O polską pamięć dla polskiego Wrocławia

Zapewne niewielu mieszkańców Wrocławia pamięta, czy w ogóle wie, że w roku 2025 minęła 550. rocznica powstania pierwszego druku w języku polskim i że powstał on właśnie w tym mieście. Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego, że niemal żadne tzw. oficjalne czynniki mające wpływ na naszą wiedzę o przeszłości nie uznały za stosowne faktu tego przypominać w szerszej skali. A dlaczego? – zapyta ktoś. A no, bo przypominanie polskiej historii, toczącej się przez stulecia w stolicy Dolnego Śląska, nie jest częścią narracji miejskiej. Ponadto wpisuje się prawdopodobnie w pewne szersze koncepcje propagowania historii służącej budowaniu nowej „niemiecko-europejskiej” tożsamości Dolnoślązaków, czyli przywracaniu tego regionu niemieckości. Pojęcie to jest nam znane z historii jako germanizacja.

Symbole

Ów pierwszy polski druk, dzięki któremu moglibyśmy w stosunku do Wrocławia używać określenia „ojczyzna polskiego słowa drukowanego” – co brzmi niewątpliwie dumnie – powstał w roku 1475 i, co warto dodać, nie był faktem przypadkowym, wykonanym na przykład na zlecenie Moguncji lub Ratyzbony. Powstał on bowiem jako wynik potrzeby duszpasterskiej wrocławskiej diecezji.

Statuty Synodalne Biskupów Wrocławskich. Biblioteka Cyfrowa Uniwersytetu Wrocławskiego.

Gwoli ścisłości, Dolny Śląsk mógłby zostać określony „macierzą polskiego języka pisanego”, bo to na tej ziemi w położonym na południowy zachód od Wrocławia klasztorze cystersów w Henrykowie w słynnej „księdze” zapisano tuż po roku 1268 pierwsze polskie zdanie. Warto też zauważyć, że obok słynnego „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai” odnotowano tam cały szereg miejscowych nazw i imion świadczących o słowiańskich czy też słowiańskopolskich mieszkańcach tamtego obszaru w XIII wieku. Owo zdanie ma swoje upamiętnienie na obelisku w Brukalicach, których dotyczy, co warto podkreślić, bo tego typu pamiątki niekiedy znikają bądź są zastępowane przez inne.

Okoliczności druku

A teraz wracając do zacnej 550. rocznicy. Owe polskie strofy wrocławskiego druku obejmowały trzy modlitwy: Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo i Skład Apostolski, a stanowiły część większej znacznie całości, którą były publikowane po łacinie Statuty Synodalne Biskupów Wrocławskich (Statuta synodalia episcoporum Wratislaviensium). Żeby było jasne, tytułowy synod odbył się w roku 1446, a więc rzeczony polski tekst w momencie druku liczył sobie niemal 40 lat. Dla sprawiedliwości warto nadmienić, że w publikacji są też modlitwy w języku niemieckim. Jedne i drugie stanowiły bowiem kanoniczne wersje modlitw, które miały być używane przez wiernych Diecezji Wrocławskiej.

Pomnik Księgi Henrykowskiej w Brukalicach koło Henrykowa.

Tu dochodzimy do samego drukarza, albowiem z jego powodu drukowaną wersję dokumentów synodalnych nazywa się potocznie Statutami Elyana. Tak bowiem brzmi nazwisko człowieka, który owe pierwsze polskie teksty opublikował. Kasper Elyan – ten zapis nazwiska jest najczęściej używany – urodził się w roku 1435 w Głogowie. Czy był Polakiem? Jako student w Lipsku zapisał się do nacji polskiej, aczkolwiek ta kategoria w tamtych czasach nie musiała być całkowicie wyjaśniająca kwestię narodowości. Niemniej jest to jakaś ważna wskazówka. Językiem polskim z pewnością posługiwał się, po pierwsze z powodu pochodzenia z obszaru granicznego polsko-śląskiego, po drugie – gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości – studiował też w Krakowie.

Kultura polska nie była tylko ludową

Poza tym, nacja nacją, a obszar obecnego Dolnego Śląska jak i jego stolicy był terenem co najmniej dwujęzycznym. Język polski był tu w powszechnym obiegu używany przez wszystkie stany. W tamtym czasie daleko mu było do mowy „Wasserpolacken”, do jakiej za pomocą metod typowo administracyjnych sprowadzili go Prusacy na przestrzeni XVIII i XIX wieku. Ten model germanizacji próbowali przenieść, tylko za pomocą jeszcze brutalniejszych metod, na obszar Wielkopolski.

Dąb Jana Stanki we wrocławskim Parku Szczytnickim. fotopolska.eu

W kontekście nauki, i to na najwyższym europejskim poziomie, może posłużyć przykład Jana Stanki, niemal rówieśnika Elyana, urodzonego we Wrocławiu w roku 1430, człowieka, który oprócz wielu sprawowanych funkcji był proboszczem wrocławskiej Kolegiaty św. Krzyża. To Jan Stanko był jednym z największych swego czasu przyrodoznawców, autorem m.in. „Antibolomenon”, wielkiej księgi sztuki medycznej i przyrodoznawstwa, w której znajduje się słownik z zapisanymi ok. 2000 polskich pojęć medyczno-przyrodniczych. Do dziś używamy wielu z nich. Wypowiadając słowo „szyszki”, nie zastanawiamy się nad tym, że to on jako pierwszy na piśmie odnotował fakt, że rosną one na sośnie (u niego „schiski”). Skandalem jest fakt, że jego praca, która stanowi jasny dowód naukowego poziomu języka polskiego tamtego czasu, do dziś całościowo nie została wydana, a wiedza o niej jest niszowa.

Pierwsza drukarnia

Do takiego Wrocławia – żyjącego co najmniej kilkoma kulturami, rządzonego przez eksportowaną z Korony Królestwa Polskiego do Czech dynastię Jagiellonów, będącego miastem utrzymującym żywe i niemal codzienne relacje z królewskim Krakowem – przybywa w roku 1470 Elyan i przywozi ze sobą wiadomości o nowym wynalazku, a także umiejętność posługiwania się nim, którą nabył w Kolonii. Druk, bo o nim mowa, już od trzydziestu lat rozprzestrzenia się w Europie. W Koronie i owym siostrzanym dla Wrocławia Krakowie też już był znany. Wrocławska drukarnia, którą Elyan założył, nie była ekscesem, ale świadczyła o tym, że rozumiano tu potrzebę podążania z duchem czasu.

Nasz dolnośląski drukarz pierwszą tutejszą oficynę założył za pieniądze Kapituły Katedralnej, której członkiem był też Jan Stanko. Spod jej pras wychodziły różne pozycje związane z potrzebami Kościoła, oczywiście co do istoty po łacinie. Jednak dla nas istotne jest te kilka kart zadrukowanych po polsku, o których obecne władze miasta zdecydowanie pamiętać nie chcą.

Dla historycznej ścisłości trzeba odnotować, że Elyan w roku 1482 wyjechał do Rzymu, a sama drukarnia wkrótce potem zaprzestała działalności. Do Wrocławia nie zdołał wrócić, podobno zmarł w drodze powrotnej do nadodrzańskiego grodu.

Co było dalej, czyli wrocławskie ostatki

O tym, że na Dolnym Śląsku władza mogąca kształtować pamięć społeczną, nie chce przypominać o polskich wątkach historii stolicy regionu, świadczy opisana tu zapomniana rocznica. Świadczy też brak szerokiej wiedzy o wrocławskim przyrodoznawcy Janie Stanko. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Władze Wrocławia są wrażliwe jedynie na to, co w przeszłości jest niepolskie, a szczególnie na ten fragment historii miasta, w którym było ono pruskie, bądź cesarsko-niemieckie. Proszę bardzo, oto jeden mały przykład – symbol odległy w czasie od rzeczonego druku.

Znowu tytułem ogólnej uwagi – wraz z końcem średniowiecza czy też przejścia Wrocławia pod panowanie Habsburgów – ludzie nie przestali mówić po polsku. Owa polskość dalej miała swoją historię, która płynęła cały czas, tyle że coraz cieńszą strużką. Nie będę pisał o tym, jak bardzo miasto i region były związane z Koroną, jak odbywała się wymiana handlowa i kulturalna, tego byłoby na taki tekst za dużo. Wspomnę tylko na koniec o tych resztkach tutejszej lokalnej polskości, która doczekała wieku XIX, a brakło jej niewiele, żeby doczekać czasów późniejszych, ale to się nie wydarzyło.

Pewnym przykładem statystycznym może być fakt wydarzeń z roku 1826, kiedy to Jerzy Treska z Mokrego Dworu, miejscowości dzisiaj znajdującej się u granic miasta, staje na czele buntu około 5000 polskojęzycznych protestanckich chłopów i wywołuje coś w rodzaju rozruchów o charakterze narodowym mających jeden cel: przywracanie polskojęzycznych nabożeństw w zborach, które władze pruskie próbują rugować. Pytam – czy jego wystąpienie w trakcie dochodzenia sądowego, zaczynające się od słów: „moim ojczystym językiem jest język polski” nie zasługuje na napis na pomniku bądź motto czegoś większego?!

Czyj cesarz

To tak a propos wyrażonej przeze mnie na początku i na razie istniejącej tylko w mojej głowie idei Dolnego Śląska jako „ojczyzny polskiego słowa pisanego i drukowanego”. Ale tym się raczej przejmie niewielu. Władza będzie się martwić tym, że są jeszcze w tym mieście ludzie, którzy nie chcą, by na moście Grunwaldzkim widniał napis odwołujący się do ludobójczego i antypolskiego cesarza Wilhelma, którzy mówią, że nie mają z tamtą przeszłością nic wspólnego, nie są jej spadkobiercami.

I choć magistrat i inni usłużni idioci ubierają swoje działania w „postępowe, europejskie, fajne” szaty, to mnie w imieniu tych wszystkich twardych Tresków jest po prostu za naszych włodarzy wstyd. Jedyne, co mogę, to mówić – że pamiętam o dzielnych Polakach.

Wróciliśmy w dom ojczysty

Na koniec warto przytoczyć słowa Prymasa Stefana Wyszyńskiego, wypowiedziane we Wrocławiu w 1965 roku: „Byliśmy tutaj! Tak! Byliśmy tutaj! I znowu jesteśmy! Wróciliśmy w dom ojczysty, rozpoznaliśmy ocalałe znaki, rozumiemy je. Rozumiemy tę mowę! To nasza mowa! Kamienie wołają do nas ze ścian! Pozostałe w podziemiach prochy, które nagromadziła ziemia, przemawiają do nas ojczystym językiem”.

My rozumiemy, ale czy ONI rozumieją?!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *