My Big Fat Greek Wedding – śmiech i zaduma

Jakie jest pochodzenie słowa „kimono”? Pytanie wydaje się infantylne a szczególnie dla Japończyków wręcz obraźliwe. Ale jeśli ktoś oglądał film pt. „Moje wielkie greckie wesele” pamięta niesamowitą interpretację tego słowa wygłoszoną przez seniora rodu Portokalosów. Stwierdził on zdecydowanie, że „kimono” wywodzi się z od greckiego słowa „chimonas” co znaczy „zima” czyli „kimono” jako ubiór chroni przed zimnem. Ta etymologia według Gusa Portokalosa, ojca głównej bohaterki filmu, Touli, wywołuje do dziś śmiech, co było zresztą głównym zamiarem scenarzystki i współproducenta tej komedii, Nias (skrót od Antonija) Vardalos, Kanadyjki greckiego pochodzenia.

Sam film okazał się ogromnym sukcesem w skali światowej również finansowym i niespodziewanym dla jego pomysłodawców i odtwórców. Niskonakładowa produkcja w wysokości około 5 mln dolarów przyniosła niebotyczny zysk ponad 350 mln dolarów. Pomimo udziału drugo i trzeciorzędnych aktorów oraz zwykłych amatorów i raczej banalnej fabuły, zyskując niezłe oceny zawodowych krytyków, zdobyła ogromną popularność. Widzowie docenili żywą akcję filmu, dobre gagi i żarty i chyba mniej świadomy przekaz ukryty w dobrodusznej satyrze.

Toula Portokalos, podobnie jak jej odtwórczyni, jest z pierwszego pokolenia greckich emigrantów urodzona w USA. Zakochuje się z wzajemnością w Amerykaninie – Ianie Millerze. Jednakże rodzina a zwłaszcza ojciec woleliby za zięcia mieć Greka. Zderzenie tradycji i zwyczajów ze sztywnym, amerykańskim konwenansem owocuje wieloma humorystycznymi sytuacjami, lecz w końcu nadchodzi oczekiwany happy end uwieńczony bogatym greckim weselem.

Głównym rdzeniem całej fabuły jest rodzina, przedstawiona w sposób satyryczny, ale pozytywny, na przekór panującej od kilkudziesięciu lat postmodernistycznej modzie jej deprecjacji. Lewicowo-liberalna narracja oskarżająca wielowiekową instytucję rodziny o patriarchalizm, opresyjny stosunek do kobiet i dzieci, zaściankowość, zacofanie, odporność na nowe idee – okazuje się bezradna wobec dynamicznej i pozbawionej kompleksów rodziny obejmującej bliższych i dalszych krewnych. Portokalos Familly, jak wynika pośrednio z akcji, jest świetnie zintegrowana w amerykańskiej rzeczywistości, posiadająca udane biznesy, ale nie zapominająca o swoim pochodzeniu oraz swych obyczajach i tradycji. Co więcej choć hałaśliwa i mało dyskretna, czasem wręcz uciążliwa – jest jednocześnie na tyle urzekająca i otwarta, że fascynuje młodego Amerykanina, który decyduje się nawet na ochrzczenie w cerkwi, by stać się w pełni członkiem tej barwnej trochę egzotycznej greckiej rodziny.

Jest to przykład migracji pozytywnej polegającej na podporządkowaniu się prawom i normom państwa-gospodarza, na nietworzeniu zamkniętych gett ale na pielęgnowaniu swojej odrębności kulturowej, kontynuowaniu narodowej pamięci historycznej i utrzymaniu dumy ze swojej proweniencji i ojczystego języka.

Ten ostatni element, czyli rodzimy język, eksponowany jest w filmie przez Gusa Portokalosa jako wartość wyjątkowa i uniwersalna, ale też prowokująca efekty komiczne. Oprócz wspomnianego „kimono” ojciec Touli, by uzasadnić swoją zgodę na ślub córki z Ianem Millerem, przeprowadził rozumowanie, którego nie powstydziliby się jego znakomici praprzodkowie, sofiści – filozofowie ze starożytnej Grecji. Wywiódł, że nazwisko Miller pochodzi ze słowa „milo”, co po grecku znaczy jabłko, a ponieważ „portokali” to jest pomarańcz, czyli dwa owoce „nie kłócą się” ze sobą i mogą być razem.

Tak więc z błogosławieństwem seniora obie rodziny Millerów i Portokalosów połączyły się świętymi węzłami małżeńskimi. Trudno jednak wielu ludziom, w tym i niżej podpisanemu, oprzeć się niezbyt optymistycznym refleksjom w obliczu pewnych tendencji i zachowań przedstawicieli tzw. elit w Polsce w kwestii poszanowania własnej historii czy narodowej dumy.

Przypomina mi się jak to kilka lat temu, chyba w 2017 roku, pewien bardzo znany, nieżyjący już aktor publicznie oświadczył, że będąc za granicą upomina swoją żonę, by nie mówiła po polsku, gdyż obcokrajowcy mogliby rozpoznać w nich Polaków a on polskości i języka polskiego (taki wniosek z tej wypowiedzi wypłynął) wstydzi się. Pomińmy już całkiem bzdurny argument, że gdziekolwiek na świecie język polski jest na tyle popularny, iż bywa natychmiast rozpoznawalny. Jestem przekonany, że w 99 proc. przypadków nikt go nie odróżnia od innych języków słowiańskich, na przykład rosyjskiego czy czeskiego. Zauważmy natomiast, że mówił to człowiek, który właśnie temu językowi (jak i temu krajowi) zawdzięcza wszystko: swoją zawodową karierę, rozpoznawalność, popularność, swój niezły jak się wydaje status majątkowy, nawet w tych „siermiężnych” czasach PRL. Język polski był dla Jerzego Stuhra (autora tej nieprawdopodobnej enuncjacji) podstawowym instrumentem spełniania ambicji i marzeń, a mimo to potraktował go jak wyświechtany, zużyty przedmiot, który należy trzymać w lamusie.

Najsmutniejszy w tym incydencie jest fakt, iż ta wypowiedź została przez tzw. elity przyjęta z aprobatą, a w najlepszym przypadku milczeniem. I znowuż – ludzie, dla których polszczyzna jest często głównym środkiem ekspresji w ich karierze i pozycji społecznej, a więc aktorzy, pisarze, artyści estradowi, dziennikarze – uznali ten medialny fakt za przejaw odwagi i oryginalności, za buntowniczy gest przeciwko PiS-owskiemu reżymowi. Całkowity odlot już nie na inną planetę, ale na sam kraniec wszechświata.

Czyż należy się dziwić, że ludzie, którzy w wielu przypadkach posiadają głęboką znajomość literatury i szeroko rozumianej kultury dzięki wykształceniu i pracy zawodowej (przypomnijmy, Stuhr ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim) ostatecznie – zamiast błyszczeć w dyskusjach bogactwem rodzimego języka – ograniczali się do tzw. ośmiu gwiazdek?!

Znamy i inne przykłady oraz skutki owej pedagogiki wstydu, której skrajnym przejawem jest ojkofobia. Przywołajmy pamiętne zdanie sprzed kilkunastu laty też już nieżyjącego Władysława Bartoszewskiego, człowieka zasłużonego, byłego więźnia Oświęcimia – mającego to szczęście, że wypuszczonego po kilku miesiącach – który wojnę przeżył, a w czasach stalinowskich był aresztowany i skazany na kilka lat więzienia. Pan profesor, wątpiący w możliwości i walory naszego kraju, porównał Polskę do „brzydkiej panny bez posagu, która nie powinna być zbyt wybredna”. Abstrahuję od nietaktowności tego porównania w kraju wielu pięknych i zaradnych kobiet, trudno nie dostrzec u pana profesora owego kompleksu niższości, zakorzenionego w mentalności polskiej elity.

Traktowanie przez rodzimą awangardę polityczną Polski jak służebnej dziewki na europejskim dworze oddającej się byle komu – świadczy albo o traumatycznych doświadczeniach tejże pseudoelity albo o jej mniej lub bardziej świadomej agenturalności. Mógłbym w sposób nader obiektywny ocenić greckie społeczeństwo po 35 latach pobytu w tym trochę dziwnym, odstępującym często od europejskich standardów, kraju. Kraju będącym przez prawie 400 lat pod osmańskim panowaniem i islamskimi wpływami. Proszę wierzyć, że nie szczędziłbym Grekom wielu krytycznych ocen, lecz nie mogę nie docenić ich przywiązania do swojej historii od starożytnej Hellady poprzez Cesarstwo bizantyjskie do czasów nowożytnych.

Ten w sumie niewielki naród liczący około 10 mln w Grecji i drugie tyle rozsiane po całym świecie, często skonfliktowany, gęsto samokrytyczny, ma w sobie ogromny potencjał honoru i dumy, pozwalający mu przetrwać najgorsze dziejowe zakręty. I żaden Grek nie powie, że hellenizm to nienormalność.

Moje wielkie greckie wesele (ang. My Big Fat Greek Wedding) – amerykańsko-kanadyjska komedia romantyczna z 2002 roku według scenariusza Nii Vardalos, która gra główną rolę w filmie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *