Słoń a sprawa polska. Rekapitulacja

Dawno nie czytałem niczego z takim zadowoleniem i ciekawością, a także z poznawczą satysfakcją jak najnowszą książkę Ryszarda Legutki. Licząca 450 stron i wydana przez Frondę Rekapitulacja to rodzaj intelektualnej biografii uczonego z Krakowa: anglisty, filozofa, wykładowcy akademickiego, tłumacza i komentatora Platona, wreszcie polityka i europarlamentarzysty o znaczącym wkładzie w próby przeciwstawienia się uwiedzeniu łacińskiej Europy przez Marksa, Coudenhove-Kalergiego oraz Spinellego.

Rodzinne korzenie na Kresach RP. Dzieciństwo w PRL. Osiedle Oficerskie na krańcach przedwojennego Krakowa. Podglądanie taborów cygańskich. Dbałość matki o wychowanie. Znaczenie religii. Edukacja szkolna, koledzy i nauczyciele. Mnogość lektur. Później anglistyka i teatr studencki. Studia filozoficzne. Kadra profesorska w Broscianum. Ewolucja zainteresowań naukowych. Bezdebitowa Arka. Decyzja o wstąpieniu w Rzecz Polityczną. Zmagania w Brukseli.

Autor Rekapitulacji, jeden z niestety nielicznych dziś intelektualistów w prawdziwym sensie tego terminu, w pracy napisanej precyzyjnym, ale zrozumiałym językiem poddaje refleksji te wybrane aspekty, fazy czy dziedziny swego życia, które współkształtowały jego osobowość, przyjęte wzorce zachowania, sposób postrzegania siebie w świecie oraz odnoszenia się do innych. Ale też uczyły rozróżniania dobra i zła, czyli kreowały osobistą aksjologię, wreszcie podpowiadały wybór drogi życiowej; drogi związanej z poznawaniem świata we wszelkich jego istotnych wymiarach i przejawach.

Co ważne, opis tego unikatowego przecież procesu rozpoznawanego przez Ryszarda Legutkę z coraz większą wnikliwością już od przeszło siedmiu dekad, znajduje wyraz w języku nader tradycyjnym, bez cienia żargonu środowisk IBL-owsko-PAN-owskich, jak i świadomie stroniącym od modnych idiolektów poprawnościowych narzucanych po roku 1989 naukowej kadrze uniwersyteckiej w naszym kraju. Uczony z urodzenia krakowski, ale z kresowymi korzeniami rezultaty swego namysłu nad światem oraz własnym życiem wyczerpująco przedstawił w języku właściwym konserwatyście, nie obawiając się bynajmniej wyrażeń, które nadają całości posmak lekko niedzisiejszy, co stanowi dodatkowy – oprócz poznawczego – walor jego książki.

Bibljoteka Wiktorja, nauczanie religii i kulturowi katolicy

Uwagi przenikliwego umysłu sąsiadują w Rekapitulacji z narracją czysto wspomnieniową, budzącą żywe emocje odbiorcy (sądzę, że nie tylko moje!), ale zdecydowanie niesentymentalną. Ot, choćby systematyczne obcowanie z książkami, bardzo różnymi w różnych fazach czytelniczego wtajemniczenia. Najwcześniej z książkami kupowanymi przez matkę, a zwłaszcza tymi pochodzącymi z prywatnej wypożyczalni o tradycjach jeszcze przedwojennych. Urok starych woluminów: ich swoisty zapach i wręcz zmysłowy kontakt z tomami w oprawach introligatorskich z owalną pieczęcią Bibljoteka Wiktorja. Ale także precyzyjna samoobserwacja, badanie związków między typem lektur a lepszym pojmowaniem tego, co nas otacza. Odkrywanie, że nasze nawet najbardziej prywatne przeżycia mogą znajdować potwierdzenie w dziełach wybitnych pisarzy światowych. Śledzenie nieoczywistych, często lekceważonych dziś zależności między doborem lektur i krystalizacją pełniejszego obrazu świata a rozwojem wewnętrznym, duchowym, pozwalającym osiągać nie tylko lepsze rozumienie, tego co zewnętrzne, ale też odkrywać w sobie samym kolejne stadia zarówno poznawczej, jak i osobniczej samoorganizacji.

Współcześnie, w czasach nieskrywanej wrogości demoliberalnych areopagów zwłaszcza wobec Kościoła katolickiego, duchowieństwa i tych jego wiernych, którzy swoich przekonań moralnych związanych z ochroną życia nie chcą ograniczyć do przysłowiowej kruchty czy rozmów przy kolacji; w dobie otwartego już dyskryminowania ludzi wiary przez ewidentnie wrogą, jednostronnie tendencyjną wykładnię obowiązującego prawa, przez coraz częstsze szykany administracyjne (słynne już opiłowywanie katolików), przez penalizację publicznego różańca przy klinikach, gdzie zabija się nienarodzone dzieci, wreszcie przez postępującą bezkarność bojówkarzy napadających na pikiety lub wystawy antyaborcyjne – dość niezwykle, wręcz kontrrewolucyjnie brzmią tezy Legutki o trudnej do przecenienia roli nauczania religii (czy to prowadzonego w szkole, czy w salach przykościelnych) dla kształtowania dojrzałych postaw moralnych oraz cywilizowanych zachowań młodych ludzi w niełatwych przecież czasach rządów Władysława Gomułki.

Przez 35 lat demoliberalnego przyzwolenia w stylu róbta, co chceta dopracowaliśmy się jako państwowość nominalnie demokratyczna i suwerenna behawioru, wizażu i wolapiku, które słabo kojarzą się ze stereotypem Polaka-katolika. Ludzie czerscy chętnie powiedzą, że to wynik moralnej degrengolady Kościoła katolickiego w Polsce. I nie ma co się im dziwić. Przecież nie uderzą się w piersi, przyznając ze skruchą, że to społeczne rezultaty transformacji oraz wszechpotężnej propagandy permisywizmu uprawianej po roku 1989. Oni oczekują raczej skruchy od wszystkich wierzących. Tym bardziej cenny wydaje się głos ważnego intelektualisty, który wskazuje na chrześcijaństwo jako istotny rdzeń polskiej tożsamości i podkreśla wychowawcze znaczenie wzrastania w wierze, nawet wtedy gdy indyferentyzm religijny w późniejszym życiu uczyni z kogoś jedynie kulturowego followersa prawd i zasad głoszonych przez Chrystusa.

Milerka i Mroczkowski

Pisząc o przeczytanych książkach i przemożnej chęci poznawania świata, Legutko nie zapomina o swoich mentorach. Pierwszą z trojga wspominanych przez niego osób jest polonistka i wychowawczyni z wyższych klas szkoły podstawowej, poufale zwana przez uczniów Milerką, zresztą bez żadnej chęci dokuczenia czy okazania braku szacunku. Przeciwnie, to dość typowo szkolne urobienie przezwy od nazwiska. Szczupła, samotna, energiczna w ruchach kobieta niedługo przed emeryturą, preferująca stroje w tonacji brązowej, o kształtnych łydkach, których miały zazdrościć jej koleżanki z klasy autora. I ta właśnie Milerka potrafiła zaszczepić w uczniach niezbędny szacunek do arcydzielnych dokonań wybitnych twórców, bo uczyła metodą gombrowiczowskiego Bladaczki: że wieszcz Mickiewicz, że Pan Tadeusz, że Szopen, bo jego muzyka jest nie tylko piękna, lecz także wzniosła i szlachetna. Uczniowie lubili Milerkę – wspomina Legutko – a gdy już przestała uczyć i prowadziła szkolną bibliotekę, dawni wychowankowie odwiedzali ją w Dniu Nauczyciela… Jeszcze przez wiele lat, dopóki na Rakowicach nie przekopano jej grobu, autor na Wszystkich Świętych szedł tam i zapalał światełko.

Drugi portret osoby, która niewątpliwie wywarła wpływ na rozwój intelektualny Legutki oraz postrzeganie przez niego roli uniwersytetu, portret znacznie obszerniejszy, będący też opowieścią o krakowskiej anglistyce i jej przemianach w czasach najnowszych, to wręcz studium postaci anglisty i tłumacza Przemysława Mroczkowskiego. Profesor Mroczkowski odrodził zamknięty w czasach stalinowskich wydział anglistyki UJ i przez wiele lat twardą ręką tą placówką, później już pod nazwą Instytut Filologii Angielskiej, kierował. To szczególnie ciekawe partie Rekapitulacji, bo obecny dojrzały Ryszard Legutko, zresztą nader krytyczny wobec siebie jako niesfornego studenta z dawnych lat, kreśli wnikliwy i rozbudowany konterfekt Mroczkowskiego, dostrzegając w nim prawdziwego uczonego o szerokich horyzontach, świetnego wykładowcę i dydaktyka, jednak zaskakująco kiepsko władającego piórem. Do mnie ta ocena trafia, gdyż Mroczkowskiego znam jedynie z lektury Historii literatury angielskiej, pozycji kompetentnej, lecz mało atrakcyjnej w odbiorze.

Legutko przywołuje także swoją fascynację Anglią oraz wyspiarskim konceptem dżentelmena. Nie bez znaczenia dla tych młodzieńczych zachwytów pozostawała zapewne i terytorialna rozległość słynnego brytyjskiego imperium, którą jeszcze w połowie minionego stulecia z pewną zazdrością odkrywał na starych mapach. I wcale nie ukrywa, że od zawsze przedkładał literaturę czy kulturę brytyjską nad francuską, bo stereotyp Francuza go mierził, podczas gdy poznany dzięki słynnej powieści Julesa Verne’a – taki paradoks! – klimat elitarnych klubów londyńskich stanowił dla niego ogromną atrakcję. I w tym odnajduję spore podobieństwo do swoich młodzieńczych wyborów kulturowych. Ale także powody różnych późniejszych rozczarowań, o których wnikliwie i ze swadą pisze Legutko, długoletni przecież pracownik naukowo-dydaktyczny krakowskiej uczelni, mającej coraz mniej wspólnego (o ile cokolwiek) z ideą uniwersytetu w rozumieniu kardynała Johna Henry’ego Newmana. Anglikanina, który nawrócił się na katolicyzm (1847), został kardynałem (1879), świętym (2019), a 1 listopada 2025 papież Leon XIV ogłosił go Doktorem Kościoła katolickiego.

Cromwell w Londynie, Jan Szewczyk pod Żaczkiem

Ciekawe są uwagi Legutki o przyczynach, dla których przynajmniej częściowo zmienił on swe postrzeganie współczesnych Brytyjczyków. Fakt, że wbrew deklarowanemu wciąż przywiązaniu do wolności, zdumiewająco łatwo przyjmują oni okowy despotyzmu zrodzonego z lewicowego, a raczej wręcz lewackiego doktrynerstwa, autor osadza dość głęboko w dziejach, wiążąc to przede wszystkim z rewolucyjnym i krwawym (rola Cromwella!) likwidowaniem w Anglii katolicyzmu za Tudorów. Co – poza zerwaniem z Rzymem oraz zainstalowaniem w królestwie Kościoła narodowego, utworzonego tylko dlatego, że król Henryk VIII z uporem dążył do rozwodu – mogło skutkować swoistą dwutorowością rozwoju kulturowego, szczególnie widocznego, jak ocenia Legutko, w nieprzystawalności wyrafinowanej brytyjskiej literatury do tworzonej tam filozofii, skłonnej do uproszczeń i chętnie redukowanej do Praw Natury i to Natury ociosanej brzytwą Ockhama.

Oprócz refleksji nieoczywistych i poznawczo wyrafinowanych można znaleźć w Rekapitulacji fragmenty całkiem zwyczajne i zabawne, dotyczące życia studenckiego, w którym młody wówczas anglista brał nawet zaskakująco aktywny udział. Brydż, spotkania towarzyskie, wizyty w teatrach studenckich, z naciskiem na prowadzony przez Ryszarda Majora Teatr Pleonazmus. Wprawdzie Legutko wybrzydza na miałkość Szłości samojednej Kajzara, choć miał dobre powody osobiste, żeby chodzić na kolejne spektakle tego, zgoda, cokolwiek monotonnego widowiska. Mogę go jednak zapewnić, że wolałem już te perseweracje Kajzara od Publiczności zwymyślanej późniejszego noblisty Handkego, którą uparcie męczyła brać studencką ekipa Teatru ETAM pod wodzą Marka Żelechowskiego.

Stosunkowo obszerna partia książki o przypadkach z życia młodego studenta traktuje o Marcu’68, który w życiu pierwszoroczniaka na anglistyce musiał być czymś zaskakującym. Podzielam opinię autora, że tamte wydarzenia w Krakowie miały charakter chaotyczny i różniły się od niepozbawionej scenariusza akcji warszawskiej. Przynajmniej tak to wyglądało od strony studenckiej. Ale jeśli krakowscy studenci reagowali wtedy na oślep, raczej na wyczucie niż z premedytacją, to tej wcale nie zabrakło w działaniach komitetu krakowskiego PZPR, władz miasta i służb odpowiedzialnych za ład i porządek. Legutko sam pisze o mobilizacji części uczelnianej profesury, o sprawnym rozładowywaniu emocji społecznych przez Jana Szewczyka, doktora filozofii, niewdzięcznego ucznia profesora Romana Ingardena. Ów Szewczyk, którego zachowanie, wygląd czy retoryka wystąpień na wiecu pod Żaczkiem miały przypominać swojskiego Jamesa Deana, spełnił pokładane w nim nadzieje, sprawnie neutralizując buntownicze nastroje młodzieży studenckiej. Milicja Obywatelska przez kilka dni próbowała też, niezbyt zresztą skutecznie, ograniczyć krakowianom wstęp na Rynek Główny.

Dobra charakterystyka wystąpień Jana Szewczyka, który zaskakujące treści podawał w atrakcyjnej dla młodych formie, zwycięską strategię Ho Chi Minha okraszając wulgaryzmami, zderzona z przypomnieniem jego późniejszego artykułu z Gazety Krakowskiej, zapowiadającego pacyfikację uniwersyteckiej filozofii, to z pewnością wartość dodana do refleksji nad przebiegiem wydarzeń marcowych w Krakowie. Pomarcowe wyjazdy żydowskich kolegów Legutki z kraju również nie układają się według schematu martyrologicznego, przeciwnie, można tu mówić raczej o zróżnicowanej gamie motywów, uczuć, dramatyzmów albo i wręcz pożądań. Nieźle ujmuje to zresztą tytuł książki Krystyny Naszkowskiej: Wygnani do raju. Rzecz traktuje o VIP-ach pomarcowej emigracji do Szwecji i ukazała się (2017) w oficynie Agora, którą trudno byłoby oskarżyć o antysemityzm.

Kuderowicz w Broscianum i na plaży w Łebie

Ryszard Legutko od lat chłopięcych pozostawał pod urokiem Anglii, ale jednocześnie na skutek wczesnego kontaktu z Historią filozofii Władysława Tatarkiewicza, nurtowały go pytania podstawowe i zasadnicze: skąd się wziął świat, a w nim człowiek? Jak nadać sens własnemu życiu? Czym się zająć, by uniknąć poczucia daremności starań i zmarnowanego czasu? Ale od naiwnie prostych pytań o Byt, Istnienie, Prawdę, Dobro i Piękno do profesjonalnie uprawianej współczesnej refleksji filozoficznej wiedzie daleka i wcale nieprosta droga. Uczony z Krakowa zauważa w Rekapitulacji, że znakomita większość absolwentów studiów filozoficznych pozostających w tym zawodzie zajmuje się dydaktyką, pisaniem podręczników, rozpraw i rozprawek, przyczynków i artykułów, badaniami porównawczymi, wreszcie syntezami z zakresu historii filozofii, ale już problemów fundamentalnych, tych pierwszych ważnych pytań, które do filozofii ich przywiodły, wcale nie podejmuje.

Legutki to nie dziwi ani nie gorszy, sam bowiem przebył dość długą drogę, wiodącą od pokus cząstkowych wtajemniczeń jeszcze podczas studiów, a następnie, już w trakcie pracy naukowo-dydaktycznej w Instytucie Filozofii UJ, musiał uważać, by nie ulec syrenim śpiewom kolejnych filozoficznych mód, jakie z opóźnieniem zawinionym przez PRL docierały do naszych krajowych środowisk intelektualnych. Dla mnie bodaj najzabawniejsza, a jednocześnie pouczająca okazała się opowieść o zderzeniu z liberalizmem, który – w znacznej mierze za sprawą kuszącej a złudnej nazwy – uwiódł skutecznie całe rzesze polskich polityków, aktywistów, artystów i kogo tam jeszcze… O licznych aspirantach do miana intelektualisty nie wspominając. Ale przygody Ryszarda Legutki w supermarkecie z szyldem Filozofia Najświeższa, choćby ze względu na mnogość nazwisk, tytułów oraz pierwszorzędne kompetencje autora warto poznać z pierwszej ręki.

Późniejszy tłumacz i komentator Platona studia w Collegium Broscianum zaczął zapewne w roku 1971. Właśnie wtedy Instytut Filozofii przeniósł się z narożnej kamienicy przy Manifestu Lipcowego (dziś Piłsudskiego) do szacownego, ale zapuszczonego budynku przy ulicy Grodzkiej 52. Funkcję kierownika Zakładu Historii Filozofii IF UJ sprawował specjalizujący się w myśli niemieckiej historyk filozofii profesor Zbigniew Kuderowicz. Trzy lata później Kuderowicz został dyrektorem Instytutu Filozofii i to on właśnie zaoferował asystenturę Legutce, który świeżo obronił pracę magisterską o Schopenhauerze. W portrecie, jaki autor Rekapitulacji kreśli swojemu promotorowi, a następnie zwierzchnikowi, nie ma apologetyki. Dominuje za to szacunek dla naukowej rzetelności i staranności badawczej.

Legutko przywołuje opinię koleżanki ze studiów, która orzekła, że „lubi wykłady Kuderowicza, bo są nudne”. Nie szło jej jednak o krytykę treści, lecz o niezbyt atrakcyjny sposób ich przekazywania: tekst podawany monotonnym głosem, z notatek, na siedząco. Ale – to już moje własne dopowiedzenie – zawartość tych wykładów była naprawdę dopracowana, tekst właściwie gotowy do druku, łącznie z własnymi tłumaczeniami aforyzmów czy sentencji. Jak choćby rymowanka: Człowiek to jest to, co je; człowiek to jest to, co zje, która miała oddawać myśl Feuerbacha: Man ist was man isst. Z notatek robionych podczas wykładów Kuderowicza można się było naprawdę dobrze przygotować do egzaminu.

Ciekawe, że Ryszard Legutko, uznając iż jego promotor i zwierzchnik zawsze wyglądał tak samo, przypisuje mu ciemnoszaro-siwe włosy. Zapewne w późniejszych latach może i tak, jednak z początkiem lat 70. spotkałem kiedyś profesora Kuderowicza na plaży w Łebie. Miał wtedy niewiele ponad czterdziestkę. Owszem, był niewysoki, dość mocnej budowy i smagły na całym ciele. Miał gładkie ciemne włosy, a na sobie wełniane, mocno lazurowe kąpielówki, o przedwojennym jeszcze sznycie. Zwróciłem na nie uwagę, bo ojciec miał też takie, ale granatowe. Plaża, mimo dobrej pogody, była pusta, porozmawialiśmy przez chwilę. Następna okazja do rozmowy z profesorem zdarzyła się na schodach w Broscianum, prawie rok później. Zaprosił mnie do gabinetu i zaproponował, żebym pisał u niego magisterium. Pech chciał, że poprzedniego dnia podczas sympozjum wyjazdowego w Zakopanem zaproponował mi to samo docent Stróżewski…

Słoń w polskiej polityce

Podczas innego sympozjum filozoficznego w Zwardoniu – w latach 70., mimo częstych narzekań na rządy Gierka, filozofowie byli jednak zdecydowanie mobilni – młody, brodaty marksista od Ładosza, niejaki Marek Zagajewski, broń Boże nie mylić z Adamem! – autorytatywnie orzekł, że Kapitał Marksa można by napisać od nowa, z całkowitym pominięciem kategorii „kapitał”. Wystarczyłoby tylko twierdzenia i argumentacje tej pracy sformułować w języku o stopień abstrakcji wyższym. Ambitny brodacz miał pecha, bo mówił tuż przed przerwą obiadową, po której do jego rewelacji nikt już wracać nie zamierzał.

Przypomniała mi się ta anegdota, gdy w roku 2008 czytałem pierwsze wydanie Eseju o duszy polskiej Legutki. Mimo z pewnością doniosłej oraz interesującej problematyki tekst krakowskiego filozofa ciężko mi się czytało. Szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego, doszedłem do wniosku, że analizując przyczyny tragicznych losów Polski autor nie przywołuje istotnej kategorii, która wykładnię naszych trudnych dziejów mogłaby znacznie ułatwić. Na szczęście, w Rekapitulacji Legutko tej ważnej kategorii już nie omija, chociaż z pewnością i nie nadużywa, obchodząc się z jej desygnatami nader delikatnie. Mówiąc wprost, można odnieść wrażenie, że nadal nie zauważa tego słonia w polskiej polityce.

Dość, chyba się jednak czepiam! Jak bowiem senator i europoseł Ryszard Legutko, od lat współpracujący z braćmi Kaczyńskimi, miałby obcesowo wskazywać na słonia, skoro od samego początku wyznacznikiem polityki Prawa i Sprawiedliwości jest względnie trwały deklaratywny patriotyzm, raz bardziej, raz mniej eksponowany manifestacyjny katolicyzm (niestety bez uczynków) oraz niewzruszony niczym opoka filoelephantyzm.

Ryszard Legutko, Rekapitulacja, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2025

10 stycznia 2026

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *