Prezydenckie przymiarki

Czy demokraci wybiorą radykalizm?

Gdyby wybory do Kongresu odbyły się teraz, republikanie by je raczej przegrali. Wtedy Donald Trump nie mógłby liczyć na uchwalane po jego myśli ustawy, na pewno zaczęłyby się – inicjowane przez demokratów – różne śledztwa, na pewno byłyby próby impeachmentu, słowem – miałby pod górkę.

Tak może być, ale za rok. Dopiero po tych wyborach (wszystkie miejsca w Izbie Reprezentantów, 1/3 w Senacie) rozpocznie się właściwy wyścig prezydencki, co nie zmienia faktu, że przymiarki już trwają. Po stronie demokratów pojawia się cała paleta przeróżnych „postępowców”, progresywistów, „demokratycznych socjalistów” i wszelkiej maści lewicowców. Dzisiaj wygląda na to, że z tego grona – radykalnej lewicy – wyłoni się kandydat Partii Demokratycznej.

Demokraci nie mają lidera

Strateg demokratów i autor zwycięskiej kampanii wyborczej Billa Clintona w 1992 roku James Carville twierdzi, że Partia Demokratyczna – w obliczu zbliżającego się kolejnego cyklu wyborczego – nie ma w tej chwili wyraźnego lidera. Ta sytuacja daje przewagę prezydentowi Trumpowi i republikanom, gdyż przeciwnicy cały czas spierają się o kierunek, w którym powinni podążać. Carville uważa, że demokraci działają bez polityka, który mógłby reprezentować partię lub wyznaczyć jednolity kurs. „Nikt nie reprezentuje partii – mówi. – Jedyną osobą, która może reprezentować partię jest kandydat na prezydenta, którego wybiorą członkowie partii głosujący w prawyborach”. Niedawny sondaż Politico wykazał, że 21% respondentów nie wie, kto rządzi partią, 16% wskazało Kamalę Harris, a 10% wskazało, że nikt nie rządzi.

Listopadowe wybory lokalne, w tym przede wszystkim wygrana na burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego, określającego się demokratycznym socjalistą, dały nadzieję Partii Demokratycznej na odbicie Kongresu i zdobycie prezydentury. Trudno jednak przewidzieć, czy partia po raz kolejny przyjmie skrajnie lewicowe postulaty i będzie miała kandydatów o takich poglądach. Porażka Kamali Harris jest tutaj przestrogą i rozsądek podpowiada, że kandydat reprezentujący centrum i umiarkowanie miałby większe szanse. Cały rok trwają już wewnętrzne spory po tym, jak była wiceprezydent przegrała. Demokraci od tamtej pory debatują nad tym, co poszło nie tak i jak przygotować się do wyborów uzupełniających w 2026 roku i wyborów prezydenckich w 2028.

Ostatnie wybory stanowe i lokalne przyniosły im niewielki wzrost morale, a w i tak demokratycznych bastionach, takich jak New Jersey, Wirginia, Kalifornia i Nowy Jork odnotowano dobre wyniki. Demokraci w tych wyborach koncentrowali swoje przesłanie na wysokich cenach żywności i kosztach utrzymania, wyraźnie jednak było widać, że ich strategie polityczne nie były spójne. Najczęściej wymieniani jako potencjalni kandydaci reprezentują właśnie skrajnie lewicowe skrzydło partii. Bo taki politykami są Kamala Harris, gubernator Kalifornii Gavin Newsom, kongreswoman Alexandria Ocasio-Cortez (AOC) czy były sekretarz transportu Pete Buttigieg.

Kamala na tak?

Była wiceprezydent Harris podjęła w ostatnich tygodniach szereg kroków, które demokraci postrzegają jako przygotowanie do kampanii wyborczej. Na początku roku unikała rozgłosu, lecz teraz ponownie pojawia się na ważnych wydarzeniach partyjnych i rozszerza swoją obecność w mediach. Harris i jej mąż, Doug Emhoff, uczestniczyli również w zimowym spotkaniu Krajowego Komitetu Demokratów (NDC) w Los Angeles, gdzie spotkali się z liderami partii na szczeblu krajowym i stanowym. Podczas przyjęcia przewodniczący NDC Ken Martin przedstawił Emhoffa jako byłego drugiego dżentelmena i zażartował, że według osób obecnych na sali może on zostać przyszłym pierwszym dżentelmenem.

Przemówienie Harris miało wyraźnie inny ton niż jej przekaz z kampanii wyborczej 2024 roku. Skrytykowała obie partie oraz – jak określiła – złą obecnie sytuację państwa. „Obie partie nie zdobyły zaufania opinii publicznej” – oznajmiła, dodając, że wielu wyborców uważa, iż ​​rząd nie jest w stanie zaspokoić ich potrzeb i są oni w stanie wymusić zmiany. Według mediów jej przemówienie wywołało entuzjazm zebranych, a wielu uczestników spotkania otwarcie zachęcało ją do kandydowania. Pytana, czy planuje ponownie kandydować, zawsze do tej pory mówiła: „Nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji w tej sprawie”. Jednakże od października sygnalizuje, że pozostawia sobie otwarte drzwi do ogłoszenia kandydatury, co byłoby jej trzecią próbą zapewnienia sobie Gabinetu Owalnego. „Jeszcze nie skończyłam” – zapewniła.

W Los Angeles przebywali również inni demokraci, których uważa się za potencjalnych kandydatów w wyborach, w tym wspomniany gubernator Newsom i gubernator Illinois JB Pritzker, choć żaden z nich nie zabrał głosu podczas całego posiedzenia DNC. Pritzker kilka dni temu podpisał ustawę zezwalającą w stanie Illinois na eutanazję. Dysponuje miliardami dolarów, co dałoby mu na starcie dużą przewagę. Newsom twierdzi, że rozważy ofertę startu po wyborach do Kongresu i „skłamałby”, gdyby powiedział, że nie myśli o kandydowaniu na prezydenta. Jego kadencja jako gubernatora kończy się w 2026 roku. Niedawne ogólnokrajowe sondaże plasują go wśród czołowych potencjalnych kandydatów demokratów, obok wiceprezydent Harris i byłego sekretarza Buttigiega. I chociaż gubernator nie rozpoczął formalnie kampanii, jego podróże, wystąpienia publiczne i wystąpienia w mediach ogólnokrajowych nieprzerwanie przyciągają uwagę.

Liczyć się może przedstawicielka młodszego pokolenia, radykalnie lewicowa Alexandria Ocasio-Cortez (demokratka z Nowego Jorku), która zapewnia, że „zmiażdży” wiceprezydenta J.D. Vance’a w hipotetycznym starciu prezydenckim.

Nikt nie wie ani nie jest w stanie przewidzieć, co może się wydarzyć za trzy lata, ale prawybory demokratów z udziałem Alexandrii (AOC), gubernatora Newsoma, gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro, Pete’a Buttigiega i senatora Cory’ego „Spartakusa” Bookera zapowiadają się ciekawie. Przy czym pewne jest jedno: nadal będziemy mieli do czynienia z Partią Demokratyczną z lewicowym radykalizmem na czele.

Dwóch faworytów

U republikanów sytuacja jest jaśniejsza. Od czasu powrotu Trumpa do Gabinetu Owalnego krążyły plotki, że może ubiegać się o trzecią kadencję, pomimo limitu dwóch kadencji, określonego w 22. poprawce do Konstytucji. Choć prezydent zdawał się przez parę miesięcy rozważać tę koncepcję, w październiku przyznał, że Konstytucja „całkiem jasno” stanowi, iż nie może ponownie kandydować. „To bardzo interesująca sprawa. Mam najlepsze wyniki wśród prezydentów od wielu lat – wyjaśnił. – To jest to całkiem jasne: nie wolno mi kandydować. Wielka szkoda”. Dodał: „Ale mamy wielu wspaniałych ludzi”. Miał przede wszystkim na myśli dwóch: wiceprezydenta J.D. Vance’a i sekretarza stanu Marco Rubio.

54-letni Rubio i 41-letni Vance są powszechnie postrzegani jako główni kandydaci Partii Republikańskiej. Rubio zdążył już powiedzieć, że nie będzie ubiegał się o prezydenturę, jeśli Vance weźmie udział w prawyborach. Świadczy to o wczesnej jedności wśród potencjalnych następców Trumpa. „Jeśli J.D. Vance wystartuje w wyborach prezydenckich będzie naszym kandydatem, ja będę jednym z pierwszych, którzy go poprą” – powiedział Rubio.

Vance cieszy się uznaniem wielu republikanów, którzy chcą, aby w 2028 roku poprowadził partię do zwycięstwa. „Mamy oczywiście J.D. – wiceprezydent jest świetny – powiedział Trump podczas październikowej podróży po Azji. – Marco jest świetny. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek wystartowałby przeciwko tej dwójce. Myślę, że gdyby utworzyli grupę byliby nie do zatrzymania”.

Tego też nie można wykluczać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *