Polacy i Niemcy o zbrodniach medycyny Trzeciej Rzeszy
Warunkiem porozumienia jest wspólny system wartości. I on stanowi o sukcesie naszego kolokwium – powiedział prof. Witold Kulesza, dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
W dniach 21-22 maja 2004 w sali rozpraw A nowoczesnego gmachu Sądu Najwyższego RP mówiono o zbrodniach i ofiarach medycyny, tym razem jednak w trybie pozaprocesowym. Pod patronatem prezydenta m. st. Warszawy Lecha Kaczyńskiego i prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Leona Kieresa grono historyków, lekarzy oraz prokuratorów z Niemiec i Polski analizowało przyczyny, zakres i skutki tej cywilizacyjnej katastrofy, jaką był udział niemieckich lekarzy w nazistowskim ludobójstwie.
Spośród licznych przedsięwzięć naukowych podejmowanych pod auspicjami IPN, na konferencję „Zbrodnie medycyny XX wieku. Zaprzeczanie – wyjaśnianie – nauczanie” warto zwrócić szczególną uwagę. Nie tylko dlatego, że jak powiedział na powitanie dr Friedrich Leidinger, przewodniczący Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego, „niemieccy uczestnicy spotkania wystąpili niejako w podwójnej roli: współorganizatorów konferencji, ale i współodpowiedzialnych za zbrodnie wojenne, dla których badania, ścigania oraz upamiętnienia IPN został przecież powołany”.

Zbyt płytka denazyfikacja
Już w czasach PRL kto chciał, wiedział – choć tej wiedzy nie upowszechniano oficjalnie – że sowiecka strefa okupacyjna, a później NRD stanowiła bezpieczne schronienie dla zasłużonych funkcjonariuszy Trzeciej Rzeszy. Na tym tle pozytywnie miała się odróżniać republika federalna, zdenazyfikowana i demokratyczna… A jak było w rzeczywistości?
Za probierz może tu posłużyć stosunek do różnych kategorii ofiar nazizmu w samych Niemczech. O ile prześladowani z powodów rasowych, religijnych czy politycznych otrzymali w RFN odszkodowania od państwa, to przewlekle chore, często psychicznie upośledzone lub niepełnosprawne umysłowo ofiary eugeniki (czyli regulacji podyktowanych chęcią utrzymania czystości rasy!) dożywały swych dni w odosobnieniu zatłoczonych i odhumanizowanych psychiatrycznych zakładów zamkniętych.
Z powodu zbyt płytkiej denazyfikacji, jeszcze w latach 60. instytucjami opieki psychiatrycznej kierowały nadal osoby obciążone własną przeszłością sprzed roku 1945. Członkami komisji ds. odszkodowań dla ofiar nazizmu bywały te same osoby, które kiedyś prowadziły zbrodnicze eksperymenty. A społeczeństwo niemieckie, po przeżytym szoku z lat powojennych, chętnie wyparło ze swej świadomości zbrodnie niemieckiej medycyny. Dopiero memoriał „Wojna przeciwko chorym psychicznie – holokaust w psychiatrii”, autorstwa Klausa Dörnera, Christiane Haerlin i Arndta Schwendy’ego, z 1 września 1979, przywrócił tę problematykę na forum publiczne.
Inicjatywa z Gütersloh
Ogólnoniemiecka Grupa Robocza ds. Badania Historii tzw. Eutanazji i Przymusowej Sterylizacji, która skupia psychiatrów, historyków, w tym historyków medycyny, pedagogów, specjalistów w zakresie nauk społecznych, teologów i duchownych – zawiązała się jesienią 1983, po międzyśrodowiskowym spotkaniu w klinice psychiatrycznej Gütersloh. Pracom tego nieformalnego i pozbawionego struktury hierarchicznej ciała, które regularnie od ponad 20 lat spotyka się dwa razy do roku, przewodniczy prof. Dörner, jeden z inicjatorów spotkania w Gütersloh.
Zaczęto od wspierania psychiatrów niemieckich, już raczej z pokolenia wnuków niż synów, w próbach dotarcia do mrocznej przeszłości ich macierzystych placówek. Współpraca z wybitnymi uczonymi, Związkiem Osób Pokrzywdzonych przez tzw. Eutanazję i Przymusową Sterylizację oraz Centralnym Urzędem ds. Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu umożliwiła członkom grupy istotny wpływ na publiczną debatę o psychiatrii, eugenice, przymusowej sterylizacji oraz tzw. eutanazji z czasów nazizmu. Nie byłoby przecież ustawy Bundestagu z 1987 roku o czysto symbolicznej zresztą rehabilitacji nielicznych ocalałych, lecz przemilczanych ofiar zbrodni medycznych, gdyby nie działania Grupy Roboczej.
Gorszym wystarczy jałmużna?
– Status ofiar tych zbrodni pozostaje niski, nadal traktuje się ich gorzej niż inne ofiary reżymu narodowosocjalistycznego. A walka o uznanie ich praw bywa utożsamiana z „szykanowaniem” eksnazistów. Być może sprzyja temu fakt, że na przykład ustawę o zapobieganiu chorobom dziedzicznym, a w istocie o przymusowej sterylizacji osób chorych i upośledzonych – triumf zwolenników tzw. higieny rasowej – Amerykanie jedynie zawiesili – mówiła w Warszawie Uta George.
Jej zdaniem, większość z 400 tys. osób poddanych sterylizacji wyłączono z kategorii ofiar prześladowań na tle rasowym, a tym samym pozbawiono jakichkolwiek świadczeń odszkodowawczych. Wyjątek uczyniono tylko dla osób wysterylizowanych bez wymaganej przez ustawę procedury. A przecież przymusowe ubezpłodnienie nie tylko pozbawia szans na potomstwo, lecz pozostawia głębokie urazy psychiczne. Prof. Dörner dał przykład jednej ze swych pacjentek, również poddanej wówczas sterylizacji, która na propozycję wystąpienia o odszkodowanie odrzekła: „Mnie się to nie należy, bo jestem gorsza”.
Czy symboliczną jałmużnę – bo kwotę 60 euro na osobę przyznaną w końcu zapomnianym ofiarom nazistowskiej medycyny trudno nazwać odszkodowaniem – można uznać za finalne załatwienie sprawy? Członkowie Grupy Roboczej myślą inaczej, dlatego zainicjowali akcję pocztówkową jako swoistą formę nacisku na polityków.
Eutanazja to eufemizm!
Medycyna w Trzeciej Rzeszy podjęła się „eliminacji osób zbędnych”, stając się w ten sposób częścią machiny zbrodni. Jak mogło do tego dojść, że niemieccy lekarze, zamiast pomagać wszystkim chorym i potrzebującym, zamiast ich leczyć, lub przynajmniej – zgodnie z zaleceniem Hipokratesa – nie szkodzić, zaczęli różnicować pacjentów według kryterium przydatności społecznej? I nie idzie tu wyłącznie o pseudomedyczne eksperymenty, jakim oddawał się na przykład osławiony dr Mengele, lecz o znacznie szerszy nurt działań, w których brało udział około 350 lekarzy, podejmując zadania stawiane przez ówczesne władze państwowe.
Pomysły „odciążenia” społeczeństwa nękanego światowym kryzysem gospodarczym pojawiły się już za czasów Republiki Weimarskiej. Psychiatra Alfred Hoche i prawnik Karl Binding, w pracy wydanej w 1922, wprowadzili kategorię „istot niegodnych życia” (dzieci z wadami wrodzonymi, starcy itp.) i rozpoczęli dyskusję na temat dopuszczalności ich „unicestwiania”, sugerując, iż śmierć może być wyzwoleniem dla tych osób oraz ulgą dla społeczeństwa. Przedefiniowali też „eutanazję”. Dotąd było to „ułatwianie śmierci osobie dotkniętej cierpieniem na jej życzenie”. Natomiast Binding i Hoche określili tym mianem „niszczenie istot niegodnych życia”, czyli eliminację ludzi chorych lub nieproduktywnych. Nieznaczna z pozoru zmiana terminologiczna umożliwiła wyłom w normie „nie zabijaj”. Droga do ludobójstwa stanęła otworem.
Casus dziecka Knauer
Wkrótce po dojściu Hitlera do władzy przyjęto regulacje dla zachowania tzw. czystości rasy aryjskiej. Przymusowa sterylizacja potomstwa osób chorych miała (od lipca 1933) zapobiegać schorzeniom dziedzicznym. Natomiast w czerwcu 1935 usankcjonowano prawnie usuwanie ciąży „ze względów eugenicznych”. Nie podjęto jednak praktyk ludobójczych, gdyż państwowa komisja ds. prawa karnego uznała, że „nakazana prawnie «zagłada niewartościowego życia poczętego» nie wchodzi w grę”!
W lutym 1939 roku w Pomssen koło Lipska w rodzinie Kretschmarów urodził mocno upośledzony chłopiec. Gerhard Herbert, dwojga imion, był niewidomy, pozbawiony przedramienia, ze zdeformowaną stopą. Gdy prof. Werner Catel, pediatra z Dziecięcej Kliniki Uniwersyteckiej w Lipsku, orzekł, iż nie ma szans na poprawę stanu dziecka, ojciec niemowlęcia zwrócił się do kanclerza Hitlera z prośbą o „łaskę śmierci”. Z wiadomością o „wyrażeniu zgody” przybył do Pomssen dr Karl Brandt, osobisty lekarz Führera. W kilka dni później prof. Catel „uśpił” dziecko. Według rejestrów kościelnych gminy Pomssen, zmarły 25 lipca 1939 na „niedowład serca” chłopiec został w trzy dni później pochowany na miejscowym cmentarzu.
Idąc tropem reporterskiej książki Philipa Aziza (1975), prof. Udo Benzenhöfer ustalił, że właśnie ten przypadek – znany wcześniej z zeznań Karla Brandta i Hansa Hefelmana jako „casus dziecka Knauer” – dał impuls do planowania tzw. eutanazji dzieci.
Kamuflaż semantyczny
Istotną rolę w przygotowaniach do metodycznego mordowania dziedzicznie obciążonych i chorych psychicznie dzieci – a wkrótce potem i dorosłych – odegrała prywatna Kancelaria Führera, którą kierował Phillipp Bouhler. To jego i Brandta upoważnił Hitler, aby „w sprawach przypominających casus dziecka Knauer postępowali analogicznie”. Brandt zlecił Hefelmanowi, przez którego przechodziły kierowane do Hitlera listy z prośbami o łaskę, powołanie „gremium doradczego ds. eutanazji dzieci”. Dla lepszego kamuflażu utworzono bardzo niemiecką z nazwy „Komisję Rzeszy ds. Naukowego Zbadania Ciężkiego Cierpienia Uwarunkowanego Dziedzicznie lub Predyspozycyjnie”.
Latem 1939 roku (różni badacze podają różne daty) w Kancelarii Rzeszy odbyła się poufna konferencja poświęcona przygotowaniom do realizacji programu tzw. eutanazji. W istocie szło przecież o planową zagładę osób nieuleczalnie i psychicznie chorych z terenów Trzeciej Rzeszy. Przynajmniej na razie. Względy „praktyczne”, czyli ograniczenie wydatków państwa na ludzi nieproduktywnych i zwiększenie zaplecza szpitalnego na potrzeby wojny wydają się tu nie mniej decydujące niż deklarowana chęć „utrzymania czystości rasy”.
Zjazd po równi pochyłej
Potem sprawy potoczyły się już szybko. Dekret MSW z 18 sierpnia 1939 nakazywał zgłaszanie niepełnosprawnych dzieci do „Komisji Rzeszy ds. Cierpienia…”. Natomiast tzw. Akcję T4, czyli rozpoczęcie zagłady dorosłych chorych umożliwił tajny dekret Hitlera z drugiej połowy września lub października 1939, antydatowany wszakże na dzień napaści na Polskę.
Pierwsze masowe mordy pacjentów szpitali psychiatrycznych miały miejsce w okupowanej Polsce i na terenach świeżo włączonych do Rzeszy już we wrześniu. Między 10 a 17 września liczący 30 osób oddział Selbstschutzu (lokalnej formacji paramilitarnej) rozstrzelał ok. 1000 chorych z zakładu psychiatrycznego w Świeciu (Schwetz), w okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie. Bezpośrednio po zakończeniu kampanii wrześniowej oddział szturmowy dowodzony przez Kurta Einmanna dokonał w pobliżu Piaśnicy eksterminacji ok. 1200 Niemców, pacjentów różnych pomorskich szpitali psychiatrycznych.
Prokurator Agata Gut, z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, mówiła podczas konferencji o skrywanym i do dziś nieukaranym ludobójstwie pacjentów szpitali psychiatrycznych w latach 1939-1945. „Program eutanazji” w Kraju Warty (Warthegau) kosztował wtedy życie 60 tys. chorych, natomiast na Pomorzu uśmiercono aż 70 tys. osób.
Zdradzono Hipokratesa
Mordowanie metodą przemysłową (przez gazowanie) rozpoczęto w listopadzie 1939 w bunkrze Fortu VII w Poznaniu. W pierwszej stacjonarnej komorze gazowej użyto wtedy tlenku węgla. Również samochody gazowe pojawiły się po raz pierwszy w Kraju Warty. W tym samym czasie „opróżniano” też zakłady psychiatryczne na terenach okupowanej Polski. Różnica – którą zaakcentował prof. Dörner – polegała na tym, że niemieckich pacjentów poddawano selekcji, zachowując przy życiu osoby zdolne do pracy lub rokujące wyleczenie. Podczas gdy w Polsce nazistowscy „eutanaści” mordowali nie tylko wszystkich pacjentów, ale i opiekujący się nimi personel medyczny.
Ofiarami nazistowskiego ludobójstwa – które od roku 1942 zbiurokratyzowało się, umasowiło i spod kontroli lekarzy-morderców przeszło w ręce technokratów od zabijania, oprócz chorych i upośledzonych – stali się również ludzie o cechach przywódczych, polska inteligencja, dzieci deportowanych robotnic przymusowych, Żydzi, Cyganie.
Medycyna a sumienie
– Kodeks Norymberski z 1947 jest imponujący, fundamentalny, ale niewygodny dla współczesnej debaty o biomedycynie, dlatego właśnie jest taki ważny. Natomiast przyjęta w Oviedo i późniejsza o pół wieku Konwencja o Bioetyce przyznaje medycynie ogromne uprawnienia, otwierając furtkę dla eugeniki, która teraz nosi miano inżynierii genetycznej – mówił dr Michael Wunder.
W Holandii staruszkowie boją się iść do szpitala! Trudno im się dziwić. Co piąty zgon jest tam skutkiem procedur eutanazyjnych. Do wyboru: eutanazja bierna, czynna lub samobójstwo w asyście lekarza! Ale coraz popularniejsza – przynajmniej wśród eutanastów – staje się tzw. sedacja terminalna (15 tys. przypadków rocznie). Może dlatego, że „nie trzeba nic nikomu mówić, bo to część codziennej praktyki medycznej”. Wystarczy przez 2-3 dni podawać pacjentowi zwiększone dawki środków nasennych i przestać go odżywiać…
Przecież właśnie tak wyglądała trzecia faza Akcji T4. Niemieccy uczestnicy konferencji nazywali ją nawet „codziennym (powszednim) zabijaniem”.
w czerwcu 2014