Laureat naszego konkursu literackiego zarówno w dziedzinie prozy jak i w dziedzinie poezji. W poprzednim numerze publikowaliśmy jego opowiadania, w tym prezentujemy nowe wiersze.
Przyszedłem na świat, by nie pozostawić ludzi obojętnych na słowo
Z wiekiem zaczęły
Drżeć mi ręce
Oddech skrócił się
Serce częściej kruszy klatkę
Gdy upuszczam słowa cierpliwie
Czas żniw nadchodzi
Pierwsze plony zebrane
W piąte urodziny Wróblewskiego
Napięcie mięśni obniżone
Trzeci ton i inna wrażliwość na bodźce
A mimo to mięsień sercowy
Zahartowany arytmiami
Wywołanymi kolekcją źrenic
Jest nie do zatrzymania w akcji
Choć próbowano go
Oskubać i ociosać
Na jedno kopyto cienia kolektywnego
Trzy akordy ludzkości
Disco polowe ciągoty oczekiwań
Pstrokaty i głośny
Kruszę konwenanse i heurystyki
Naznaczony piętnem
Wyrywam ludzi z przyzwyczajeń
Gra z czytelnikiem dla ocalenia duszy i portfela
Rozsiadłem się w gronie pisarzy i literatów
Sącząc emfazę i iskrę szaleństwa
Pospolite ruszenie
Ucieczka w wyobraźni ramy
Byle uciąć więź z rzeczywistością
Hałastra uwięziona w alternatywie
Potwory i monstra
Lżejsze dla duszy i serca
Niż uroki codzienności
Surowizny pełne diagnoz
O stanie gęby
Społecznym cieniu
Źródle nieświadomych projekcji
Pośród tej bandy — ja
Obserwator i psotnik
Poplątałem fakty i fikcję
Mity i legendy
Stapiając się z Wróblewskim
By uczynić go na swoje podobieństwo
Oddałem mu pełną wolność
Ruszył swoim szlakiem
Skazany na banicję
Zima
Jane
Gdy spadnie śnieg
Chcę wyjść zatańczyć
Wiedeński walc
W uniesieniu obrócić się
Z Tobą w moich ramionach
Paść na śnieg
Dwa aniołki przed drewnianym domkiem
Jane
Przy kominku parą gorącej czekolady
Pochłonięci
Wiecznie roześmiani
Otuleni kocem
Wsłuchani w trzaski rozpalonego drewna
Spijający słowa ze swych ust
Jane
Gdy zaśniesz w moich ramionach
Zaniosę cię do snu
Złożę na czole życzenie
By nic nie zakłóciło naszej rzeczywistości
Słodkiej niczym fantazja
Nienasycona dusza
Zrodzony u zmierzchu lata
Nadgryzam każdy promień słońca
Błysk w źrenicy
Zasysam iskry z ciepłych dłoni
Świadom lekkości
Ulotnych dni na wietrze
Naprężam układ nerwowy
Chłonę pochłaniający koloryt
W rozkroku spoglądam w przepaść
Za zamkniętymi oczami
Świst za świstem letniego powietrza
Płuca na skraju implozji
Odkładam gorące serca w spiżarni
Świadom nadchodzącej jesieni
Mroku pożerającego po cichu
W wykrochmalonej pościeli
Przygotowuję się z naddatkiem
Na mróz zimowych nocy
Gdy serce w stanie wojny krok od porażki
Dźwiga 21 gramów w ramionach
Po miesiącach rekonwalescencji
Łataniu dziury w całym
Gdy udowadniałem wartość
Sparaliżowanej duszy
Okowami oczekiwań
Lepiąc uśmiech ostatnim plastrem
Rzucając świńskie żarty
Ku uciesze rozpitej gawiedzi
Zamknięty w pokoju
Sam na sam ze sobą
Krojąc cebulę na obiad
Uroniłem pierwszą łzę
Jej ciepło było kojące
Wybuchła Etna
Wypluwając z głębi
Wielkie chmury śmiechu
Radość implozji
Nie czułem skrępowania
Pozwalając jej ciągnąć za sobą krynicę
Moc w najczystszej postaci
Nieskrępowana dusza
Powoli nadchodzi zmierzch
W kolorycie jesieni
Usycha południowa zieleń
W rozbłysku babiego lata
Dla uniesień
Szargany wiatrem
Odłączam się od krwiobiegu
Szukam iskier
Jak malec
Zahipnotyzowany nimi przed drzemką
Śpiochy szyją iluzoryczne pejzaże
Opadam
Szykując się do snu zimowego
Nie rozmyślając za dużo
Czy jeszcze przyjdzie wiosna
Nic nie jest nam dane na wieczność
Pewność jest matką oszustów
Jane
Uczysz mnie języka czułości
Jak czujnie obserwować świat
Ze spokojnym oddechem
Gdy dłoń drży poza kontrolą
Ślina wypala przełyk
A krytyczne spojrzenia wbijają się w kark
Jane
Uczysz mnie głębi słów
Jak wyskrobać natłok myśli
Zaschnięty na dnie serca
Trzeci ton
Urok po niepewnych drżeniach
Nadwrażliwością obarczony
Jane
Uczysz mnie jak wyzwolić umysł
Ze słów ciężkich i topornych
Bezmyślnie puszczanych na wietrze
Z garbu usuwasz zaborcze myśli
Doprawiając szczyptą pokoju ducha
Wzmacniasz kręgosłup u podstaw
Normalność
Nie znam tego słowa
Nawet normalnie się nie urodziłem
Potrójnie obwiązany
Musiałem szarpać się z życiem o oddech
Byłem przez trzy lata niemy
Próbowano ze mnie wydusić słowo
Potem uroniłem jedno
I stało się to moją obsesją
Tak jak czytanie map
Gdy wykułem obłędnie stolice Europy
By nazajutrz je zapomnieć
Może dlatego
Czułem pociąg do wykolejeńców
Marginesu społecznego
Nie miałem złych intencji
Chciałem tylko zminimalizować dysonans
Nie udało się zmienić zachowań
Przekułem więc autoagresję w akceptację
I choć demony wciąż czyhają
To w tej nierównej walce z lewiatanem
Odrzuciłem kości
Siadając plecami