Pani jesień

W złotogłowiu i purpurze, z dostojeństwem starszej pani rozmyślającej o przemijaniu czasu i nadchodzącym spoczynku, wędruje niespiesznie, rozprowadzając barwy z malarskim talentem i hojną ręką rozdając plony. W tym roku sypnęła jabłkami w takiej obfitości, że nie wiadomo, co począć z ich nadmiarem – już dość, już słoików brak.

O pani jesieni, która chodzi po świecie i strąca liście z drzew, opowiadałam mojemu dziecku przed półwieczem, gdy miało złociste loczki zamiast siwej obecnie czupryny. W konsekwencji maminych opowieści doszło do sytuacji, która dzisiaj wywołuje nasz śmiech, ale wtedy napełniła mnie panicznym przerażeniem.

Kupowałam bilet na pociąg w kasie dworca głównego, kilkuletni Piotruś stał obok mnie. Gdy schowałam portmonetkę i chciałam wziąć go za rękę, zobaczyłam, że go nie ma, po prostu zniknął. Biegiem przez hol dworca, szukam rozpaczliwie. Nigdzie go nie ma. Biegiem na perony, jeden, drugi, trzeci – ani śladu. I nagle słyszę komunikat przez megafony: „Mama kilkuletniego chłopczyka jest proszona o zgłoszenie się w dworcowym komisariacie milicji”. Boże! Co się stało?! Wpadam z nadzieją i lękiem zarazem do pomieszczenia komisariatu i cóż zastaję: za barierką stoi mój Piotruś uśmiechnięty od ucha do ucha, wyraźnie zadowolony z siebie i zamieszania, które spowodował, a pilnujący go milicjant (nie policjant, bo to były czasy głębokiej komuny) z nieskrywaną ulgą mówi:

– Jak dobrze, że pani przyszła, bo nie wiedziałem, co z nim zrobić.

Okazało się, że jakaś pani zobaczyła na placu przed dworcem dziecko bez opieki, wzięła je za rękę i przyprowadziła na komisariat.

– Dlaczego tam poszedłeś, Piotrusiu, co robiłeś przed dworcem? – pytam dzieciaka nieco już ochłonąwszy.

– Byłem zobaczyć panią jesień, bo ona chodzi po świecie i zrzuca liście z drzew.

Dzisiaj, spacerując po parku, patrzę na młode matki, które jedną ręką prowadzą dziecko albo popychają wózek, drugą zaś manipulują w nieodłącznej komórce. Czasem dają ją marudzącemu niemowlęciu, by się uspokoiło. Obserwuję to z pełną dezaprobatą, ale równocześnie, mając w pamięci opisane wydarzenie, myślę sobie: o ileż to bezpieczniejsze – takiego dziecka nie poniesie fantazja, by szukać jakiejś „pani jesieni”, bo będzie wiedziało, że przecież jej nie ma, że to tylko zwykła pora roku, kiedy trzeba zgrabić liście, wrzucić je do worka albo na kompost, ponarzekać na nadmiar pracy. Czy jednak na pewno tak? Czy świat zamknięty w komórce, dostępny kliknięciem dziecięcego paluszka, nie uruchomi wyobraźni i nie poprowadzi w nieprzewidywalnym kierunku? Jakim? Oby też w poszukiwaniu ulotnego piękna spadających, złotych liści.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *