Trudno się dziwić, że biurokracja w Brukseli pompuje energię i pieniądze w hasła o integracji. Nie widać bowiem haseł innych. Ani, co gorsza, polityków, którzy potrafiliby je głosić.
Kilka dni temu Ursula von der Leyen na spotkaniu z okazji pierwszej rocznicy prezentacji raportu Draghiego – swoją drogą rocznice, które obchodzi UE mogą budzić zdumienie – oświadczyła, co następuje: „Wiem, że Europa da radę, bo już pokazaliśmy, co jest możliwe, gdy mamy ambicję, jedność i pilną potrzebę. (…) Dla dobrobytu, dla niepodległości i dla Europy”. Miała to być odpowiedź na słowa Draghiego, który ostrzegł, że Chiny stały się jeszcze silniejszym konkurentem, zarówno na rynkach trzecich, jak i w obliczu amerykańskich taryf. Od grudnia ubiegłego roku nadwyżka handlowa Chin z Unią Europejską wzrosła o prawie 20 proc. Widzieliśmy również, jak zdolność Europy do reagowania jest ograniczona przez jej zależności – powiedział Draghi.
Na polskiej scenie politycznej dyskusji o kondycji UE jest też coraz więcej. Ostatnio Bogusław Chrabota, były naczelny „Rzeczpospolitej” napisał tekst pod znamiennym tytułem: „Nie Europa jest w stanie rozkładu, lecz Węgry”. Ale publicystyka coraz częściej przegrywa z twardymi danymi. Raport Centrum Studiów Politycznych w Kopenhadze, którego partnerem w Polsce jest WEI (Warsaw Enterprice Institute) nosi z kolei tytuł: „Bomba fiskalna podłożona pod europejską gospodarkę”. Czytamy tam, że kryzys zadłużenia strukturalnego UE może nie tylko mieć poważne konsekwencje gospodarcze, ale także doprowadzić do chaotycznych i nieprzewidzianych zmian konstytucyjnych w UE. W dłuższej perspektywie problem dóbr wspólnych, wspólna odpowiedzialność i brak egzekwowania przepisów Traktatu są nie do pogodzenia z obecną zdecentralizowaną strukturą polityczną UE. Zrozumiałe jest, że niektórzy obywatele popierają utworzenie federalnej władzy państwowej w UE. Jednak tak złożone i mające daleko idące skutki decyzje powinny być podejmowane na podstawie otwartych i demokratycznych dyskusji, a nie w wyniku chaotycznych i nieprzejrzystych procesów gospodarczych.
Okrągłe słowa von der Leyen padają w trakcie tygodnia, w którym działo się bardzo dużo. Jak zauważył mój ulubiony komentator „Wall Street Journal” Russel Mead: „Stwierdzenie powszechnie, choć błędnie przypisywane Leninowi, głosi, że są dekady, w których nic się nie dzieje, i tygodnie, w których dekady się dzieją. Zeszły tydzień był jednym z takich tygodni”.
Rosyjskie drony wtargnęły do przestrzeni powietrznej Polski. Prezydent Trump zażądał od sojuszników z NATO nałożenia masowych sankcji na Indie i Chiny, co zmusiłoby Rosję do zaprzestania ataku na Ukrainę. Rząd francuski upadł. Premier Japonii ogłosił swoją rezygnację po katastrofalnej kadencji. Partie „skrajnie prawicowe” kontynuowały swoje sukcesy w całej Europie a ulice Londynu wypełniły się demonstrantami antyestablishmentowymi i popierającymi Trumpa.
Tak wyglądają obrazy polityczne i są one wielce wymowne. Nie zapominajmy o procesach, które działają jeszcze niewidocznie, niejako podskórnie.
Dlaczego Europa tak odstaje w procesie tworzenia innowacji? Ceny gazu i prądu w UE pozostają wielokrotnie wyższe niż w USA, co hamuje rozwój gospodarki cyfrowej. Draghi powtarza jak mantrę słowa o potrzebie dekarbonizacji, przyspieszenia rozwoju sieci energetycznych i inwestycji w odnawialne źródła energii oraz energetykę jądrową, w tym małe reaktory modułowe.
Słowa, na które często powołują się diagnozy, padły przy prezentacji raportu w ubiegłym roku. „Przez lata Unia Europejska wierzyła, że jej wielkość gospodarcza, z 450 milionami konsumentów, niesie ze sobą geopolityczną potęgę i wpływy w międzynarodowych stosunkach handlowych. Ten rok zostanie zapamiętany jako rok, w którym ta iluzja rozwiała się”.
Prezentując fragmenty raportu Draghiego powoływałem się również na opinie Neila Shearinga, głównego ekonomisty grupy Capital Economics: „Europa stoi w obliczu ciągłego upadku bez fundamentalnych reform w swoim rdzeniu. Jeśli nie zostaną one przeprowadzone, przyszłością Europy będzie bardzo niski wzrost i wieczne obawy o fiskalną stabilność”.
W jego opinii padły jednak słowa, które początkowo zlekceważyłem. Zauważył, że dzisiaj nastrój rynkowy jest daleki od paniki wywołanej kryzysem zadłużenia w strefie euro. Ale w sytuacji, „kiedy większość rozwiniętych gospodarek notuje duże deficyty strukturalne – nawet przy pełnym zatrudnieniu i wyższych stopach procentowych – ostatnie ruchy na rynkach obligacji skarbowych pokazują, że osobowości polityczne mają równie duże znaczenie jak gospodarka, a czasami nawet większe”. Sfery gospodarcze i inwestorzy obserwują działania polityków uważnie, jak nigdy dotąd. Podobnie wszyscy obywatele powinni z jednej strony śledzić dane finansowe, a z drugiej uważnie przyglądać się, kto rządzi.
Stabilność fiskalna staje się zatem coraz bardziej kwestią stabilności politycznej. Rynki obserwują – nie tylko liczby, ale i nazwiska. Skromnym postulatem dla Europy i naszego kraju jest więc szukanie postaci, dla których zarówno polityka jak i gospodarka nie jest przestrzenią obcą. Nie wchodząc w szczegóły oceniam, że obecny rząd nie jest w stanie spełnić tego postulatu. Pozostawienie u władzy ludzi, którzy głównie karmią siebie i nas bezproduktywną ideologią – staje się, ku naszemu zdumieniu, systemowym ryzykiem.