” wymagało od uczestników wiedzy o „Solidarności Walczącej”, której zasługi w demaskowaniu komunistycznych zbrodni i kłamstw są nieocenione. Finał tej edycji był bardzo uroczysty – zaproszono przedstawicieli władz miasta, IPN, NSZZ „Solidarność” i kuratorium. Honorowymi gośćmi byli działacze podziemnych struktur „Solidarności Walczącej”: Marta Morawiecka, Maria Morawiecka, Helena Lazarowicz, Hanna Łukowska-Karniej, Artur Adamski, Paweł Aszkiełowicz i Edward Wóltański.
Konkurs historyczny zasługuje na szczególne uznanie. Angażuje uczestników do poznawania nie tylko podręcznikowej wiedzy, ale do szukania świadków najnowszej historii, do wsłuchania się w ich opowieść o marzeniu o wolnej Polsce i walce, w której bronią były tylko słowa prawdy w drukowanych nielegalnie ulotkach.