Czy ja śnię? Znajome twarze. Lekko zdeformowane upływem czasu, ale przecież poprawione operacjami plastycznymi, kosmetykami, wygładzone na cyfrowej fotografii, przepuszczone przez nałożone na telewizyjne kamery filtry.
Jedni przetrwali w okopie nowej demokracji, jak małpujący papieża, całujący polską ziemię Marek Siwiec. Jego kolega z Socjalistycznego Związku Studentów Polskich nie zapomniał o nim, czyniąc go szefem Kancelarii Sejmu. Inni, jak przeciętna piosenkarka nazywana nie wiedzieć czemu damą polskiej piosenki, z pożyczoną od wybitnej poetki osobowością, nie zeszła z estrady ani na chwilę, przyklejając się do każdej władzy. Jeszcze inni celebryci minionej, ale właśnie restaurowanej epoki, wyskakują jak króliki ukryte w kapeluszu. Zasilają dyskusję o brunatnej Polsce nadredaktorzy z legitymacjami TVN i TVP tłocząc krew po lewej stronie ciała. Czyli poniekąd słusznie, ale w nadmiarze.
Powrót starego nie jest straszny ani dla znieczulonych konsumentów, których auta parkują w niedzielę pod hipermarketami, ani dla walczących o przetrwanie rozbitków zielonej wyspy. Jednak i ja muszę przyznać, że ulegam pewnej tęsknocie. To żal za utraconą jednością moralną większości polskiego społeczeństwa w latach realnego socjalizmu, nawet w stanie wojennym. Aparat partyjny był wówczas mniej liczny niż dzisiejsze, bezideowe struktury związane z władzą. Stanowił też organizm odrębny i niedarzony sympatią. Była to sytuacja tak czytelna, że nawet towarzysze nie chełpili się przynależnością do partii.
Ci bardziej świadomi wstydzili się swego konformizmu, ale zrezygnować z przywilejów w siermiężnych czasach było im trudno. Być w PZPR to był jednak ówczesny obciach. Erozja narzuconego przez wielkiego brata systemu rozmywała też jego ideowo-kulturalną fasadę. Z estrady satyrycy puszczali oko do masowej publiczności. Tekst ocenzurowany, a jego interpretacja, znacznie się rozmijały. Publiczność w lot chwytała niuanse Jana Pietrzaka: „Marsjanie nie zagrażają Ziemi…”. Czy byliśmy wtedy inteligentniejsi, czy mniej zdezorientowani? Myślę, że to drugie… Propaganda była szyta grubymi nićmi i często wywoływała efekt odwrotny do zamierzonego.
Pod koniec lat osiemdziesiątych pracowałem w Redakcji Literackiej Polskiego Radia we Wrocławiu. Po wizycie u schowanego za obitymi dermą drzwiami cenzora, musiałem jeszcze stawić się na posłuchanie u naczelnego redaktora. Tenże skrzywił się widząc mnie ze zwojami taśmy.
– Jest tam coś na Jaruzela?
– No, nie – odparłem z przekonaniem.
– A na Związek Radziecki?
– Ależ skąd?
Była to audycja z piosenkami Romana Kołakowskiego. Naczelny żachnął się, myśląc już o piwie w pobliskiej restauracji parkowej.
– To po jaką cholerę zawracasz mi głowę!
Rozumieliśmy się wzajemnie.
Odważę się sformułować tezę. Przynajmniej w sferze kultury, także tej masowej, byliśmy wtedy zdrowsi. Moralny relatywizm był cechą prominentów i ich sługusów. Niedobita w latach wojny i stalinizmu inteligencja odradzała się powoli w młodym pokoleniu. Patriotyzm był sprawą oczywistą. Twórcy filmowi – którzy byli na pasku władzy, choćby dlatego, że film jest sztuką tysiąckrotnie droższą od wiersza, piosenki czy powieści – niezależnie od swej proweniencji, tworzyli dzieła o wymiarze narodowym. Władza ten ukłon musiała uczynić, by zdjąć z siebie odium sowieckości. Takie były więc filmowe epopeje sienkiewiczowskie, „Hubal”, „Człowiek z marmuru”, takie były również niektóre seriale jak „Polskie drogi”, „Dom,” czy niedoścignione realizacje telewizyjne „Chłopów” i „Nad Niemnem”.
Z tą powieściową i kresową rzeką rodzi się skojarzenie. Genialny Janko Muzykant, repatriant spod Grodna, wprowadził w świadomość masową Norwida. Różnica między Czesławem Niemenem, a wykreowanym przez Jacka Kurskiego Zenkiem, jest właśnie różnicą między polską kulturą masową XX a XXI wieku.
To także różnica między Ewą Demarczyk, prawdziwą damą piosenki, a miałczącą Sanah, między kabaretem Starszych Panów i Młodszych Gówniarzy. Słowo „pan” było w ich przypadku nadużyciem. Epatujący swoim kroczem Jakub Powiatowy, nie obrażając polskich miasteczek, jest cwanym inteligencikiem posiadającym glejt na wprowadzanie do Salonu. Błaznów jest coraz więcej, ale ich dowcipy coraz bardziej żałosne. Nie ominęło to nawet znanego ongiś z wyrafinowania Zenona Laskowika. Niestety. Także jakoby patriotyczna TVP sprzed paru laty serwowała masowe koncerty ocierające się o tandetę. Twórcy estrady prawdziwie polskiej, tacy jak na przykład Norbert Smoliński czy Grupa 44 nie trafiali na Woronicza.
Teraz jest tak, jak ma być. Kpina z zasad moralnych, religii, narodu i jego tragedii. Czy satyrycy, ale także dziennikarze za kontaktowym szkłem są, jak stalinowscy twórcy, zadaniowani? I tak i nie. Ramy ich ekspresji nie są ograniczone formalną cenzurą. Wiedzą natomiast dokładnie, jakie jest oblicze stacji i grymas naczelnego. W tym trendzie muszą się znaleźć, jeśli chcą utrzymać się na wizji i w eterze. O podskoku nie ma mowy, jeśli chcą utrwalić się w pamięci widza, a zatem brylować na czerwonych dywanach i spłacać kredyty.
W PRL cenzurę można było czasem wykiwać. Zależność personalna i ekonomiczna jest bezwzględna. Nieformalne ministerstwo kultury, jakim jest spółka Agora, kreuje samych „wybitnych” twórców. Miarą wybitności jest zdolność pisarza, aktora, piosenkarza do podmywania fundamentów polskości. Nie wychodzi globalny koniec historii… Nic to. O wiele łatwiej doprowadzić jest do końca kultury. Jej istotą jest przecież zróżnicowanie. Lokalne, narodowe i w skali świata. Inaczej rakowacieje tak, jak pozbawiona cech indywidualnych tkanka organizmu. To ciekawe, że te same środowiska, które epatują „innością”, w przypadku kultury polskiej jej indywidualny charakter uznają za coś anachronicznego.
Postmodernistyczny relatywizm moralny twórców starszego pokolenia jest chyba samobiczowaniem się za lata młodości w socrealizmie. Przez polskie teatry przewalają się sztuki wycmokane przez lewackich krytyków. Publiczność wydaje się być zagubiona. W ciągu ostatnich dwóch lat zwolniono około 40 dyrektorów teatrów. W jednym z nich, dyrektor został dymisjonowany pod naciskiem tęczowego lobby krytyków, mimo iż w ciągu lat urzędowania wielokrotnie powiększył publiczność, a ostatnia sztuka była wielkim sukcesem.
Czy jest oferta dla tej grupy widzów, którzy po wyjściu mogą już do teatru nie wrócić? Dla ich gustów dotacji przecież nie będzie. W jeszcze większej mierze dotyczy to kanałów telewizyjnych. Czy alternatywą pozostanie senioralna Telewizja Trwam? Czy rozkręcająca się w samozachwycie i przesadnej żartobliwości TV Republika? Czy ocalą myślącego obywatela internetowe, niepokorne portale? Nadzieja umiera ostatnia. Nawet w sytuacji choroby nowotworowej. A ona właśnie toczy polską kulturę.