ANETA

Nowela

Była dziewczyną drobną i delikatną, z cienkimi, drucianymi okularkami na nosie. Miała pociągłą twarz i bezgraniczny smutek w ciemnych oczach.

Od kilku dni krążyła po obozie, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Inne dziewczyny bawiły się, chodziły na plażę, smażyły ciała jak na patelni i wyglądały jak czerwone raki, a wieczorami goniły na tańce, Aneta nie. Blada, z podkrążonymi oczami, siedziała na ławce, skurczona i zamyślona, jakby dręczyła ją jakaś ciężka choroba duszy.

Nie była okazem urody, ale miała w sobie dużo wdzięku, pewną łagodność charakteru, wewnętrzne ciepło i nieśmiałe usposobienie.

Wybierała się na samotne, długie spacery przez las w stronę rzeki, gdzie stał domek inżyniera Gwarca, do którego przyjechał właśnie gość z Ameryki, student psychologii, Kris Andie, z Kalifornii. Natychmiast znalazł porozumienie z uczestnikami letniego obozu studentów i licealistów, zaraził ich gwałtownym, huraganowym śmiechem, ogromnym poczuciem humoru i licznymi dowcipami. Okazał się żywiołem radości i pełni życia. Wniósł tyle entuzjazmu i słonecznej brawury, że wkrótce stał się centralnym ośrodkiem wydarzeń w obozie. Nie mogła się bez niego obejść żadna impreza, nie było udanego towarzyskiego spotkania, wieczornych ogni nad brzegiem morza ani nocnych śpiewów przy butelce wina. Grał na gitarze, śpiewał, tańczył, ballady na poczekaniu układał i szybko się uczył polskiego. Na dodatek wyglądał jak aktor filmowy, przystojny, wysportowany, z ciemnym wąsikiem, bystrym spojrzeniem i nieco ironicznym wyrazem twarzy.

Anety jednak nie porwał. Patrzyła na niego wielkimi, zdumionymi oczami, lecz nie poddawała się fali euforii, kryjąc się w cieniu lasu i wśród milczących przedmiotów. Nie uczestniczyła w prowokowanych przez niego grach towarzyskich. Nie brała udziału w wieczorkach zapoznawczych. Stawała w drzwiach i niemym wzrokiem ogarniała bawiące się pary, od czasu do czasu rzucając nieśmiałe spojrzenie na Krisa, który naturalnie tego spojrzenia nie zauważał, brylując wśród dorodnych panien.

Któregoś dnia usiadła przed domkiem inżyniera Gwarca i nieruchomo wpatrywała się w szumiący strumyk. Był wieczór, ogromne gwiazdy powoli wspinały się na szczyt nieba, wiał przyjemny, ciepły wiaterek, a Aneta siedziała z podkurczonymi nogami i monotonnie uderzała palcem o deskę przydrożnej ławki. Wydawała się całkowicie pochłonięta swoimi myślami.

Inżynier Gwarc patrzył przez okno i śledził zmieniającą się twarz dziewczyny. Chwilami zdawało mu się, że rozmawia sama ze sobą. Tłumaczyła coś sobie, opowiadała po cichu jakieś zdarzenia, w których brała udział, nie zgadzała się z czymś, poruszając wolno ustami i kręciła głową. Potem wstawała, patrzyła w niebo, uśmiechała się blado, lękliwie, jakby dostrzegała jakiejś widmo w gęstwinie gwiazd i kryła się w cieniu drzew.

Coraz częściej ją tutaj inżynier widywał, a gdy wychodził na taras, by się z nią przywitać, cofała się, kurczyła, jakby się chciała skryć przed światem.

Inżynier Gwarc był mężczyzną w średnim wieku, minęła czterdziestka, ale dobrze się trzymał, wysoki, zadbany, z mocnymi bicepsami i długimi nogami. Twarz zbyt mięsista, nalana alkoholem, ale za to sympatyczna, plebejska, żywa.

Inżynier Gwarc stronił od ludzi, miał za sobą dwa nieudane małżeństwa i nabawił się kompleksu. Sądził, że już nigdy nie uda mu się w życiu zdobyć prawdziwej miłości. Nieufnie przyglądał się nowo poznanym kobietom, chwilami był wobec nich arogancki, brutalny, a nawet okrutny. Gdy poczuł, że znowu pada ofiarą podstępnej gry, czy perfidnej manipulacji, stawał się zgryźliwy, szyderczy i agresywny. Nieraz widziano go, jak z wściekłą miną wyrzucał ze swojego domu nowo poznaną atrakcyjną kobietę, żmijowatym głosem sycząc:

– Wynoś się, zdziro! Ty ścierwo!

Burczał na progu domu i pluł z pogardą pod nogi.

Potem zamykał drzwi i długo nie pokazywał się ludziom na oczy. A gdy wyszedł ze swojej samotni, wyglądał strasznie, dziko, zarośnięty. Kiedy wyłaniał się z ciemności, wyglądał jak upiór.

Ale któregoś dnia zmienił się nie do poznania.

Sąsiedzi kiwali z niewiarą głowami i wołali:

– Panie Tadziu, w świetnym humorze pan dzisiaj.

A pan Tadzio podśpiewywał sobie, gładził wąsa, unosił brew i tajemniczo się uśmiechał. Tak się dziwnie złożyło, że akurat te wszystkie jego przemiany na czas obozu studenckiego przypadły. A dokładniej mówiąc na czas, kiedy Aneta swoje wędrówki ku rzece odbywała i zawsze obok jego domku przysiadywała.

Nie wiadomo dlaczego wtedy to właśnie do lustra zaglądał, perfumami się oblewał, nową koszulę nakładał i chodząc po pokoju, cichutko, pod nosem podśpiewywał.

A gdy dziewczyna, jak co dzień (bo już niemal co dnia się tutaj zjawiała i to w różnych porach) siadała na ławce, inżynier Gwarc, Bóg jeden wie z jakiego powodu, prostował się, oblizywał się nagle, wargi zagryzał i długo wpatrywał się w drobne, delikatne piersi Anety. Potem śledził rysy jej twarzy.

Dziewczyna już drugi tydzień zatrzymywała się przed jego domem. Coraz częściej zdawało mu się, że zerka w jego okno. Obchodziła domek wąskimi ścieżkami dokoła, rzucając ukradkowe spojrzenia zza długich, ciemnych rzęs.

Kiedy na chwilę wpadał Kris, dziewczyna gwałtownie odskakiwała i kryła się w lesie, uciekając pospiesznie, jakby ducha zobaczyła. Potem ostrożnie wyłaniała się spośród drzew jak nimfa, w krótkiej spódniczce i cienkiej, ciemnej bluzce, spod której widać było dwa drobne wzniesienia i rzucała ukradkowe, niepewne spojrzenia spoza grubego pnia dębu na taras domku inżyniera Gwarca.

Nadchodził wieczór. Inżynier Gwarc zapalał światło i widziała, jak się pochyla nad nocną lampka, przeglądając jakieś papiery. Potem gasił światło, a ona zobaczyła wielki cień na ścianie, jak w pośpiechu narzuca na siebie bluzkę, później gwałtownie otworzyły się drzwi i długi cień skoczył w stronę drogi. Zastygła. Poczuła jak wali jej serce. Obok niej zaszemrały gałęzie, zaszeleściły liście i zapadła bolesna, trwożliwa cisza. Poczuła, jak drży. Z bocznej ściany padł długi, płaski klin światła. Podsunęła się w stronę domku i zobaczyła, jak inżynier Gwarc się czesze przed lustrem, a potem szczotkuje głowę. Stała wrośnięta w ziemię, nie mogąc zrobić kroku.

I taką zobaczył ją pan Tadeusz. Podszedł do okna, przetarł dłonią szkło i przykleił twarz do szyby. Była sparaliżowana, pobladła i strasznie nieszczęśliwa. Inżynier uśmiechnął się do niej i poczuł jak jego serce oblewa nieznane od lat ciepło. Nie wiadomo dlaczego drgnęła mu grdyka i z kłopotem przełknął ślinę. Uniósł ramię, jakby mówiąc, poczekaj, zaraz wyjdę. Po jego twarzy rozlał się uśmiech zadowolenia. Kiwnął głową i chwycił klamkę. Gdy wyszedł, skoczyła jak sarna, znikając w ciemnościach. Długo stał, wpatrując się w mrok. Potem nabrał haust świeżego powietrza i głęboko odetchnął.

Następnego dnia rano obóz się zwinął. Autobus zatrzymał się na skrzyżowaniu dróg. Inżynier Gwarc stał obok Krisa i szukał oczami drobnej, kruchej dziewczyny. Przesuwał wzrok z okna do okna, aż natrafił na jej zastygłe, smutne oczy.

Autobus ruszył, dziewczyny machały rękami, krzyczały, głośno pozdrawiały Krisa. Tylko drobna, krucha panienka siedziała nieruchomo, niemo patrząc gdzieś w przestrzeń.

Inżynier nie spuszczał z niej wzroku.

Gdy autobus ich mijał, Aneta nagle się odwróciła i z zakłopotaniem w oczach kiwnęła drobnym, chudym ramieniem, a z jej twarzy oderwał się delikatny, nieśmiały uśmiech i uniósł się w powietrze, jakby był motylem.

Inżynier drgnął. Wydało mu się, że spojrzenie dziewczyny idzie gdzieś obok niego. A obok niego stał właśnie Kris.

www.stanislawsrokowski.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *