Nasza redakcja otrzymała zaproszenie na Zjazd Słuchaczy Powszechnego Uniwersytetu Nauczania Chrześcijańsko-Społecznego (PUNCS) we Wrocławiu. W niedzielę 26 października 2025 jednym z prelegentów konferencji był prof. Tomasz Grzegorz Grosse. Wygłosił znakomity wykład, który uprzystępniamy naszym Czytelnikom.
Geokultura oznacza, że mamy do czynienia z geopolityką z jednej strony i z kulturą z drugiej strony. Geopolityka na pewno Państwu się kojarzy mniej lub bardziej czytelnie.
Oczywiście geopolityka ma mnóstwo definicji, ale generalnie rzecz biorąc chodzi o to, jak wyglądają stosunki międzynarodowe, jaka jest dynamika tych stosunków. Przede wszystkim w regionie, ale też w kontekście szerszym, globalnym. Na początku powiem więcej na temat sytuacji międzynarodowej, która jest w tej chwili w Europie i na świecie – natomiast jeszcze kilka słów o tej kulturze i co z tego miksu, czyli połączenia kultury z geopolityką wynika?

Kultura jest definiowana najczęściej bardzo szeroko w dłuższym horyzoncie czasu. Jeżeli mówimy o kulturze, to mówimy o historii, o tradycji, o długim trwaniu, na pewno wielopokoleniowym, wielowiekowym. I w ramach tej definicji mamy obserwację, która wydaje się ciekawa. Dzisiaj Unia Europejska próbuje nas odciąć od naszej kultury, od naszych korzeni. I w pewnym sensie od jakiejkolwiek kultury.
Bo jeżeli kultura jest wielowiekowa, a próbuje się to wymazać, odsunąć na bok jako rzecz nieistotną, czy wręcz jako coś, co przeszkadza w integracji europejskiej i próbuje się w to miejsce zbudować coś, co jest w gruncie rzeczy bardzo doraźne i krótkotrwałe – to widzimy, że z fundamentem kulturowym dla integracji europejskiej jest coś nie tak.

On nas pozbawia korzeni, a z drugiej strony nie daje nic w zamian, co by było równie trwałe, równie solidne. Jest to coś, co jest być może inżynierią społeczną, być może narzuconym socjotechnicznie zestawem wartości, poglądów, światopoglądu. Ale ponieważ jest bez korzeni i bez długiego trwania, trudno uznać, żeby to było użyteczne.
Później chciałbym szerzej Państwu opowiedzieć, jaka jest ta konstrukcja ideologiczna wartości, idei, które są powiązane z integracją europejską. I na sam koniec będę chciał powiedzieć, dlaczego ta idea i szerzej kultura ma znaczenie dla geopolityki, czy dla stosunków międzynarodowych. Jaka jest relacja pomiędzy jednym i drugim i że ta relacja jest bardzo ważna. To widać nie tylko na przykładach historycznych.
Oręż kultury
Jak nie mieliśmy swojego państwa w trakcie rozbiorów, to opieraliśmy się w gruncie rzeczy właśnie na kulturze, na ideach, na tradycjach, w dużym stopniu również na ideach patriotycznych, które były łączone z tradycją chrześcijańską. Z naszą tożsamością chrześcijańską. Wtedy powstał ten kanon Polaka-katolika i on oczywiście może być interpretowany mniej lub bardziej krytycznie. Niemniej nie mieliśmy naszego państwa, nie mieliśmy naszych instytucji, naszego systemu edukacji, wojska, czyli czegoś, co na Zachodzie było podstawą wspólnoty narodowej i tożsamości narodowej.
A my musieliśmy przetrwać. I przetrwaliśmy w oparciu o zupełnie inne fundamenty. Fundamenty ideowe. Na tych fundamentach, właśnie na kulturze, na tradycji i historii – budowaliśmy myśl polityczną, czyli element kultury, która stała się fundamentem odrodzenia państwowości już w XX wieku.
Choćby ten przykład pokazuje, jak jesteśmy głęboko zanurzeni w kulturze i jak ta kultura dla nas, dla naszej geopolityki, myśli politycznej, dla naszej tożsamości i państwowości jest superważna. Ona jest również ważna dla Unii Europejskiej. Niemniej, po tym wstępie widzicie państwo, że jest bardzo wyraźny związek między geopolityką a kulturą.
I on szczególnie jest bliski i czytelny dla nas, Polaków. Bo myśmy nauczyli się opierać właśnie na naszej kulturze wtedy, kiedy nie mieliśmy się na czym innym oprzeć. A nacje zachodnioeuropejskie nie miały nigdy tego problemu i zawsze traktowały państwo jako fundament, na którym mogli się opierać.
My musieliśmy się oprzeć na czymś innym, co pozwoliło nam się odrodzić. Być może dlatego jesteśmy przyzwyczajeni do naszego patriotyzmu, tradycji, do naszej historii i też do naszej wiary jako czegoś, co jest częścią naszej tożsamości narodowej. I być może dlatego trochę lepiej odczytujemy, jak ktoś manipuluje kulturą. A zwłaszcza jak ktoś próbuje odebrać nam nasz fundament. Bo my mamy świadomość, że wtedy on odbiera nam wszystko.
Polacy są w stanie żyć bez państwa, ale nie bez kultury. W związku z tym to prawdopodobnie powoduje, że jesteśmy tacy wrażliwi na punkcie tej ideologii europejskiej, która ma się stać dominującą ideologią dla integracji europejskiej i również dla nas. I która ma poniekąd zastąpić to, do czego my przez ileś wieków byliśmy przyzwyczajeni i co było elementem bardzo istotnym w kulturze politycznej.
Tak na marginesie nasza kultura polityczna jest z jednej strony naszą siłą, ale też z drugiej strony jest naszą słabością. Na szczęście Polacy lubią debatować, lubią dyskutować.
To jest naród, który zawsze był bardzo chętny do różnego rodzaju debat. To widać przynajmniej od czasów oświecenia, od XVIII wieku, ale tak naprawdę wcześniej też było mnóstwo dyskusji, pism, rozpraw o charakterze politycznym. I to jest zadziwiające, chociaż z drugiej strony być może nie do końca powinniśmy się dziwić.
My mamy ogromny dorobek intelektualny, jeśli chodzi o naszą myśl polityczną. Natomiast uczymy się w szkołach o myśli politycznej zachodnioeuropejskiej albo amerykańskiej, a prawie nikt nie wykłada o naszej myśli politycznej, chociażby z czasów I Rzeczypospolitej, z czasów rozbiorów i później. To jest bardzo ciekawe zjawisko, chociaż w porównaniu do Zachodu my się nie mamy czego wstydzić, a pod względem ilościowym, to ich nawet przewyższamy.
Ta debata jest o tyle ważna, że my jesteśmy w stanie przetrawić tę naszą tradycję, naszą kulturę polityczną i być może uczyć się również na swoich błędach. Oczywiście to pytanie dla socjologów, dla politologów fundamentalne. Czy kultura polityczna jest gorsetem, który wymusza pewnego rodzaju działania, czy tego chcemy, czy nie, w tym również wymusza powtarzanie błędów historycznych. Czy też kultura jest zmienna. Większość twierdzi, że jest zmienna. Ale pytanie, czy my podlegamy tym zmianom w sposób spontaniczny, czy też jesteśmy w stanie sami siebie zmienić na korzyść w wyniku właśnie naszej debaty publicznej.
To jest niby margines tego wykładu, ale bardzo istotna kwestia, bo nasza kultura polityczna rzecz jasna się zmienia. I my to widzimy na każdym kroku. Pewne rzeczy pozostają stałe, pewne rzeczy się zmieniają. Zmienia się kultura Polaków. W wielu obszarach, ale również w kwestii opinii, przyzwyczajeń, wzorców zachowań. Przede wszystkim pod wpływem zmian cywilizacyjnych, dobrobytu, integracji europejskiej, technologii, którą dysponujemy. To są zmiany o charakterze spontanicznym. Natomiast moje pytanie dotyczy tego, czy my potrafimy się zmieniać świadomie.
Wydaje mi się, że tak, ale to nie jest takie proste. No i trzeba też dysponować pewnymi instrumentami, które by tę zmianę ułatwiły. Czyli konkludując, jednym z takich instrumentów jest każda inicjatywa, która pozwala nam w sposób mądry zastanawiać się nad różnymi problemami, które nas dotykają i ewentualnie również projektować zmiany.
Kolejnym instrumentem jest chociażby edukacja, także inne działania edukacyjne, prowadzone choćby w mediach społecznościowych, które by miały na celu dyskutowanie o naszej kulturze politycznej, o tym jak ją zmieniać, żeby to nam wyszło w przyszłości na dobre. Podobnie jak powinniśmy dyskutować chociażby o tym, jaka powinna być nasza aksjologia w przyszłej konstytucji, jakimi wartościami powinniśmy się kierować, jak powinniśmy budować silne państwo polskie, żeby ono było prorozwojowe, żeby jednocześnie zapewniało nam bezpieczeństwo i było przyjazne dla obywateli.
Więc to są rzeczy, które możemy zmieniać, nawet jeżeli ta zmiana wydaje się być trudna. Kończąc tę przydługą refleksję chciałbym tylko zwrócić uwagę, że nasza kultura jest superważnym zasobem. Ona w tej chwili stoi przed bardzo potężnym wyzwaniem, bo generalnie rzecz biorąc ma być wypłukana, ma być zastąpiona czymś innym. Więc my stoimy przed zadaniem związanym z tym, żeby jej bronić, żeby ją kultywować, bo ona jest pod oczywistą zewnętrzną presją. Przede wszystkim ze strony Brukseli, ale nie tylko.
Ale jednocześnie broniąc tego zasobu powinniśmy mieć świadomość, że ten zasób ma swoje potencjalne wady i zalety, które mogą pomóc w przyszłości, albo mogą nam zaszkodzić. Czyli bronimy czegoś, co jest nasze, co jest istotne i na czym musimy się opierać. Ale z drugiej strony powinniśmy dążyć do tego, żeby uczyć się na swoich błędach i tę kulturę kształtować w taki sposób, żeby wyciągać pozytywy i zmniejszać negatywy, które są obecne w tym backgroundzie.
Więc jesteśmy może nie tyle potrzasku, tylko w sytuacji, która wymaga z jednej strony obrony Częstochowy, ale z drugiej strony świadomości, że coś trzeba zmieniać, że trzeba na ten zasób kulturowy spoglądać krytycznie. Nie w sposób bezrefleksyjny. My musimy tę kulturę nie tylko obronić, ale ją mądrze stosować w przyszłości. To jest wyzwanie z punktu widzenia naszej państwowości i naszego długiego trwania.
A druga rzecz, oczywista, że kultura łączy się z geopolityką na wiele sposobów. Ale w ramach tej dygresji chciałbym Państwu powiedzieć, że geopolityka z jednej strony chce zmiażdżyć nasz zasób kulturowy lub go wypłukać, zastąpić czymś innym – i to jest zderzenie się z geopolityką naszych czasów. Ale z drugiej strony, jeżeli my mamy budować rzeczywiście perspektywę na długi okres trwania naszej państwowości, to musimy mieć świadomość, że ta kultura musi być nie tylko obroniona, ale musi być aplikowana w sposób mądry i rozsądny. Z pełną świadomością tego, że niekiedy nasza kultura polityczna – byśmy mogli powiedzieć nasze wady narodowe – prowadziły nas absolutnie na manowce. I to widzieli wszyscy, cały świat i my sami. Mało tego, zewnętrzne potęgi wykorzystywały to przeciwko nam.
Czyli jeżeli prognozujemy naszą przyszłość, to musimy mieć świadomość tego związku między geopolityką a kulturą – również i w tym aspekcie. To tyle jeśli chodzi o tę refleksję wstępną, o charakterze geokulturowym. Mam nadzieję, że Państwo już teraz mniej więcej wiecie, o co chodzi z tą geokulturą.
Trochę więcej na ten temat piszę w książce pod tytułem „Geokultura”, więc jeżeli by ktoś chciał, to zachęcam, choć niestety to jest książka naukowa. Przywołuję koncepcje geopolityczne, na przykład Niemców z początku XX wieku, bo coś tam pisali o Europie Środkowej. To wszystko przesycone jest wiedzą merytoryczną, różnego typu przykładami. Mniej tam jest swobodnej, prostej myśli, czy jakichś anegdot. Niemniej, gdyby ktoś był zainteresowany i chciał w ramach pokuty sobie coś zafundować, to zachęcam (https://ksiegarniaomp.pl/geokultura-tomasz-grzegorz-grosse-577545).
Teraz chciałbym w kilku słowach opowiedzieć o obecnej sytuacji międzynarodowej, która jest niezwykle dynamiczna i ma dalekosiężne konsekwencje dla nas. Później bym powiedział kilka słów o odpowiedzi UE na te wyzwania geopolityczne. Bo tutaj Unia Europejska, a tak naprawdę byśmy mogli powiedzieć Bruksela i Berlin są bardzo aktywne. Do pewnego stopnia Paryż. Elementem tej odpowiedzi jest ideologia, czyli ten aspekt geokulturowy. I później bym jeszcze powiedział kilka słów w nawiązaniu do myśli Roberta Schumana jako pewnego rodzaju alternatywę wobec tego kierunku, który w tej chwili jest realizowany przez Brukselę i Berlin.
Zacznę od opisania sytuacji geopolitycznej. Widzimy przede wszystkim bardzo dynamiczne zmiany ładu międzynarodowego, ład międzynarodowy jest głęboko zdestabilizowany. To jest sytuacja, która trwa już od jakiegoś czasu, ale ona się pogłębia. I wszystko na to wskazuje, że szybko powrotu do stabilności nie będzie.
Ta sytuacja niesie mnóstwo zagrożeń dla nas, bo jesteśmy państwem o charakterze peryferyjnym z władzami państwowymi, które generalnie rzecz biorąc delegują odpowiedzialność za nasze sprawy na zewnętrzne instytucje. Innymi słowy, my jesteśmy pasywni. Więc jeżeli jesteśmy peryferyjni i pasywni to znaczy, że jesteśmy tylko przedmiotem gry. A tak naprawdę przesuwania na nas kosztów. I dlatego to jest dla nas sytuacja bardzo dyskomfortowa i póki co w dużym stopniu negatywna. Niemniej, potencjalnie zmiana układu geopolitycznego jest zawsze szansą.
Wystarczy przypomnieć sobie, co się stało po I wojnie światowej. Pierwsza wojna światowa była ważnym elementem destrukcji wcześniejszego ładu międzynarodowego, który się chylił przez ileś tam lat. W końcu ważną fazą tej destabilizacji była I wojna światowa. My skorzystaliśmy z tej szansy, czyli odbudowaliśmy państwo. Ale jak się okazało, to była dopiero pierwsza część przemian ładu międzynarodowego. Drugą częścią była II wojna światowa. I tak naprawdę ład międzynarodowy wrócił do stabilności dopiero po II wojnie światowej. Zakończyliśmy, ten cykl zmian jako satelita Moskwy, choć utrzymując państwowość.
Ten przykład pokazuje, że okres destabilizacji jest po pierwsze długi, a po drugie, że może być zarówno szansą, jak i zagrożeniem. I to w dużym stopniu od nas zależy, jak tę szansę wykorzystamy. Do tej pory udawało nam się to średnio.
Teraz weszliśmy w kolejne dekady bardzo silnego i przyspieszającego mechanizmu destabilizacji, jednocześnie na poziomie regionalnym, czyli w Europie oraz na poziomie światowym. Tak jak powiedziałem, jest to szansa i zagrożenie. Albo zagrożenie i szansa. Ale sądzę, że nie mamy wyjścia, to znaczy, ta wirówka jest tak gigantyczna, że świat będzie kompletnie inny. I Europa będzie kompletnie inna. W tym sensie nie mamy wyjścia, bo to nas zmusza do tego, żebyśmy coś z tym zrobili. Bo inaczej po prostu gdzieś nas ta wirówka „wypluje”. Znowuż „wypluje” nas w postaci jakiejś tam peryferii. Natomiast my powinniśmy myśleć o tym, jak z tej wirówki wyjść do przodu. Bo to jest mimo wszystko również pewna szansa.
USA vs Chiny
Co znamionuje ten okres destabilizacji? Przede wszystkim Stany Zjednoczone słabną i tracą hegemonię czy też prymat. Tracą sprawczość w stosunkach międzynarodowych. Najlepszy dowód: Trump próbuje w jeden dzień zapewnić pokój na Ukrainie. Widzimy doskonale, jak mu się to nie udaje. I mu się to w najbliższym czasie nie uda. On by chciał, ale nie jest w stanie. Bo dzisiejsze USA to nie są te Stany Zjednoczone, które my znamy z okresu upadku komunizmu czy transformacji ustrojowej w Europie Środkowej i Wschodniej.
Po drugie, rosną Chiny. Chiny, które w tej chwili są w zasadzie w centrum globalizacji ekonomicznej. Niewiele im brakuje. Tę starą globalizację amerykańską dekonstruuje Trump. Prezydent Stanów Zjednoczonych niszczy własny ład ekonomiczny, globalny, który był bardzo ważnym elementem hegemonii amerykańskiej. Chiny oczywiście wykorzystują tą okazję. Zarówno na płaszczyźnie budowania nowej globalizacji, tym razem chińskiej, z centrum w Chinach – nie w Nowym Jorku lub Dolinie Krzemowej. W zasadzie Chińczykom brakuje już tylko jednego, a być może dwóch elementów do pełni władzy gospodarczej.
Po pierwsze kontroli nad walutą międzynarodową, bo to jest jeszcze dolar, ale dolar moim zdaniem słabnie i będzie słabł. Coraz więcej państw i coraz szybciej będzie się wycofywać z wymiany międzynarodowej i z rezerw dolarowych. A to jest ważna rzecz, na której w ogóle wisi globalizacja amerykańska.
I być może rynki finansowe jeszcze są przewagą Stanów Zjednoczonych. Jeśli chodzi o technologię, to tutaj już sprawy się zmieniły. Chińczycy w bardzo dużym stopniu dogoniły USA, w niektórych sprawach nawet ich przegoniły. Jeśli chodzi o rynki finansowe, Chiny zbudowały odporność na destabilizację rynków finansowych. Ale też coraz bardziej dysponują własnymi kapitałami, potrafią odpowiednio je zasysać z zewnątrz.
Ale to co jest najważniejsze, Chiny są centrum przemysłowym świata i kontrolują mnóstwo łańcuchów produkcyjnych, kluczowych zasobów, kluczowych surowców. To daje im gigantyczną przewagę, właśnie w sensie wymiany handlowej. I tu są bardzo blisko od tego aspektu technologicznego, finansowego i również walutowego. Na razie mają pozycję centralną, jeśli chodzi o przemysł i handel. To jest ogromna przewaga.
Stany Zjednoczone kontrolują nadal główne linie komunikacyjne globalnego handlu, ale mają coraz mniejsze zdolności skutecznego ich blokowania, na niekorzyść Chin. A Państwo Środka ewidentnie dąży do ograniczenia tej przewagi USA, do zbudowania alternatywnych tras wymiany gospodarczej, a także spowodowania, że Amerykanie wycofają się z mórz i oceanów otaczających Chiny.
Chiny też zyskują w wielu innych aspektach, byśmy powiedzieli, geopolitycznych, czego najlepszym przykładem było to niedawne spotkanie Szanghajskiej Organizacji Współpracy, gdzie okazało się, że przyjechali wszyscy ważni przywódcy z Azji Środkowej, z Azji Południowej, Południowo-Wschodniej, czyli to nie jest tylko krąg najbliższych sąsiadów chińskich. Na tej płaszczyźnie geopolitycznej Chińczycy chcą usunąć Amerykanów z Azji.
Tak jak wspomniałem, nie chcą, żeby Amerykanie kontrolowali militarnie główne szlaki morskie, właśnie azjatyckie. A Stany Zjednoczone stoją przed dylematem: albo bronić swojej pozycji militarnie, albo zrozumieć, że nie są już w stanie i się wycofać, jakby oddając hegemonię, tak jak oddają prymat w Europie, wycofują się częściowo z Europy. To dokładnie to samo ich może czekać, czyli wycofanie się z Azji do Ameryk, do kontroli tak zwanej półkuli zachodniej, czyli obu Ameryk, zgodnie z Doktryną Monroe.
Oni stoją przed takim dylematem strategicznym: wycofujemy się z Europy, Bliskiego Wschodu i Azji. Ewentualnie wracamy do obu Ameryk, czyli tej XIX-wiecznej doktryny, która wtedy była krokiem do przodu. Oni powiedzieli wówczas Europejczykom: Ameryka Łacińska, Środkowa i Północna jest naszą strefą wpływu, wy tutaj nie macie wstępu. To był ten pierwszy moment, kiedy rosła dominacja Ameryki. Teraz oni idą w drugą stronę. Wycofują się, czyli mogą się wycofać do Ameryki Łacińskiej, po to, żeby zdobyć oddech i przystąpić do nowej fazy rywalizacji, tym razem z Chinami, która prawdopodobnie się będzie rozstrzygać już w dużym stopniu w kosmosie. Ale żeby zbudować odpowiedni potencjał, odpowiednie zasoby, technologie, to być może oni muszą zrobić krok w tył. To jest koncepcja, nad którą Amerykanie się zastanawiają.
Alternatywa jest taka, że wycofują się z części Azji, z Europy i Bliskiego Wschodu, pozostawiając przyczółki. Ta strategia nazywa się offshore balancing. Czyli nie wycofujemy się kompletnie, ale wycofujemy się, delegując bardzo dużo odpowiedzialności naszym sojusznikom, czyli w sytuacji, kiedy jest duży kryzys, my wchodzimy do gry. Taka strategia pośrednia. Tylko, że ona w sytuacji destabilizacji międzynarodowej i tak nie ma znaczenia, dlatego, że destabilizacja oznacza, że się robi coraz gorącej. Czyli nie możesz być w dystansie. Wcześniej czy później musisz wejść do akcji albo się wycofać do Ameryki Łacińskiej. Pozostawiając na przykład Chińczykom, żeby uporządkowali sprawy w Azji, być może na Bliskim Wschodzie, chociaż tutaj zasoby chińskie są mniej widoczne.
Natomiast jeśli chodzi o Europę, to tutaj mają możliwości, jak i też o wiele większe interesy. Więc tak to wygląda na pierwszym planie. Rywalizacja amerykańsko-chińska jest absolutnie kluczowa. Od tego rozstrzygnięcia będzie zależało wszystko. I nic się nie będzie stabilizować, dopóki się nie rozwiąże ten najważniejszy temat. Kto ma prymat, kto ma hegemonię? Co zrobią Stany Zjednoczone?
Aktualnie rozważają różne opcje i wycofują się na ten offshore balance w Europie, być może w przyszłości też w Azji. Natomiast nie wiadomo, co będzie dalej, bo ta konfrontacja z dużą dozą prawdopodobieństwa nie zakończy się na tym poziomie. Będzie chyba jakaś konfrontacja chińsko-amerykańska, która doprowadzi do ustabilizowania relacji między tymi dwoma podmiotami. I być może później będzie można porządkować czy stabilizować sytuację regionalną, w tym w Europie.
Na razie Stany Zjednoczone wycofują się z Europy, co oczywiście jest gigantycznym przyspieszeniem destabilizacji, bo ład po II wojnie światowej opierał się na Ameryce, na obecności Amerykanów w tej części świata. Jak oni się wycofują, to znaczy, że oni to wszystko przewracają. To po pierwsze. Po drugie, oczywiście geopolityka nie znosi próżni i muszą wejść jakieś inne siły. No i przede wszystkim widzimy, że Rosjanie mają taki apetyt. No i do pewnego stopnia regionalna siła, czyli Niemcy. Bo przecież jednym z części ładu po II wojnie światowej było kontrolowanie Niemców.
To były trzy elementy składowe tego systemu stabilizacji ładu międzynarodowego w powojennej Europie. Po pierwsze – kontrola Niemiec. Po drugie – odstraszanie Rosji. A po trzecie – obecność Amerykanów w Europie, którzy gwarantowali dwa pierwsze cele. To są te trzy cele powołania NATO. Niewiele osób wie, że Niemcy były pierwszym celem, a dopiero drugim była Rosja. Teraz, jak wszyscy wiemy, Amerykanie wychodzą z Europy. Czyli podstawowy filar stabilizacji jest unieważniony. I to musi powodować gigantyczne napięcia.
Ta próżnia otwiera rywalizację niemiecko-rosyjską, po schedę po Ameryce. I to jest dla mnie oczywiste. Niemcy rzecz jasna będą wykorzystywać całą Unię Europejską do tego, żeby realizować swoje cele geopolityczne. Rosjanie próbują realizować te cele przy pomocy Chin. Tylko, że moim zdaniem Chinom zależy na tym, żeby USA wykrwawiały się w Europie, ale nie zależy na tym, żeby Rosja pobiła Niemcy lub z powrotem zaczęła kontrolować Europę Środkową. To jest ten problem w relacjach rosyjsko-chińskich. Póki co Chińczycy popierają wojnę, faktycznie, ja nie mówię deklaratywnie, faktycznie popierają kontynuację wojny na Ukrainie, bo to wyczerpuje Amerykę. Natomiast co będzie dalej, to my tego nie wiemy, jak będzie się układała ta rywalizacja rosyjsko-niemiecka.
Z punktu widzenia całej układanki geopolitycznej, ona jest przed fazą pogłębienia destabilizacji. My jesteśmy jeszcze przed tą fazą rywalizacji. Czyli my nie jesteśmy za, nie idziemy w kierunku stabilności, tylko my idziemy w kierunku jeszcze większej niestabilności.
Kolejną rzeczą jest to, że Niemcy traktują Unię Europejską jako pewnego rodzaju zasób, instrument. Unia Europejska jest im potrzebna z wielu powodów. Po pierwsze jako instrument stabilizacji kontynentu w przyszłości, z potężną rolą Niemiec jako przywódcy i do pewnego stopnia nawet gwaranta stabilności na kontynencie. Zamiast, byśmy mogli powiedzieć, Amerykanów.
No i to powoduje, że oni przynajmniej w założeniu powinni tę Unię doprowadzić do mniejszego chaosu, niż ona jest w tej chwili. Czyli powinni spróbować nią lepiej zarządzać. Na razie sytuacja jest taka, że Unia przechodzi przez mnóstwo kryzysów, jest w różny sposób osłabiona, jest też nie do końca sprawna, jeśli chodzi o zarządzanie, rozwiązywanie poszczególnych kryzysów.
Moja ostatnia książka, nad którą właśnie pracuję, pokazuje, jakie są wewnętrzne dysfunkcje zarządzania w Unii Europejskiej. Niemcom będzie trudno zapanować nad tym wszystkim, zwłaszcza po to, żeby był to skuteczny i sprawny instrument dla stabilizacji geopolitycznej. Zobaczymy w związku z tym, jak to będzie dalej.
Oni albo będą szli w tym kierunku, w którym idą do tej pory, co jest najbardziej zresztą prawdopodobne, bo chyba w ten sposób postrzegają elity niemieckie najprostsze rozwiązanie swoich kłopotów. Albo pogodzą się z tym, że Unia wyczerpała się jako organizacja, która jest w stanie w ogóle czymkolwiek zarządzać i będą być może wtedy szukali alternatywnego rozwiązania. Na razie nic nie słychać o tej alternatywie, poza tym, że Alternatywa dla Niemiec krytykuje mocno Unię Europejską. Ale za wyjątkiem tego, elity mainstreamowe nie rozważają scenariusza B. A podstawowy scenariusz A jest ogólnie znany.
Chodzi o jeszcze większą centralizację zarządzania Unią Europejską przez Brukselę, poprzez regulacje europejskie, przyjmowane w coraz większym stopniu większością kwalifikowaną, czyli taką, która gwarantuje, że niemieckie interesy strategiczne będą zabezpieczone. Poprzez metody siłowe, poprzez sankcje, poprzez różnego rodzaju warunkowości, które będą wstrzymywać fundusze europejskie tym państwom, które są „niepraworządne”. A tak naprawdę chodzi o to, że one idą wbrew Niemcom.
I to jest istota tej praworządności, bo ona ma ultrapolityczny charakter. Tutaj o żadną praworządność nie chodzi i nigdy nie chodziło. To dla politologów, którzy potrafią patrzeć, oceniać fakty – jest oczywiste.
Niepraworządna UE
Unia Europejska jest klasycznym przykładem organizacji niepraworządnej. Krystalicznym przykładem. Ona by się nie rozwijała, gdyby była praworządna, gdyby się trzymała litery traktatu. Ona musi być niepraworządna, musi łamać, omijać traktaty, udawać, że stosuje te traktaty, ale tak naprawdę je łamać. Bo inaczej nie rozwijałaby się w kierunku centralizacyjnym. Czyli Unia to jest po prostu krystaliczny przykład braku praworządności. I naukowcy to od wielu lat wiedzą.
Powstało mnóstwo koncepcji na ten temat. Najbardziej poważną to jest tak zwany competence creep, gdzie Komisja Europejska, Trybunał Sprawiedliwości i Parlament Europejski notorycznie łamią traktaty, omijają, gwałcą, metodą faktów dokonanych – zawłaszczają władzę. Bo nie da się zmienić traktatów, a my chcemy się centralizować, no to zabieramy tę władzę państwem członkowskim a czasem sobie nawzajem.
To nie ma nic wspólnego z praworządnością. To jest brutalna walka o władzę i o realizowanie pewnego zcentralizowanego projektu, który ma uratować Europę, a tak naprawdę coraz bardziej ustabilizować kontynent pod dominacją, czy pod kontrolą niemiecką. To jest cel, a cała reszta to są instrumenty. Więc centralizacja jest realizowana na dwa sposoby.
Pierwszym i najważniejszym, najczęściej stosowanym, to jest ten competence creep, czyli pełzające zawłaszczanie kompetencji przez różne instytucje, wbrew traktatom, bo to nawet nie jest omijanie traktatu. Jeżeli traktat wprost mówi, jaka jest procedura egzekwowania praworządności, a Komisja Europejska sobie wymyśla inną procedurę, która dla niej jest łatwiejsza – to jest to pogwałcenie prawa traktatowego. Traktat mówi wprost: jeżeli chcesz zbadać łamanie wartości europejskiej, w tym praworządności, stosuj procedurę z artykułu 7. A oni wymyślili inną, łatwiejszą dla siebie procedurę. Jak to nazwać? Komisja, która nie stosuje tej traktatowej procedury, tylko sobie wymyśliła inną procedurę dla badania praworządności, jest więc niepraworządna. No i takich przykładów jest mnóstwo.
To się nazywa w literaturze competence creep. Oni sobie wymyślają jakieś własne procedury, ubierają to w różne regulacje. Trybunał Sprawiedliwości potem mówi – tak, tak, wszystko jest zgodnie z prawem. Trybunał Sprawiedliwości w pewnym momencie powiedział tak: moje wyroki są jak nowy traktat. Kilku sędziów tak sobie powiedziało. Nieważne 450 czy 500 milionów obywateli i procedury demokratyczne ratyfikacyjne w państwa członkowskich. To w ogóle jest nieważne. My się zbieramy z kolegami i koleżankami w 10 osób i piszemy nowy traktat. I to jest ważne. Od dnia dzisiejszego nasz wyrok jest na poziomie traktatu.
I od tego momentu, od tego werdyktu, cokolwiek nie zrobi Komisja, to już jest zgodne z prawem. To już jest praworządne. Więc stosując takie triki, takie wytrychy czy zabiegi, można oczywiście wszystko w Unii Europejskiej. Tylko pytanie, jaka to jest praworządność?! Zainteresowanych odsyłam do kolejnej książki na ten temat (https://aws.edu.pl/wp-content/uploads/2024/09/trzecia-wladza_na-strone-WWW-m.pdf).
Więc z jednej strony jest ta centralizacja wynikająca z competence creep, kolejnych działań w praktyce, które zwiększają władzę Komisji, zwiększają władzę innych instytucji. A z drugiej strony jest ten słynny projekt zmian traktatów, który niedawno wyszedł z Parlamentu Europejskiego, w teorii jest przed aprobatą Rady Europejskiej, i przed procedurą rewizji traktatowej. Tylko, że trudno powiedzieć, kiedy to nastąpi, bo jest na tyle duży opór w państwach członkowskich, że ten proces nie został wznowiony po tym, jak w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego przyjęto rezolucję, która projektowała te zmiany.
Zresztą rezolucja Parlamentu Europejskiego została przygotowana przez zespół roboczy eurodeputowanych, składający się z pięciu Niemców (ale przecież oni pochodzili z różnych ugrupowań politycznych). Parlament to przegłosował. W paru miejscach nastąpiły zmiany, bo propozycje niemieckie były już tak nachalne, że nie sposób było tego przyjąć. To nie miało nic wspólnego z demokracją. Bo proszę zwrócić uwagę, nawet procedura zmiany traktatów miała być głosowana większością. To się nie mieści w głowie, żeby nawet traktaty były głosowane większością, a obowiązywały wszystkie państwa.
Czyli Polacy mogliby zostać przegłosowani. Mamy nowy traktat, na przykład unię federalną, ale my nie mamy nic do powiedzenia. Nasz parlament, nasz prezydent, przede wszystkim instytucje polityczne powinny teoretycznie na to się zgodzić. Bo traktat to jest umowa międzynarodowa. To jest coś w rodzaju konstytucji. To jest inny typ prawa. A mogliśmy być w teorii przegłosowani.
Warto też dodać, że to czym się zajmował się ten specjalny zespół w Parlamencie, to przygotował zespół francusko-niemieckich ekspertów. Potem w zasadzie ten sam projekt grupy francusko-niemieckich ekspertów zaczął być obrabiany przez grupę roboczą w Parlamencie. Więc widzimy, jak pojawiają się super-istotne zmiany o charakterze konstytucyjnym – nas w tym nie było. Na samym początku był Jacek Saryusz-Wolski, który został tam chyba dokooptowany jako przysłowiowy „kwiatek do kożucha”. Było pięciu Niemców plus właśnie Saryusz-Wolski. I on szybko się wymiksował. Tym bardziej, że jego nie słuchali. Przedstawiał jakieś propozycje, było głosowanie i oczywiście pięciu Niemców wyrzucało to do kosza, co on przygotował. Szybko stwierdził, że jest tam tylko po to, żeby legitymizować tych Niemców, a nie żeby tworzyć projekt traktatu. Dlatego się usunął.
Parlament Europejski funkcjonuje przy bardzo dużym udziale polityków niemieckich. Tam były dwie osoby, które są bardzo wpływowe. Jeden to jest Manfred Weber, który jest szefem Europejskiej Partii Ludowej, czyli największej frakcji w Parlamencie Europejskim z ponad 180 posłami. Druga osoba to jest sekretarz generalny Parlamentu, czyli ten, który zarządza służbą cywilną, wszystkimi urzędnikami, całą obsługą Parlamentu. Do roku 2023 funkcję tę sprawował Klaus Welle. To jest istotna kwestia. Wydawać by się mogło, że urzędnicy nie mają znaczenia. Być może w Komisji Europejskiej, ale nie w Parlamencie. Tymczasem jest gigantyczna obsługa administracyjna, która przygotowuje wszystkie dokumenty, która kontroluje różne procesy. I szefem tej administracji był przez długie lata Niemiec.
Wieloletnie ramy finansowe
A zatem centralizacja jest zaprojektowana w traktacie, w projekcie traktatu rewizyjnego, ale ponieważ on jeszcze nie wchodzi w życie, to mamy tę praktykę competence creep, która funkcjonuje. I teraz mamy kolejną wielką dyskusję, która nam się kroi w Unii Europejskiej, czyli o nowej wieloletniej perspektywie finansowej na kolejne 7 lat. I to już teraz widać, że będzie kolejna próba zwiększenia centralizacji zarządzania przy okazji nowego budżetu dla Unii Europejskiej.
Byłem niedawno uczestnikiem panelu organizowanego przez pana posła Sebastiana Kaletę, jest zresztą transmisja z tych obrad https://www.youtube.com/watch?v=DPvl0f7IKIA.
Tam pokazaliśmy bardzo wyraźnie kilka ciekawych rzeczy, które są szykowane w ramach tej nowej perspektywy finansowej.
Po pierwsze, dwukrotnie wzrasta polska składka. Z około 50 do ponad 100 miliardów euro. To jest w skali całej perspektywy, 7 lat. Czyli nie wiemy do końca, czy będziemy beneficjentem netto. Zbliżamy się do granicy, że ta przewaga zysków finansowych w stosunku do naszej składki jest coraz mniejsza. Rząd Donalda Tuska ogłosił, że jesteśmy super zwycięzcą. Ogłosił sukces, bo około 120 miliardów mamy dostać z Unii w ramach tak zwanego Krajowego i Regionalnego Planu Partnerstwa. Natomiast nasza składka oscyluje wokół 100-110 mld. Unia jest jeszcze przed negocjacjami, a więc wiele się może zmienić. Tymczasem polski rząd ogłosił sukces negocjacyjny, czyli faktycznie skończył negocjację. O nic nie będziemy się już bili, bo odhaczyliśmy sukces.
Niemcy twierdzą, nie, nam zupełnie się to nie podoba. Musicie ustąpić. Ci, którzy odnieśli sukces, muszą teraz troszeczkę się przesunąć w stronę niemiecką. Oczywiście mówię to z dużą dozą cynizmu z mojej strony, bo tak naprawdę ten budżet zaprojektowali w Komisji Francuzi i Niemcy (szara eminencja Komisji Bjoern H. Seibert oraz Stéphanie Riso i Céline Gauer), a nie pan Piotr Serafin. Taka jest prawda. I to nie jest mój pogląd, tylko o tym informowała prasa specjalistyczna, czyli insajderzy. W związku z tym oni nie mogli zaproponować budżetu, który nie będzie korzystny dla Niemców.
Ale jak Niemcy wchodzą w negocjacje, pokazują, że są niezadowoleni. No bo inaczej, jak ogłoszą sukces, to wszyscy będą kazać przesunąć się Niemcom, bo taki wielki sukces odnieśli. Nawet jeżeli twoja pozycja jest bardzo dobra, to pokazujesz niezadowolenie po to, żeby negocjować. A myśmy ogłosili sukces i skończyliśmy negocjację – zanim się one zaczęły!
Co to oznacza? To oznacza, że negocjacje mogą odbywać się naszym kosztem. Czyli ta niewielka górka, o której tutaj mówiłem, pomiędzy składką, a tym, co dostaniemy, ona się może zmniejszyć. Już widać, że w tym budżecie zmniejsza się nasze korzyści. Budżet na politykę rolną jest okrojony o 30%. Rolnicy dostaną mniej. Budżet na politykę spójności będzie też o kilka procent mniejszy, a może być jeszcze bardziej okrojony. Czyli mówiąc krótko to, z czego my korzystaliśmy, jest zmniejszane. A składka nam wzrasta dwukrotnie. Więc widać, jaki jest trend. Jak mogą się dalej toczyć te negocjacje, skoro myśmy odnotowali już sukces?
W związku z tym nie jest powiedziane, czy będziemy, czy nie będziemy beneficjentem netto. Mało tego, jest ewidentny transfer ze wschodu Unii Europejskiej na zachód. Bo jest ogromny, kilkukrotny przyrost na politykę innowacyjną, przemysłową i obrony, która jest kierowana głównie do Europy Zachodniej. Polityka obrony, wbrew pozorom, nie jest kierowana do wschodniej flanki, która jest najbardziej zagrożona. Polityka obrony jest kierowana na zachód. My na wschodniej flance mamy kupować europejskie uzbrojenie, a nie je produkować. To jest ta zasadnicza różnica.
Ale myśmy ogłosili sukces. Zresztą to nie jest pierwszy raz, kiedy słyszę Donalda Tuska, że nie dał się ograć w Brukseli. Ja tylko przypomnę. Mieliśmy być zwolnieni z uchodźców w ramach mechanizmu relokacji. Ta sprawa nie jest przesądzona w Brukseli. Mało tego, mnóstwo państw członkowskich naciska, żeby w ogóle nie dawać ulgi Polsce. No bo ten mechanizm został wymyślony po to, żeby Polacy przyjmowali imigrantów, a nie po to, żeby byli zwolnieni. Koszty przesuwa się z zachodu na wschód UE. Negocjacje nie zostały zakończone. Nie wiemy, co się dalej stanie, ale sukcesu nie ma. Tak samo słyszeliśmy niedawno o tym, że możemy opóźnić ETS-2. Nie ma czegoś takiego w Brukseli. Negocjacje nie zostały zakończone. Nie wiemy, jak to się skończy. Tak samo unijny budżet jest elementem przesuwania korzyści do Europy Zachodniej kosztem Europy Środkowej. Takie są trendy.
Warunkowość
A gdybyśmy „podskakiwali”, na przykład Polacy postanowili wybrać sobie rząd prawicowy, to jest wzmocniona warunkowość. I mamy 100% pewności, że nam wszystkie fundusze odbiorą. Nie możemy mieć nawet jednego procenta wątpliwości. Myśmy to już ćwiczyli. My dokładnie wiemy, jak te procedury wyglądają.
Czyli będziemy karani, jeżeli wybierzemy rząd prawicowy. Nie powinniśmy mieć jakichś nadziei, wyobrażeń, wątpliwości, w którym kierunku to idzie. A czy możemy nie zapłacić składki? Oczywiście możemy. Tylko że pytanie, który rząd się na to zdobędzie. Ale w teorii moglibyśmy. Po prostu wstrzymujemy transfery. To przecież minister finansów podpisuje co miesiąc transfery. A premier mówi: póki nie dojdziemy do ładu z naszymi przelewami w obie strony, to my się wstrzymujemy. Wy wstrzymaliście nasze przelewy, my wstrzymujemy nasze. Wydaje się oczywiste i ja żałuję, że polski rząd tego nie zrobił.
Bo proszę zwrócić uwagę – myśmy płacili już na Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (czyli KPO) prawie 2 lata, kiedy oni nam wstrzymywali wypłatę tej pożyczki, a potem wszystkie pozostałe fundusze unijne. Ja tego nie rozumiałem. My powinniśmy się w ogóle wycofać z tego KPO. Jak nam nie płacicie, to my po prostu oddajemy wam te jachty, te kluby swingersów, budujcie je u siebie w Brukseli. I powinniśmy w ogóle się już przestać tym interesować.
KPO to była pożyczka, ale inaczej rozliczana. Jedna część jest rozliczana jako pożyczka krótkoterminowa. A druga jako pożyczka długoterminowa. Niemniej dużo państw nie skorzystało z tych pożyczek krótkoterminowych. Myśmy wzięli całość. Pomimo tego, że było wysokie prawdopodobieństwo, że nic nie dostaniemy. A teraz rząd Tuska – który narzekał na poprzedni rząd, że to przez niego nie dostajemy KPO, bo jest niepraworządny – sam doszedł do wniosku, że tę część tzw. pożyczkową oddaje. Tę pożyczkę krótkoterminową. I ostatnio ponad dwadzieścia jeden miliardów zwrócił. Bo wie, że nie są w stanie tego wydać. Starają się wydać, a to będzie bardzo trudne, tę długofalową pożyczkę.
Chciałbym jeszcze na zakończenie wrócić do tematu geokultury.
Jak mówiłem, mamy zmianę ładu międzynarodowego. Jaka jest odpowiedź Brukseli? Centralizacja i wzrost sankcji, przymusu. Przejście jeszcze silniejsze w kierunku głosowania większością kwalifikowaną, gdzie największe państwa mogą narzucać swoją wolę, a my możemy być przegłosowywani. To jest odpowiedź, która nas betonuje jako peryferie, nasz status peryferyjny w Europie. I niestety to jednocześnie spycha na nas koszty. I to państwu pokazałem przy okazji tej nowej perspektywy finansowej – my jesteśmy dawcą kapitału, który jest transferowany do tych części Unii Europejskiej, która w tej chwili się zapada. Bo my się rozwijamy, ale oni się zapadają. Byśmy mogli powiedzieć nie przez nas, tylko na swoje życzenie. To pokazał raport Romana Dragiego.
Bo my mamy trzy elementy bilansu korzyści i kosztów z członkostwa w UE, o których pisaliśmy w raporcie z profesorem Zbigniewem Krysiakiem. Pierwszym są transfery unijne. Fundusze spójności, na rolnictwo, itd. versus nasza składka. To jest pierwsza część. I do tej pory byliśmy beneficjentem, a teraz przesuwamy się w kierunku równowagi, bardzo słabego beneficjenta lub być może nawet płatnika do budżetu Unii.
Druga część to są korzyści z dostępu do rynku wewnętrznego. To jest w ogóle największa korzyść naszej integracji. Czyli to, że nasze usługi, nasze firmy mogą funkcjonować w Niemczech i w innych krajach. Tylko, że to jest ograniczane regulacyjnie na wiele różnych sposobów. Klasyczny casus przewoźników, którzy się bardzo dynamicznie rozwijali, więc Europa Zachodnia to ucięła. I tak może być z innymi korzyściami. Niemniej w dalszym ciągu jest to potencjalnie największy nasz zysk z integracji – dostęp do rynku wewnętrznego.
Trzecia rzecz to są tzw. transfery kapitałowe. Duże korporacje europejskie inwestują u nas i większość zysków transferują z powrotem. A my w zasadzie nie korzystamy z tego albo w bardzo niewielkim stopniu. Bo te firmy nawet nie płacą u nas zbyt wielkich podatków. Moglibyśmy się jeszcze bardziej rozwijać, gdyby te zyski były inwestowane tutaj. Albo gdybyśmy mieli własne korporacje, które inwestują za granicą i czerpią z tego korzyści. Tylko że to, póki co, nie następuje. Albo w bardzo ograniczonym stopniu.
W związku z tym my jesteśmy rynkiem zbytu. Rynkiem, który pracuje na Europę Zachodnią. To jest ewidentnie ta część naszego raportu, gdzie te transfery są dla nas niekorzystne. O ile transfery unijne były korzystne przez długi okres i dostęp do rynku wewnętrznego też był korzystny, to w tym trzecim obszarze myśmy byli od samego początku stratni. Tylko oczywiście jest pytanie o tę stratę. To powodowało, że tak krytykowano nasz raport. No bo niby w ramach gospodarki wolnorynkowej wszystko jest ok. Właściciel inwestuje i sobie wyprowadza zyski. To jest normalne. Dlaczego my to krytykujemy? To była jedna z głównych linii ataku na nas.
Chodzi o to, że my patrzymy, jak gdyby na całość. Kto zyskuje, kto traci. My zyskujemy, ale Europa Zachodnia zyskuje dzięki nam jeszcze bardziej. To była główna teza naszego raportu. Oni zyskują dzięki nam. Wielokrotnie. Na różne sposoby.
I teraz chodzi o to, żebyśmy ten model zmienili. Żeby to było bardziej sprawiedliwe, bardziej zrównoważone. Nie tak asymetryczne. Tym bardziej, że oni zyskują cały czas od strony biznesowej, od strony transferów korzyści. A ta część – ten pierwszy i drugi moduł naszej analizy – się kurczy coraz bardziej. I one się zmniejszają dlatego, że jest sytuacja niestabilności i kryzysów. Musimy mieć tego świadomość. Bo nasi partnerzy z Europy Zachodniej ratują siebie naszym kosztem, więc to jest nieuchronny proces.
Na gruzach Europy
Teraz ostatnia rzecz, którą chciałem powiedzieć, to jest kwestia alternatywy. I tutaj możemy zaczerpnąć właśnie z myśli Roberta Schumana. On jednak akcentował to, żeby to była przyjaźń międzynarodowa. Żeby to była dobrowolna współpraca, a nie przymusowa. Nie na zasadzie sankcji, odgórnych regulacji, gdzie my jesteśmy przegłosowywani. Gdzie my nie mamy nic do powiedzenia. Po prostu mamy je wdrażać. A jak nie to sankcje. To nie ma nic wspólnego z tym modelem Schumana.
Jeżeli Schuman myślał o rozwoju integracji, to zupełnie według innego modelu. Właśnie bardziej zdecentralizowanego i bardziej subsydiarnego. Zdecentralizowanego w tym sensie, że państwa nadal funkcjonują, nadal bronią swoich obywateli i działają na zasadzie demokracji narodowej.
Subsydiarnego w tym sensie, że to jest opozycja centralizacji. To nie Komisja decyduje, tylko Komisja pomaga. Jak masz problemy, to my ci pomożemy. A nie na takiej zasadzie, jak w najgorszych historiach z dłużnikami. Wykorzystujemy twoją słabość, żeby ci zabrać własność. Czyli odebrać nam kompetencje, odebrać nam suwerenność. To jest prawdziwe oblicze scentralizowanej Unii. I to jest tak zwana „pomoc” Komisji w kryzysie. Wykorzystuje kryzys, żeby jeszcze nas bardziej docisnąć. I nam coś zabrać. A nie pomóc. Nie po to, żebyśmy stanęli na nogi.
Teraz ostatnia myśl. Czy ten model Schumana – model subsydiarny, zdecentralizowany i tak naprawdę demokratyczny – integracji regionalnej w ogóle jest możliwy do osiągnięcia w Unii Europejskiej? Czy w ramach Unii w ogóle jest jakaś realna alternatywa? Bo wielu polityków na prawicy się zastanawia: no dobrze, zdobędziemy większość w Parlamencie Europejskim, albo większość rządów będzie prawicowa, podobnie myśląca, no to wtedy zbudujemy inną integrację.
Oczywiście jest to jakaś opcja. Ja jestem jednak sceptyczny. Uważam, że po pierwsze nie uda się zdobyć większości kwalifikowanej rządów prawicowych i większości konserwatywnej w Parlamencie Europejskim. A nawet gdyby się to udało, to obawiam się, że nie da się zbudować alternatywnej wizji integracyjnej w ramach dzisiejszej Unii Europejskiej.
Bardzo bym chciał, ale jestem pesymistą. Uważam, że tego projektu nie da się uratować. Mało tego, napięcia zewnętrzne, geopolityczne, te rozliczne kryzysy, będą raczej mobilizowały mainstream liberalno-lewicowy w Europie Zachodniej do tego, żeby on szedł w kierunku centralizacji. To wszystko razem pogłębi dezintegrację. Nawet nie dlatego, że ludzie będą się buntować przeciwko centralizacji, chociaż to jest możliwe. Albo że jakieś rządy będą wypowiadały niektóre polityki, np. klimatyczną, migracyjną. Choć to też jest możliwe.
Otóż ja uważam, że ten projekt się załamie przede wszystkim dlatego, że dotychczasowi liderzy, Niemcy i Francuzi, popełniają za dużo błędów strategicznych. I to oni wykończą Unię. Oni być może zwiększą centralizację, może im się to uda. Ale ponieważ „walec niemiecki” jedzie w złą stronę, to on po prostu zniszczy ten projekt. Niemcy zniszczą Unię Europejską paradoksalnie właśnie dzięki temu, że zdobędą więcej władzy. Dlatego, że popełnią katastrofalne błędy.
Pani Merkel otworzyła drzwi dla imigracji, co miało uratować Europę. I widzimy jakie są tego efekty. Polityka klimatyczna została zaprojektowana na wzór Energiewende – polityki niemieckiej. Zdestabilizowali całą gospodarkę, nie tylko system energetyczny, ale całą gospodarkę. Przykładów można przytoczyć wiele. Mówiąc krótko, elity niemieckie popełniają za dużo błędów. To nie my im przeszkodzimy. Sami się wykończą. Taka jest moja diagnoza.
Alternatywna integracja regionalna jest jednak możliwa. Na gruzach dzisiejszej Unii Europejskiej. I musimy być liderem tej nowej integracji. Właśnie w ramach Europy Środkowowschodniej. Zaproponować nowy typ integracji. Takiej, która odwołuje się do tradycji I Rzeczpospolitej, do myśli Schumana, która nie będzie popełniała tak fundamentalnych błędów, jak obecne elity unijne. Nie możemy zmuszać nikogo do tego, żeby odciął sobie korzenie kulturowe. Nie powinniśmy centralizować współpracy regionalnej ani szukać hegemonii, która będzie nas bogaciła kosztem słabszych. Integracja w Europie Środkowowschodniej powinna być subsydiarna, demokratyczna i republikańska. Powinna opierać się na prawdziwej przyjaźni między narodami i na solidarności, a nie na przymusie regulacyjnym i sankcjach. Powinniśmy się do tego przygotować. Być aktywni i podążać w tym kierunku. Bo inaczej będziemy tylko przedmiotem w grze geopolitycznej innych państw i nie wykorzystamy historycznej szansy.
