JAKUB FORNAGIEL

Laureat II nagrody w prozie i III nagrody w poezji w konkursie dwutygodnika „Prawda jest ciekawa”

Znak krzyża, znak ostrzegawczy

To już 20 dzień w puszczy na skraju niczego. 20 treningów i 18 dni ciężkiej pracy, by wykarmić rozochocony słoneczną pogodą tłum 150 dzieci, opiekunów i pracowników.

Michał obudził się z przerażeniem, spoglądając na godzinę. 8:15. Po raz pierwszy doświadczył nawrotu, gdy już myślał, że tym razem będzie inaczej, że dojrzał: PORA COŚ ZMIENIĆ i inne coachingowe brednie. A dla mózgu obciążonego ADHD każdorazowa próba utworzenia najprostszych rutyn graniczy z cudem. Może i wstałem między 7 a 9, ale za to wczoraj zniweczyłem wszystko – zamiast zasnąć między 10 – tą wieczór a 12 – tą, zasnąłem o pierwszej.

Cholera, czy to już nie podchodzi pod paranoję? – myśli, zakładając na siebie pospiesznie ciuchy pracownicze. Nadal nie odnaleziono jego prania, więc kolejny dzień w utytłanej koszulce pracowniczej, ale kto by się tym przejmował, gdy pracujesz na kuchni?

A może jednak? Może warto? Może napyta sobie kłopotów, a każde pytanie, zdanie, wyznanie wpełzające po angielsku do ucha, miesza się w ciąg dźwięków, odwdzięczając się ciągłymi palpitacjami serca i nocnymi zrywami krzyku o 2 w nocy.

Nie dość, że mój angielski jest do niczego, to jeszcze adhd – i weź się tu człowieku skup – myśli sobie, docierając do domku dyrektorów. „Cottage, Director cabin…” niczym ksywki – brzmią fajnie, więc udało się je zapamiętać.

Ale umysł już wygnał stare myśli na wieczną banicję, gdy spłynęły wiadomości od Jane. Błogosławiona i przeklęta różnica godzin. Michał uśmiechnął się i zaczął wydurniać na przywitanie. Mógł wstać wcześniej i spędzić z nią nawet godzinę dłużej, ale zaspał – pluje sobie w brodę, jednocześnie uśmiechając się na nową wiadomość.

Czas jest zawsze okrutny – mija zbyt wolno lub zbyt szybko, nigdy w sam raz. Michał dostrzega, jak z każdym kolejnym wierszem rozjeżdża się czystość słów i zwięzłość formy. Słyszy trzeszczenie na końcu każdego wersetu, który w wolnych chwilach odczytuje Jane, spijającej każde jego słowo niczym Ewangelię albo homilię. Widać to w powrocie Michała do kuchni – podryguje, biegnąc z górki, spóźniony minutę. Niebawem przeskoczy kolejna.

I znów w szum dźwięków. Rozespany, nieuczesany, nieogarnięty, ale uśmiechnięty. Wpada wprost w ramiona szefa kuchni, który jest wredny dla niego od początku. Widok jedzonego śniadania w mikro rozluźnieniu tabaki doprowadzał go do szału: „To już przerwę masz odhaczoną?”.

(…) Nadchodzi weekend dla rodzin, który na campie jest wyjątkową okazją do poznania przeróżnych kultur, bo dzieciaki pochodzą z przeróżnych stanów, a ich rodziny wywodzą się z najróżniejszych krajów świata. To też wolny wieczór dla pracowników kuchni, którzy będą mogli poznać kuchnie świata. Koślawo opowiada to dwójce współpracowników, z którymi Michałowi najciężej się porozumieć. O dziwo, bo jednak być na jednej sali z Ann – tą samą, która podarowała mu kiedyś obrączkę zaręczynową, tą samą, którą zgubił zeszłego lata na obozie, a tym samym jej miłość – i nie doprowadzać do nieustannych wojen wydawało się dla niego większym wyzwaniem od języka.

A okazało się, że Lucas – chłopak z Ghany studiujący na Węgrzech – i Wanda – Białorusinka, studiująca na co dzień w Polsce – porozumiewają się odrębnym językiem.

I choć ciężki akcent Lucasa był do przewidzenia, to jego upartość, by nie próbować nawet zrozumieć Michała, tylko „robić swoje”, była zadziwiająco podobna do Abiego – Pakistańczyka z zeszłego roku, dokładniej mówiąc z pierwszego tygodnia wspólnej pracy. Ale że z Białorusinką znalezienie wspólnego języka okaże się trudne, tego się nie spodziewał. O ironio, nie wiedział czasem, czy mówić już po polsku, czy po angielsku, gdy sytuacja wymagała dynamicznej decyzji lub działania. Dzień początkowo zapowiadający się na męczący i nużący, okazał się lekki. Szef, nim opuścił kuchnię, dał Michałowi zadanie, by Michał obrał fasolę.

– smell it!

Michał podniósł fasolę do nosa i nagle rozbłysły mu przed oczami zielone oraz żółte błyski wakacji z lat dziecięcych, gdy na plastikowej białej ławce siedział z dziadkiem, babcią i prababcią, obierając fasole. Po raz pierwszy, gdy tu był, poczuł tak silną nostalgię za domem, choć już zeszłego lata przyśniła mu się jednej nocy prababcia. Wyszedł z tego nawet skromny wiersz, który spisał na serwetce:

Zmarli znajdą Cię nawet za wielką wodą

Zerkam na zegarek i sprawdzam dzisiejszą datę

Minęła dekada odkąd nas opuściłaś na zawsze

Byłem zaledwie małym chłopcem

Gdy całowałem twój zimny policzek w tamtej chłodni

A byłaś tak ciepła i serdeczna

Dlaczego przyszłaś do mnie w nocy?

Prawie już zagoiłem pustkę po Tobie

A może tylko schowałem głęboko pod skorupę?

Zagłuszam dudniącą muzyką myśli

Bo nie potrafię sobie poradzić z ciszą

Dlaczego nie mogłaś zostać parę minut dłużej?

Bym mógł się choć w pełni pożegnać

Zjedlibyśmy kilka poziomek przed Twym odejściem

Prosto ze szklarni

Tej samej z której przynosiłaś mi latem

A po której nie ma śladu

Sąsiedzi nie znali litości ani historii

Uczynili sobie ziemię poddaną

Gdy ją opuściłem

Tym razem jednak czuł, że musi się tym z kimś podzielić. Wykorzystał kilkuminutową przerwę przed lunchem, wybiegł, by nagrać tę historię Jane, która doceniła ją, a on czuł się dumnie – wzruszenie rozlewało się po ciele; ale też i było mu nieswojo.

Drapieżne myśli nawiedzają umysł po tak długiej relacji jak 5.5 roku, wliczając w to 2.5 roku narzeczeństwa. Tamta więź też była wyjątkowa, a głowę tak łatwo stracił. Jednak przeczucie podpowiadało mu, że tym razem będzie inaczej – obydwoje byli doświadczeni rozstaniami, z których chcieli wyciągnąć lekcje, by nie popełnić tych samych błędów. A poza tym były znaki, którym nie mógł odmówić. Zwłaszcza jeden, o którym nie powiedział nikomu, choć na swój sposób padł w jednej rozmowie. Gdy rozmawiał z mamą o miłości i fundamentach. Pragnął poznać kogoś, kto będzie blisko Boga, który był dla niego ważny, a od którego się odsunął nieświadomie w poprzedniej relacji, choć nie było to tak widoczne z wierzchu. Gdy się żegnał z Jane, ta uczyniła znak krzyża na jego czole.

Przez resztę dnia po wyjściu szefa mordował się z fasolą, a także sprzątaniem kuchni po posiłkach.

Gdy wychodził z pracy, wiedział, że Jane już smacznie śpi, więc poszedł na siłownię, gdzie wykonał wyłącznie 66% planu. W tzw. „międzyczasie” napisał wiersz i uznał – wystarczy. Pierwotne założenia zrealizowane. Wrócił do namiotu, w którym mieszkał i zażył tabletkę. Wychodząc, spotkał Schuberta – dzieciaka z KD (kitchen duties) – który rozmawiał z tatą. I poczuł, jak z każdym słowem wypowiedzianym rozwiązuje mu się język. Rozmowa była przyjemna, usłyszał kilka pochwał na temat polityki polskiego rządu – jak zgadywał, mowa była o zbrojeniu – co go rozbawiło prawdopodobnie dlatego, że zrozumiał wszystko, co do niego powiedziano.

– Schubert jest świetny, naprawdę wyjątkowy i pomocny, a dziewczyny z kuchni go kochają – roześmiał się Michał, pragnąc rozmawiać jak najdłużej.

Po tacie Schuberta było widać dumę. Na koniec zaprosił Michała na piwo i burgera, a Michał obiecał wpaść nazajutrz.

Rozweselony szedł dalej między namiotami. Myślał, by w końcu poczytać więcej po angielsku. Niósł świeżo kupiony egzemplarz biografii, którą znał po polsku, licząc, że to jeszcze mocniej utrwali znajomość słówek.

Zmierzając do domku dyrektorów, usłyszał brzmienie pianina.

Jeden z klasyków muzyki klasycznej.

Postanowił sprawdzić, kto tak pięknie gra.

Wszedł po schodkach i gdy już nieomal wpadł do środka, dostrzegł Ann.

Oparł się o ścianę i słuchał z ukrycia.

Był synem muzyków, więc miał słabość do pięknych dźwięków.

Po chwili Ann obróciła się do telefonu, niemal go dostrzegając, lecz jej uwagę pochłaniało coś innego – pomachała do swojej nowej przyszłości, a Michała ukłuła świadomość ulotności uczuć w ludziach, nawet jeśli był świadomy, że ich miłość już dobre kilka miesięcy wcześniej zaczęła się wypalać, gdy powoli popadał w stany depresyjne, będąc wiecznie krytykowanym. Pragnął zadzwonić do Jane, ale nie chcąc jej budzić, napisał jej wiersz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *