Historia z innego wymiaru
Wymiar potwornościowy Historii Wielkiej jest możliwy do prześledzenia w literaturze historycznej, ale ten w małej historii osobistej jest zazwyczaj ukryty. Nie zawsze też wymiar potwornościowy Historii Wielkiej dociera od razu do wszystkich członków jakiejś wspólnoty. Mnie samemu przyszło spotykać się z wymiarem potwornościowym historycznym dość późno, na szczęście, a i to na raty.
Urodziłem się w roku 1940 w Wilnie. Gdy sięgam pamięcią w strony mego dzieciństwa nie ma tam wymiaru potwornościowego. Obrazy z tych lat, jakie zdołałem zachować, to mieszkanie Witolda Sławoniewskiego – wuja mego ojca – fotel bujany, który uwielbiałem, bawole rogi w przedpokoju i łódki na Wilii. Ot i wszystko. Więcej tych obrazów przechowała pamięć z Jurgiszek, gdzie mieszkaliśmy, jak u Pana Boga za piecem, przez resztę czasu wojny. Stryj Władysław miał wąsy i palił fajkę. Dom był obszerny, drewniany, nieco oddalony od samej wsi. Otoczony ogrodem i przydomową pasieką.
Od roku 1939 po rok 1945 przetaczały się przez te ziemie zmienne okupacje i fronty, jako że wymiar potwornościowy owej Wielkiej Historii porywał w swoje tryby całe kontynenty i nasz mały kraj – Litwę Środkową, którą Litwini nazywają Auksztotą, a w Polsce przyjęło się określenie Wileńszczyzna. Litwa dzisiejsza składa się na dobrą sprawę tylko ze Żmudzi (Żemajtija) i Wileńszczyzny (Auksztota) czyli Litwy Środkowej. Litwa Środkowa była przez pewien czas jakby państwem, niby księstwem udzielnym. Było tak w czasie buntu dowodzonej przez generała Lucjana Żeligowskiego dywizji Litewsko-Białoruskiej. Dywizja owszem była litewsko-białoruska, ale w Wojsku Polskim. Gromadziła pospolite ruszenie młodych i starych ludzi z naszych stron, aby stawić czoła sunącemu ze Wschodu Wymiarowi Potwornościowemu na Wielką Skalę Historyczną.
Byli w tej dywizji wszyscy: Polacy, Rosjanie, Białorusini, Żydzi, Gruzini, Czeczeńcy, Ingusze, Tatarzy, Niemcy, Ormianie, Ukraińcy, Karaimi, Kozacy Dońscy… wszyscy. Po pokonaniu nosicieli Wymiaru Potwornościowego na Wielką Skalę Historyczną, miała Wileńszczyzna trafić pod władzę Republiki Litewskiej. Ta republika to była właściwie Żmudź. Jej język był już od stuleci mało znany na naszych terytoriach ciągnących się na wschodzie daleko za Witebsk, a na południe po bagna Prypeci. To było niegdyś Wielkie Xięstwo Litewskie – Wialikaje Hasudarstwo Litouskoje. A jeszcze dawniej sięgało za Smoleńsk i po Morze Czarne. I Litwa Środkowa miała uchwycić się szansy jego odtworzenia ze żmudzkimi, polskimi i białoruskimi kantonami językowymi. Nawet z oddzielnym państwem ukraińskim.
Chcieliśmy na naszym wschodzie utworzyć w oparciu o Polskę, tak jak to dawniej bywało, tamę wobec fal destrukcji bijących ze Wschodu. Przez dwa lata (1918-1920) byliśmy Litwą Środkową ze stolicą w Wilnie, które miało stać się stolicą jakiejś większej Litwy (żmudzko-polsko-białoruskiej na początek), nawet gdyby w całej okazałości Wielkiego Księstwa nie dałoby się odtworzyć. Z tego buntu wobec planów inkorporacji Wileńszczyzny przez Litwę Żmudzką, ale też w celu postawienia solidniejszej tamy temu wymiarowi potwornościowemu, wzięło się to nasze państwo. No i pokonano nas. Nie połączono naszych terytoriów. Przyłączyliśmy się do Polski, która przyjęła nazwę Rzeczpospolita, dziedziczoną po dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Przez siedemnaście lat nasza stolica była zwykłym wojewódzkim miastem na Kresach, jak to się czasem w Polsce mawiało i mawia do dzisiaj. Teraz, jak wiemy, jest to stolica Republiki Litewskiej, czyli żmudzkiej, która te terytoria sobie przyswoiła, korzystając z łaskawej protekcji naszych wspólnych sąsiadów, a czasami okupantów przychodzących jakby z innego wymiaru, z innej czasoprzestrzeni. Przychodzili raz z Zachodu, innym razem ze Wschodu, czasem z Południa czy z Północy – zawsze reprezentowali ten sam Wymiar Potwornościowy.
Chroniła mnie przed tym potwornościowym wymiarem rzeczywistości delikatna, ale mocna i trwała, tkanka rodzin, klanów, parafii, diecezji. To było państwo. Istniało zawsze. Nie zawsze było tak bardzo widoczne. Mawiano i mawia się, że było właśnie podziemne. Dla nas było jedyne. Nasze Jurgiszki chroniło też samo położenie. Gdzieś tam z boku głównych szlaków, gdzieś między lasami i rojstami. Jakby w mateczniku. W takich miejscach trwała jeszcze tradycja naszego Wielkiego Xięstwa Litewskiego.
Chronił mnie przed potwornościowym wymiarem historii krąg najbliższy i dalsze kręgi rodzin Makarewiczów, Sławoniewskich, Komarowskich, Niedźwiedzkich, Pietrukiewiczów, Leonowiczów, Kukiów, a także oka szeroko zarzuconych niegdyś rodowych sieci Leszczyńskich, Orłowskich, Kucewiczów, Rutkiewiczów, Daukszów, Bartoszewiczów, Joczów, Czerwińskich… wszystkich. Te powiązania sięgały Mińska i Kijowa, a nawet Warszawy i Bostonu w dalekim Massachusetts. Ich siły wspomagały siłę naszego państwa, jego wojsko, wywiad, finanse, wszelkie służby i one nam też służyły. To my byliśmy tym państwem – jego żołnierzami, wodzami, sanitariuszkami i łączniczkami, agentami wywiadu – jego oczami i uszami. Tak stapiało się z polską tradycją bliższe nam dziedzictwo Wielkiego Xięstwa Litewskiego.
To my – włościanie i szlachta, szewcy, krawcy, kowale, cieśle i stolarze, lekarze i prawnicy, poeci i malarze; my Litwini, my Polacy, Białorusini, Żydzi, Karaimi, Tatarzy, Ukraińcy i Rosjanie, Ormianie, Niemcy i Szkoci – modliliśmy się o pomyślne zbiory i zwycięskie boje naszych hetmanów. A modliliśmy się w kościołach, cerkwiach, zborach, synagogach, kenesach i meczetach, w naszych różnych językach – do jednego Boga. Bo w pewnym sensie byliśmy jednej wiary i jednej tradycji, której trudne piękno nadawało blask i wzniosłość skromnemu zwykłemu bytowaniu i dawało siłę w zmaganiach z zalewającymi nas najazdami.
Dzisiaj wiem aż nadto dobrze, że po prostu trwaliśmy i że to samo trwanie miało wielkie znaczenie. Życie miało sens. Trwaliśmy, gdy Biały Rosjanin – lekarz Tatarulew ratował moje małe życie, gdy Bronisław Tubielewicz, ukrywający się u mego stryja partyzant, robił mi zabawki, aby pocieszyć mnie w chorobie. Trwałem i ja w objęciach matki, ale przecież nie tylko trwałem – rosłem, rozwijałem się.
Rosłem, gdy moja ciotka Janina czytała mi bajki, gdy siedząc u ojca na kolanach wyśpiewywałem cienkim głosikiem „płacze Zosia po swym Jasiu ci on jeszcze zije” – polskie piosenki żołnierskie i kozackie dumki.
To moje Xięstwo zbierało swoje siły, zdobywało się na nadzwyczajną pomysłowość, zapobiegliwość i wytrwałość w działaniu – dla mnie. Abym mógł żyć i wzrastać, jak wilcze szczenię w jamie, oddające się grom i zabawom z rówieśnikami po to, aby kiedyś włączyć się w gon watahy, wspomagać siły hordy. To dla mnie wychodziły z lasów zastępy zbrojne pod znakiem Pogoni, a teraz z orłami na czapkach. Moi kuzyni umieli już wycinać takie orły z papieru i nosiliśmy je na naszych małych czapkach. Dla mnie terkotały serie karabinów maszynowych i wybuchały granaty. Dla mnie, wciąż trzymano z dala od mojego matecznika tych w feldgrau i tych w szarych szynelach. Dla mnie „litewskich kniaziów rówienniki drzewa Białowieży, Ponar, Kuleszewa” zamieniały się w bastiony. To dla mnie pod znakami naszych ściahów stawali potomkowie litewskich kunigasów i ruskich kniaziów, bojarów putnych i podchorągiewnych, mongolskich chanów i niemieckich knechtów, szkockich górali, polskich włościan, mieszczan i ziemian, Turków chazarskich o smagłych twarzach i czarnych czuprynach – oni to, jak zwykle, tworzyli krąg – mur piersi „na wszelką potrzebę Rzeczypospolitej”.
Jednak wybito moje straże, wzięto w plen moje gwardie. Tleją ich kości w tajgach Sybiru, gniją w bezimiennych mogiłach na bezkresnych obszarach wśród ruin „Imperium Zła”. Ich popioły rozwiewa wiatr pomiędzy barakami Auschwitz, Birkenau, Dachau, Mauthausen… i leżą w równych szeregach na pustyniach Azji i Afryki, patrzą w niebo ich mogiły pod Monte Cassino, kołyszą ich do snu wody Atlantyku, Bałtyku i Morza Północnego, omywają ciepłe wody Śródziemnomorza.
Wyruszyłem na Zachód. Porzuciłem mogiły przodków, moje kwiaty w ogrodzie, rówieśnicze gry i zabawy i psa i konia na biegunach i sanki i zimy śnieżne, gorące lata, fajkę i wąsy stryja. Nie doczekałem powrotu ojca w Jurgiszkach. Nie było go ani w Koleśnikach, ani w Olkienikach, ani w Oranach, ani w pięknym Wilnie. Wiedziałem, że jest gdzieś daleko, skąd przychodziły złożone w trójkąt arkusiki brzozowej kory zapisane równym kaligraficznym pismem. O jego powrót prosiłem Tego, który niewidzialnie panuje nad naszymi losami i Tą Panią o słodkiej twarzy ze złożonymi rękami, której wszyscy się polecali. Wiedziałem, że to tylko jej obrazek, ale wiedziałem też, że ona mnie słyszy i wszystko rozumie. Tak mówiła moja mama.
Było to już na Pomorzu, koło Kcyni, u wuja Władysława Leszczyńskiego, w Dębogórzynie.
„Chaziain! Atkroj dwier!”
Wołanie powtarzało się.
Obudzony z jeszcze niezbyt mocnego snu zacząłem coś wykrzykiwać:
„Boże! dziecko się obudziło”. Mama i ciotka Janina spiesznie zapalały naftową lampę. Wołanie z podwórza i już nie stukanie, a łomotanie w drzwi, znowu się powtórzyło. Chowano co cenniejsze przedmioty. Wreszcie wujek Władysław zaszurał w sieni i niespiesznie zaczął odryglowywać zamki.
Zaskrzypiały zawiasy i nastała dziwna cisza.
Szeptem powtarzałem swoje: To tato, to tato.
„Wy chaziain Leszczyński?” zapytał głos.
„Da. Ja sam”, jakoś niepewnie i drżąco odpowiedział wuj.
„Tak my k wam priszli” dodał jakiś drugi.
Znowu cisza i tylko ja szeptałem swoje: To tato.
I ten krzyk „Stach! Stach!”
Otworzyły się drzwi z sieni do pokoju. Było ich dwóch. W wojskowych płaszczach. W czapkach uszankach na głowach … i już mocne ręce ojca uniosły mnie w górę. Przytulona do niego matka płakała, i powtarzała: To tato!
Ale mnie to jakoś nie przekonało.
Była późna jesień i nastała niezbyt mroźna i nie za bardzo śnieżna zima. Jak to bywa z zimami na Pomorzu. I znowu w piecu trzaskały polana, ale też tliły się brykiety torfu, wcześniej mi nie znane. Znowu, jak w Jurgiszkach skakały w płomieniach iskierki z opiłków żelaza z ostrzenia różnych narzędzi ciesielskich. Znowu drogą żołnierz maszerował i użalał się nad serduszkiem, szedł też żołnierz borem lasem, wędrowali ułani, a żeńcy jak zwykle żęli na górze, a doliną szli kozacy.
Były też nowe pieśni i niewyobrażalne obrazy, a to ciemnej nocy na stepie i kul świszczących, a to lasów innych niż te dobrze mi znane. Słuchałem o tym co „skazał lesarub lesarubu”, w tych „praklatych lesach pad Maskwoj”, o tym też, że piły w rękach już nie można utrzymać, że nie wyrobił normy, że „na zimuszku nada astatsia”. Ale pomimo to znowu żeńcy żęli na górze właśnie wtedy, gdy pod tą górą przechodzili kozacy. To ataman Doroszeńko wiódł „swoje wijsko – Wijsko Zaporisko – charaszeńko! I robiło się o wiele weselej – „Hej! Dołynoju – Hej –Hop – szyrakaaaaju – kazaki idut”.
Gdy tak śpiewaliśmy siedziałem na ojcowskich kolanach zapatrzony w płomienie, a na to „Hej – hop!” ojcowska noga wyrzucała mnie w górę. Zawsze bałem się trochę tego momentu i oczekiwałem go, bo przecież w górze czekały już na mnie jego dłonie.
Wróciło moich dwóch atamanów – mój ojciec rodzony i, też Stanisław, ojciec chrzestny, Orłowski. Ale nie zbierały się już ich pułki.
I wtedy zaczęli zjawiać się ludzie z innego wymiaru.
Nie zapamiętałem ich twarzy. Może ich w ogóle nie mieli. Mieli samochody i automaty. Mieli na czapkach orły podobne do tych, których sylwetki wycinaliśmy z papieru z kuzynami w Jurgiszkach, ale te ich były bez korony. Zabierali ojca. Mama znowu modliła się długo i po cichu płakała. Ale ojciec wracał.
W końcu przyszli po mnie.
Nie było to już ani w Dębogórzynie, ani w Złotowie, ani w Koszalinie. Zdarzyło się wiele, wiele lat później, już we Wrocławiu.
Wrocław 2002