Syndrom brukselski

Dwudniowe, a więc niekonstytucyjne, referendum akcesyjne w 2003 toku było przyzwoleniem na egzystencję w dobrostanie wspólnoty niepodległych państw narodowych. Tymczasem mamy do czynienia z dolegliwą rzeczywistością pozatraktatową.

Brukselokraci wyspecjalizowali się w partyzanckich działaniach zmierzających do realizacji wizji państwa brukselskiego pod niemiecką hegemonią. W konsekwencji tych poczynań rola państw narodowych sprowadza się do terytoriów pod zarządem brukselokratów, zaś rola parlamentu europejskiego – który właściwie nikogo nie reprezentuje – ogranicza się do uchwalania lewicowo-liberalnych rezolucji. Do tej pory nie rozwiązano bagatelnego w końcu problemu zmiany czasu, zaś osiągnięciem pozostaje – po dziesięcioleciu debat – przytroczenie nakrętek do plastikowych butelek.

Tymczasem brukselokraci prześcigają się w pomysłach na produkowanie przepisów pozatraktatowych, krok po kroku niwelują niepodległość państw. Wprowadzony na siłę pakt migracyjny jest przedsięwzięciem pozatraktatowym, gdyż migracja ekonomiczna należy wyłącznie do kompetencji państw członkowskich. Takimi są też wybór źródeł emisji, czy tzw. miks energetyczny – ale nic to, gdy obowiązuje zielony szalony ład. I najważniejsze. Chociaż w UE obowiązuje zasada jednomyślności i prawo weta, to stosuje się różne kruczki, by głosować kwalifikowaną większością.

Tak więc, nie jest już tajemnicą, że jeżeli ETS-2 wejdzie w życie, to każde gospodarstwo domowe będzie dopłacać miesięcznie 600 zł do kosztów ciepła i energii (w 2030 roku – 1400 zł). Niezależnie od tego, wzrost cen paliw spowoduje większe koszty transportu, usług i towarów. W tej sytuacji premier Słowacji nawołuje państwa V4 do sprzeciwu wobec handlu uprawnieniami do emisji CO2, nazywając ten pomysł „głupotą”. Wyraził też nadzieję, że może rozmawiać na ten temat z polskim premierem. Jak na razie bez rezultatów.

Są jednak osiągnięcia, jak w polskim szkolnictwie, chlubiącym się wprowadzeniem „Gender studies” (płeć i seksualność) na Uniwersytecie Warszawskim. Aktywiści i politrucy lewactwa odrabiają lekcję postępu, nieaktualnego już w dużej mierze w zachodnim szkolnictwie. Jesteśmy tacy, jak Europa Zachodnia – przekonuje Barbara Nowacka na konferencji rebrandingowej PO.

Unia nam da

Brukselokraci skasowali polskie rybołówstwo bałtyckie, a przy współpracy z polskimi władzami, działającymi na rzecz niemieckiej gospodarki, wykończyli polski przemysł stoczniowy. Polski węgiel – jak również pochodząca z niego energia – są brudne, w przeciwieństwie do niemieckiej czy czeskiej. Znana ze swej jakości polska żywność jest z powodzeniem eksportowana do krajów zachodnioeuropejskich, ale polscy obywatele muszą zadowalać się dyskontową żywnością z działających w kraju zagranicznych sieci handlowych (nota bene kuglujących z płaceniem podatków). Teraz napływa tania substandardowa żywność ukraińska, w niedługiej przyszłości przypłynie tania wołowina z Mercosur. Polskie hutnictwo zwija się, ale dobrej jakości wyroby stalowe eksportuje się do krajów unijnych. Polski rynek zalewa natomiast gorsze żelastwo ukraińskie i azjatyckie. Mimo wojny, ukraińska gospodarka doskonale sobie radzi, na przykład transport samochodowy ruguje Polskę z przewozów unijnych, a w budżecie nie ma takiej dziury, jak w polskim.

Brukselokraci traktują państwa członkowskie „po uważaniu”, preferując niektóre, innym zaś blokując fundusze. Pod pretekstem bliżej nieokreślonej praworządności stawiają kamienie milowe. Chociaż wszystkie państwa członkowskie są równe, to jednak są „równi i równiejsi”, a nawet uprzywilejowani. Pozostaje paradoksem, że Ukrainę traktuje się jak członka UE, czasem z preferencjami.

Tymczasem w potocznej opinii brukselski podział pracy, solidarnościowa współpraca między państwami członkowskimi, realizuje się we wzajemnych podchodach, wykorzystywaniu słabszych przez silniejszych, dominacji tych, którzy bardziej dbają o swoje interesy.

Dobrodziejstwa brukselskie kojarzą się powszechnie z kostką brukową, która ukamienowała większość miast i miasteczek, oraz – gdzieniegdzie – z akwaparkami. Nie przysporzyły jednak fabryk, przedsiębiorstw – a więc miejsc pracy. Co najwyżej tych ostatnich przybyło w administracji (biurokracja).

Ekonomia neokolonialna

Gdy równość państw członkowskich pozostaje w zapisach traktatowych, istotnego znaczenia nabiera egzekwowanie podmiotowości państwa, realizowane przez poszczególne rządy. Administracja 13 grudnia nie ma na tym polu większych osiągnięć, ulegając brukselokratom działającym bez demokratycznego mandatu i bez żadnej odpowiedzialności. To paradoks demokracji, że los blisko 500 mln „brukselczyków” zależy od kilkunastu komisarzy, nominatów partyjnych, regulujących wszystkie dziedziny życia i działalności gospodarczej.

Właśnie brukselokraci akceptują umowę handlową z Ukrainą – obniżenie lub zniesienie ceł na produkty mleczne, warzywa, owoce, mięso – która zobowiązuje się dostosować standardy produkcji rolnej do unijnych. Gdy wystąpią zakłócenia rynkowe, porozumienie przewiduje wdrożenie mechanizmów ochronnych (ograniczanie dostępu). Niemniej dotychczasowa praktyka nie sprawdziła się, zagrażając unijnej produkcji rolnej, szczególnie polskiej. Nic to jednak nie znaczy, gdy eksploatujące ukraińską ziemię koncerny niemieckie, holenderskie czy francuskie – muszą zarabiać.

Finansowanym przez rządy organizacjom pozarządowym nieźle się powodzi – można zarabiać na ekoterroryzmie. Widać to na przykładzie Turowa, który „truje środowisko”, w przeciwieństwie do kopalni czy elektrowni czeskich czy niemieckich. Co więcej, w ramach solidarnej unijnej współpracy gospodarczej, czescy energetycy deklarują polskim odbiorcom dostarczanie prądu.

Gdy ideologia zstępuje zdrowy rozsądek, wdrażanie mechanizmu ETS-2 jest coraz bliższe. To kolejny podatek klimatyczny dla „brukselczyków”, zwiększający rachunki za energię, paliwa i ogrzewanie. Nic dziwnego, że 19 państw unijnych chce zmian w podatku ETS-2 (czemu nie jego likwidacji), motywując to nadmiernymi obciążeniami dla obywateli. Niemniej brukselokraci przekonują, że ETS-2 to nieodzowny mechanizm unijnej gospodarki, a nawet podstawa transformacji energetycznej (cokolwiek by to znaczyło). Jak na razie aktywność administracji 13 grudnia w proteście przeciwko klimatycznym fantasmagoriom jest nieznana. Nie wiadomo też, czy byłaby w stanie odrzucić kosztowny ETS-2.

Mimo okoliczności wojennych, krajowy przemysł ciężki bynajmniej nie rozwija się. Przeciwnie. Upada pod naporem brukselskich regulacji klimatycznych. A jeszcze ekoterroryści nie chcą żeglownej Odry (konkurencja dla Niemiec) – domagając się jakiegoś parku krajobrazowego. Tak, jakby nasz kraj miał stać się skansenem przyrodniczo-przemysłowym. Administracja 13 grudnia nie zauważyła też, że Polska dysponuje rozległym dostępem do morza, a więc powinna rozwijać gospodarkę morską. Tymczasem infrastruktura portowa pozostawia wiele do życzenia. Stąd inicjatywa prezydenta – „Tak! Dla polskich portów”. Postuluje ona realizację terminala kontenerowego w Świnoujściu, portów zbożowych w Gdańsku i Szczecinie, rozbudowę portu gdyńskiego.

Formatowanie „unijczyków”

Samotni w sieci i w świecie. Pozycjonowani na tu i teraz. Pozbawieni odniesień historycznych, więzi międzygeneracyjnych. Pojedynczy i wykluczeni w społeczeństwie. Osobni. Każdy ze swoją prawdą. Tacy są bezradni wobec zagrożenia manipulacją i kłamstwem. Zatomizowany obywatel, konsument, klient. Co na to szkoła? Proponuje ograniczenie lekcji polskiego, historii, religii. Za to jest brukselski postęp – genderyzm, klimatyzm, ateizm.

Tymczasem WHO ostrzega, że niewłaściwe korzystanie z mediów społecznościowych, powoduje u nastolatków lęki, depresję, wycofanie, nie mówiąc o demoralizacji, ale tę WHO pomija. Z badań unijnych wynika, że 75% młodzieży nie widzi przyszłości z powodu zmian klimatycznych. W tej sytuacji Komisja Europejska planuje przeznaczyć 1,3 mld euro na zwalczanie negatywnych wpływów mediów społecznościowych. Jak na razie polscy uczniowie nie rozstają się z komórkami w szkole. Poza nią też – tym bardziej, że nie mają zadawanych prac domowych. W końcu co tam nauczanie, gdy najważniejsza jest „edukacja zdrowotna”. Niemniej mamy tu problem, bo na przykład 86% uczniów warszawskich szkół ponadpodstawowych zostało wypisanych z„edukacji zdrowotnej.”

Niezależnie od tego Komisja Europejska w swojej „Strategii równości lgbt 2026-2030” przewiduje, że dzieci w każdym wieku będą mogły określać swoją płeć. Co więcej, wszelka terapia, pomagająca dziecku we właściwym rozwoju psychoseksualnym – ma być karana. Kraje członkowskie, które „nie przestrzegają wartości unijnych” – nie otrzymają funduszy. Ideologiczne eksperymenty na dzieciach – nie wdrożone w samorządach – również będą karane. Niezależnie od ambicji Komisji Europejskiej, trzeba wiedzieć, że wychowanie, rodzina i edukacja to kompetencje właściwe wyłącznie dla państw członkowskich (art. 9 karty praw podstawowych UE).

Rzeczywistość pozatraktatowa

Energetyka to działalność przypisana państwom członkowskim, ale instytucjonalna przemoc brukselokratów robi swoje. W krajach bazujących na wiatrakach i fotowoltaice wzrosły ceny energii, a w konsekwencji postępuje ubóstwo energetyczne. To proza życia – zimne mieszkania, droga żywność, pauperyzacja społeczeństwa. Zielona ideologia zagraża „brukselczykom”, choć traktowali ją jako dobrodziejstwo. Propaganda zrobiła swoje. Już jednak Komisja Europejska reaguje. Będzie zwalczała „dezinformację klimatyczną” (czyli na przykład prawdę o OZE). W praktyce oznacza to cenzurowanie debaty publicznej.

Jakby tego było mało, Komisja Europejska chce zwiększyć swe uprawnienia, forsując podejmowanie decyzji kwalifikowaną większością, zamiast zasady jednomyślności. To wzmocni jej pozycję wobec państw narodowych, podobnie jak własne przychody (nakładając kolejne podatki). Takie są tendencje federalistyczne czy raczej centralistyczne, pojawiające się wśród brukselokratów. Przyjęta przez Parlament Europejski rezolucja „Skutki instytucjonalne rozszerzenia UE” – idzie o państwa Bałkanów Zachodnich – jest takim właśnie pretekstowym uzasadnieniem dążenia do utworzenia unijnego superpaństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *