W stronę dyktatury

Epokowy wynalazek partii oszukańczych obietnic – demokracja walcząca – zmierza właśnie w kierunku dyktatury, nota bene o zabarwieniu czerwonym.

Brukselokraci objęli nasz kraj procedurą nadmiernego deficytu, ale dla ministra finansów dziura budżetowa niestraszna. Trzeba przecież pozbawić subwencji największą partię opozycyjną, a przede wszystkim dopaść ministra Zbigniewa Ziobro. Gdy ludność narzeka na drożyznę, wystarczy zmienić zawartość GUS koszyka, zawierającego podstawowe produkty spożywcze, by stała się ona mniej dotkliwa. Administracja 13 grudnia chwali się malejącą inflacją, choć to konsekwencja działalności banku centralnego. I po raz kolejny okazuje się, że – pieniędzy nie ma, i nie będzie. Obywatele-podatnicy po raz kolejny zachowali się nieodpowiedzialnie, głosując na PO-fachowców.

Tymczasem niestrudzony minister Żurek usiłuje bezprawiem wdrażać prawo – tak, jak rozumie je administracja 13 grudnia. Wprowadził chaos prawny, demolując wymiar sprawiedliwości. W tej sytuacji Krzysztof Stanowski, pozwany przez przodującą pracownicę TVP w likwidacji, wystąpił z dramatycznym pytaniem do ministra sprawiedliwości – czy powinien stosować się do decyzji neo-sędziów. Niezależnie od tego, minister nie ustaje, posuwając się do kroków wskazujących na zamach stanu. Chce mianowicie „wykurzyć neo-sędziów z Sądu Najwyższego”. Niemniej blisko połowa ankietowanych (45,1%) przez IBRIS dla „Rzeczpospolitej” źle ocenia rozliczenia rządów PiS przez ministra Żurka.

Jak wiadomo, z bezprawia nie rodzi się prawo, ale lewactwo mozolnie kombinuje, jak implementować decyzje TSUE o transkrypcji homo-związków do naszego systemu prawnego, obchodząc zapisy konstytucyjne i ustawy. I to pomimo protokołu brytyjskiego, wykluczającego unijne ingerencje w dziedziny naszego prawa, obyczajowości, światopoglądu. Nie bacząc na to, lewactwo zapowiada wzmożenie inicjatyw ustawodawczych, zmierzających do usankcjonowania homo-związków pod kamuflującymi zapisami o „statusie osoby najbliższej”.

Towarzysz marszałek rotacyjny wygłasza „orędzie” i zapowiada stosowanie „marszałkowskiego weta”. To oryginalne podejście do funkcji głównego ustawodawcy, tym bardziej gdy chce eliminować „szkodliwe projekty ustaw” (o tym decydują posłowie w procesie legislacyjnym), poczynając sobie jak główny cenzor. To jednak nie wszystko, bo głosi, że „prezydent reprezentuje, a rząd rządzi”; deklarując, że będzie „działał w imieniu koalicji”, burząc konstytucyjny podział na władzę wykonawczą i ustawodawczą.

Jednak towarzysz marszałek nie byłby sobą – współprzewodniczącym Nowej Lewicy – gdyby nie przejawiał katolickiej fobii. Pan dyrektor Rydzyk będzie tańczył w prokuraturze – wypisuje w mediach. Tak wygląda upragniony przez lewactwo „rozdział kościoła od państwa”, więc marszałek swoje – będzie wetował „szkodliwe projekty”, deregulujące zasady funkcjonowania państwa. Oczywiście państwa według lewackiego wzoru. W tej sytuacji prezydent apeluje do marszałka o fachową debatę nad proponowanymi projektami ustaw, jakie przedstawił. Rezultat – trzynaście ustaw w „zamrażarce”.

Rekomuna

Staramy się przywrócić godność, honor i należne świadczenia emerytalno-rentowe – mówiła Ewa Kołodziej (KO) na katowickiej konferencji „Służby mundurowe a praworządność”, która miała dostarczyć argumentów przeciw PiS ustawie dezubekizacyjnej. Bo co tam dziura budżetowa, drożyzna, zapaść służby zdrowia, gdy esbecy nie mają przywilejów emerytalnych – przecież zasłużyli się ludowej ojczyźnie. Wraz z dojściem do władzy administracji 13 grudnia rozpoczęła się pełzająca reubekizacja. Tym bardziej, że zarówno obdarowani przywilejami, jak i ich rodziny, to wdzięczny elektorat KO. Podobny proces uwidocznił się w telewizji publicznej w likwidacji – po jej bezprawnym przejęciu przez administracje 13 grudnia – gdy wróciła ona do roli tuby rządowej, dezinformującej społeczeństwo za jego podatki, a zatrudnieni w niej pracownicy bronią oficjalnego przekazu jak przysłowiowej niepodległości.

Tymczasem zaczerwieniło się w świątyni demokracji, zresztą jakżeby inaczej – w sejmie Rzeczpospolitej Grubokreskowej. Na marszałkowskim stolcu „stary komuch”, jak mówi o sobie rotacyjny marszałek (nb. stanowisko nie przewidziane w konstytucji). Gdy przejmował laskę marszałkowską, posłowie krzyczeli – „precz z komuną”. Oskarżył więc PiS-owców o „sianie nienawiści”. W poprzedniej kadencji, w 2019 roku, 177 posłów PiS głosowało za Czarzastym jako wicemarszałkiem. Zgodnie z tradycją, każdy klub parlamentarny (minimum 15 posłów) miał swego marszałka. W obecnej kadencji dyskryminuje się największy klub (PiS), pozbawiając go wicemarszałka.

Czerwony marszałek rotacyjny ledwo przeszedł (236 głosów za, 209 przeciw). Niegdysiejszy aparatczyk – od 1983 w PZPR – teraz na czele partii nazwanej Nowa Lewica, kolejnego przepoczwarzenia towarzyszy z SLD, które powstało za ruskie pieniądze po PZPR. Wcześniej aktywny w Stowarzyszeniu Ordynacka – przedsięwzięciu polityczno-biznesowym postpezetpeerowskich aparatczyków. Jeden z nich – Dariusz Wieczorek – skompromitował się niedawno jako minister nauki („akademiki za złotówkę”). Przedtem bojówkarze Stowarzyszenia pacyfikowali KOR. I jeszcze legendarna rozmowa Czarzastego z Frasyniukiem – opozycja demokratyczna dogadała się z komunistami. Nic dziwnego, że tym ostatnim nieźle się powodzi. Z oświadczenia majątkowego marszałka wynika, że zgromadził kilkumilionowy majątek (nieruchomości), posiada akcje spółki Muza S.A. o wartości 430 tys. zł. W 2024 roku zarobił ponad 300 tys. zł (19,2 tys. zł miesięcznie), teraz otrzymuje 21 tys. zł brutto). Małżonce-biznes-woman też nieźle się powodzi jako beneficjentce KPO.

Tymczasem PZPR-owcy zapełniają sejmowe biura. Szefem kancelarii marszałka został Marek Siwiec, szef BBN (dokumentacja w IPN) za kadencji prezydenta Kwaśniewskiego. I już się odgraża – będzie bardzo mocny opór, bo prezydent rozwala system demokratyczny, a wina nie leży po stronie koalicji rządzącej. Tak więc, towarzysze odzyskują – profanując ją – świątynię demokracji. W końcu zawodowi cyniczni krętacze, okupanci z sowieckiego nadania są dla „walczącej demokracji” Tuska w sam raz, i nawet jej nie przeszkadza afera Rywina.

Tradycyjny deficyt

Cokolwiek by mówić o kondycji gospodarczej naszego państwa, uwzględniając szum dezinformacyjny generowany przez media publiczne w likwidacji, to nie jest chyba ona najlepsza, gdy firmy zagraniczne ograniczają swoją działalność. Ostrzega też Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nasz kraj odnotowuje – co prawda – wzrost gospodarczy, ale spirala zadłużenia rozkręca się coraz bardziej. Przewidywany na przyszły rok wzrost PKB (3,4%) nie zrekompensuje wzrostu wydatków, przekraczającego możliwości dochodów publicznych. Zadłużenie rośnie w tempie 5% PKB rocznie. Jak widać – także po poprzednich rządach PO – pozostaje właściwością tej partii doprowadzanie gospodarki do zapaści.

Nawet gdyby przypisywanie partiom autorytarnym, wodzowskim, totalniackim – a takim jest PO – niekompetencji ekonomicznych byłoby publicystycznym uogólnieniem, to nie ulega wątpliwości, że fakty mówią same za siebie. NBP sygnalizuje – zagraniczne inwestycje w 2024 roku były niższe o 55% w stosunku do poprzedniego roku (w 2023 roku – 125,7 mld zł, w 2024 – 55,6 mld zł). Nasz kraj przestał być atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych.

Bosch rezygnuje z budowy fabryki pomp cieplnych (1,2 mld zł) na Dolnym Śląsku. Vestos nie będzie produkował łopat wiatraków pod Szczecinem, bo zmniejsza się popyt na te urządzenia. Duże firmy wycofują się z naszego kraju z powodu niepewności gospodarczej i politycznej, gąszczu regulacji i przewlekłości postepowań administracyjnych. Zapaść gospodarczą i zadłużenie obserwuje się także w miastach. Pod rządami prezydenta Aleksandra Miszalskiego zadłużenie Krakowa wzrosło z 6 mld zł do 8 mld zł. Wystarczyło półtora roku. Regionalna Izba Obrachunkowa interweniuje. Widać członkowie PO już tak mają, że kreują dziury budżetowe.

Jako remedia krachu gospodarczego pojawiają się rozwiązania absurdalne i totalne. Zapaść w służbie zdrowia ma uleczyć likwidacja jednej trzeciej szpitali, jak również likwidacja porodówek (kobiety mogą rodzić na SOR). Ratunkiem dla energetyki ma być likwidacja elektrowni i kopalni węglowych, ku radości fanatyków zielonego szaleństwa, podczas gdy na świecie wydobycie węgla bije wszelkie rekordy.

Podchody

Ustawa mówi o świadczeniu usług drogą elektroniczną (tzw. ACTA 3), ale w praktyce wprowadza blokowanie nielegalnych treści. Nie przeszkadza to administracji 13 grudnia, bo jeżeli brukselokraci coś wymyślą, to mają rację. Przecież wolność słowa nie może obejść się bez cenzury. Gdyby wszyscy mówili, co myślą, powstałby chaos i jak w takich warunkach formatować posłuszny elektorat. Desygnowani przez polityków urzędnicy muszą decydować o tym, co pojawia się w sieci. Trzeba blokować myślo-zbrodnie, prawicowe treści, przestrzegać politycznej poprawności, likwidować religijne zabobony, fobie seksualne, rasowe i etniczne. Ustawa ogranicza wolność w sieci pod pretekstem walki z przestępczością sieciową. Cała nadzieja w prezydenckim wecie. Przykład Wielkiej Brytanii (areszt za wpisy w sieci), czy Niemiec (ponad 300 organizacji donoszących o nieprawomyślnych treściach) pokazuje, jak skutecznie można cenzurować obywateli. A wszystko pod pretekstem „walki z dezinformacją”, „ochroną przed manipulacją” czy „wzmocnieniem odporności demokratycznej”.

Edukacja zdrowotna – zdaniem resortu – ma wprowadzić polską szkołę w brukselski postępowy świat powszechnej tolerancji i pozytywnego myślenia. Tymczasem przystąpiło do niej średnio 30% uczniów. Jak na razie nie badano, czy młodzież (i rodzice) przejrzeli podstęp resortu, czy dostrzegli intelektualną nijakość jego propozycji. W każdym razie społeczeństwo odrzuciło pomysł ideologizacji procesu nauczania. Neomarksistowscy rewolucjoniści – jak na razie – nie obniżyli poziomu nauczania.

Rozległa propaganda OZE nie wyrugowała za świadomości społecznej bezsprzecznych walorów paliw kopalnych. Trudno bowiem uwierzyć w transformację energetyczną, gdy większy udział OZE w miksie energetycznym oznacza wyższe rachunki za prąd. Urząd Regulacji Energetyki podaje, że w latach 2021-2025 opłata dystrybucyjna i sieciowa wzrosły o ponad 40%, a koszty transformacji o 20%. Jeżeli dodać do tego koszty rezerwy mocy i opłatę OZE, to tym trudniej będzie uwierzyć w sens transformacji energetycznej.

Niemniej brukselokraci nie rezygnują. Nie zakazują korzystania z tradycyjnego paliwa, lecz chcą zmusić ekonomicznie obywateli do rezygnacji z tradycyjnych pieców (termoizolacja, pompy ciepła, wymiana pieców). Ekologiczny biznes dalej musi się kręcić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *