czyli jak „większość” potrafiła zrobić z siebie mniejszość rozumu
Kiedy słyszymy słowo bolszewizm, od razu przed oczami staje nam obraz rewolucjonistów w futrzanych czapkach, którzy z entuzjazmem wdzierają się do pałaców, aby zamienić je w magazyny kartofli. Ale etymologia tego słowa jest jeszcze zabawniejsza niż ich pomysły na gospodarkę.
Bolszewik pochodzi od rosyjskiego bol’shinstvo, czyli „większość”. Tak, proszę państwa – to była partia, która nazwała się po prostu „większością”. Brzmi demokratycznie? Owszem. Brzmi jak marketingowy slogan w stylu „wszyscy są z nami”? Jeszcze bardziej. Problem w tym, że ta „większość” była tak naprawdę mniejszością, która krzyczała najgłośniej.
Demokraci – czyli bolszewicy w garniturach
W dawnych czasach, zanim PR-owcy wymyślili słowo „demokracja” jako elegancką przykrywkę, bolszewicy chwalili się, że reprezentują lud. Lud, który – jak się okazało – miał głównie obowiązek słuchać i klaskać. Demokraci, czyli spadkobiercy tej tradycji, uwielbiają powtarzać, że są głosem większości. W praktyce oznacza to, że jeśli 51% ludzi chce, żeby reszta jadła brukiew zamiast chleba, to reszta ma się cieszyć, że w ogóle coś dostaje. Sarkastycznie mówiąc: demokracja w wydaniu bolszewickim to system, w którym większość decyduje, że wszyscy mają być równie biedni, ale za to szczęśliwi – bo przecież równość jest ważniejsza niż pełny żołądek.
Republikanie – czyli mniejszość zdrowego rozsądku
Na drugim biegunie mamy republikanów. Ci nie potrzebowali futrzanych czapek ani haseł o „większości”. Oni wierzyli w zasady, prawo, w odpowiedzialność jednostki. Republikanin nie mówił: „większość chce, więc musisz”. On mówił: „masz swoje prawa, nawet jeśli jesteś sam przeciwko tłumowi”. To zasadnicza różnica – zamiast rządów krzykliwej większości, republikanie stawiali na rządy prawa. I tu właśnie tkwi ironia: bolszewicy/demokraci twierdzili, że bronią ludu, a w praktyce lud musiał bronić się przed nimi. Republikanie natomiast bronili jednostki, a jednostka mogła wreszcie odetchnąć.
Większość kontra mniejszość – komedia pomyłek
Wyobraźmy sobie scenę: bolszewik siedzi przy stole i mówi: „My jesteśmy większością, więc decydujemy, że wszyscy będą jeść kaszę na śniadanie, obiad i kolację”. Demokrata przytakuje: „Tak, to jest głos ludu!”. Republikanin podnosi rękę: „Przepraszam, ale ja wolę jajko na śniadanie”. Na to bolszewik: „Towarzyszu, twoje jajko jest kontrrewolucyjne”. I tak oto większość staje się tyranią, a mniejszość zdrowego rozsądku zostaje oskarżona o sabotaż.
Sarkastyczna lekcja historii
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że bolszewicy naprawdę wierzyli, że reprezentują większość. To trochę jak dzisiejsi demokraci, którzy wmawiają wszystkim, że „wszyscy” chcą ich programów – choć w praktyce „wszyscy” oznacza grupę aktywistów na Twitterze i kilku celebrytów. Republikanie natomiast wyglądają przy tym jak nudni księgowi: zamiast obiecywać darmowe wszystko dla wszystkich, mówią o odpowiedzialności, pracy i wolności. Nuda? Być może. Ale to właśnie ta nuda pozwala ludziom żyć bez strachu, że jutro ktoś zabierze im mieszkanie w imię „większości”.
Bolszewizm jako etymologiczna pułapka
Słowo „bolszewizm” miało być dumne – „większość rządzi!”. W praktyce okazało się synonimem chaosu, biedy i terroru. Demokraci przejęli tę logikę, tylko ubrali ją w garnitury i uśmiechy. Republikanie natomiast pozostali wierni zasadzie, że prawo nie zależy od kaprysu tłumu. I tu tkwi sedno: bolszewizm to etymologiczna pułapka, w której „większość” oznacza „wszyscy muszą robić to, co my chcemy”. Republikanizm to antidotum – przypomnienie, że wolność jednostki jest ważniejsza niż kaprys tłumu.
Kto tu naprawdę jest większością?
Na koniec warto zadać pytanie: kto naprawdę reprezentuje większość? Bolszewicy/demokraci twierdzą, że oni. Ale jeśli spojrzymy na historię, okaże się, że ich „większość” kończyła się pustymi półkami i kolejkami po chleb. Republikanie, choć mniej krzykliwi, reprezentowali coś znacznie większego – zdrowy rozsądek, prawo i wolność. A to, drodzy czytelnicy, jest wartością, której nie da się przeliczyć na procenty w głosowaniu.
I tak oto etymologia słowa bolszewizm pokazuje nam, że „większość” może być najmniejszą wartością, jeśli brakuje jej rozumu. Demokraci odziedziczyli tę tradycję, a republikanie – całe szczęście – pozostali wierni zasadzie, że wolność jednostki jest ważniejsza niż emocje tłumu.
Przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Daje inną perspektywę i zmusza do zatrzymania się na chwilę i przemyślenia wielu spraw.
Felieton jest bardzo ciekawym głosem na temat demokracji. Tekst jest przejrzysty, a przy tym nie pozbawiony humoru, przez co czyta się znakomicie.
Mam nadzieję, że felieton otworzy debatę na temat demokracji, ktora poprawi świadomość obywateli. I tego noworocznie życzę Autorowi, czytelnikom i sobie.
Cezary Dobies
Trafny w punkt przemarsz przez definicje otaczajacych Nas ugrupowan politycznych.
Wartosciowe przypomnienie,ze wiekszosc niekoniecznie ma racje ,szczegolnie „przypinana wiekszosc”.
Bardzo trafne przypomnienie , ze demokracja to nic innego niz bolszewizm w garniturach.
Jak dla mnie, to bardzo celny felieton. Trafnie pokazuje Pan, że problemem nie jest sama idea „większości”, lecz moment, w którym przestaje ona respektować granice prawa i wolności jednostki. Historyczne odniesienie do bolszewizmu dobrze obnaża mechanizm, który wraca w różnych epokach pod innymi nazwami – zawsze tam, gdzie emocja i hasło zastępują odpowiedzialność i rozum. Tekst zmusza do refleksji nad tym, czym naprawdę powinno być państwo prawa i gdzie kończy się demokracja, a zaczyna tyrania tłumu. Warto przeczytać uważnie, bez uprzedzeń.