Nie znając przeszłości, nie sposób kształtować przyszłości, ale znając zafałszowaną historię, łatwo ukształtować przyszłość niezgodną z racją stanu.
Co mówić o jakości państwa, w którym politycy mają wątpliwości co do występowania do Niemiec o reparacje wojenne, co do nazywania eksterminacji ludności polskiej na kresach II RP przez ukraińskich szowinistów – ludobójstwem. Właśnie prokuratura oddaliła zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa „banderyzmu” na Stadionie Narodowym. Nie znalazło się ono – obok nazizmu i komunizmu – na liście czynów karalnych.

Pytań coraz więcej, gdy berlińskim oddziałem Instytutu Pileckiego zarządza berlińska radna z lewicowej partii – reprezentując niemiecką politykę historyczną. W konsekwencji polski podatnik finansuje instytucję, której działania cenzuruje niemiecki rząd. Jego polityka historyczna sprowadza się do wypierania odpowiedzialności za wywołanie II wojny światowej. Już kanclerz Angela Merkel uważała, że to alianci wyzwolili jej kraj od nazistów. Jej tropem podąża polski premier, mówiąc na Westerplatte w rocznicę wybuchu II wojny o „hitlerowskiej nawale”, gdy w Wehrmachcie służyli nie tylko „hitlerowcy”. I zapewne niemiecka młodzież jest przekonana, że przynależy do narodu poetów, filozofów i muzyków, a nie także do narodu zbrodniarzy, paserów i złodziei – 1,5 mln zrabowanych polskich dóbr kultury – gdyż o tym nie wie, bo nie uczą tego w szkole.
Wreszcie w Muzeum Auschwitz otwarto stałą wystawę „Polacy z KL Auschwitz. Mieszkańcy Ziemi Oświęcimskiej w czasie II wojny światowej”, przedstawiającą los więźniów polskich i żydowskich i pomoc okolicznej ludności dla uwięzionych. W końcu ujawniono fakty historyczne – w latach 1940-1942 w obozie przebywali głównie Polacy (więźniowie polityczni, inteligencja). Dopiero potem nastąpiła zagłada ludności żydowskiej.
Tymczasem politykę historyczną realizuje Ruch Obrony Granic, propagując prawdę i fakty. Przecież to nie była wojna niemiecko-polska, lecz zaplanowana eksterminacja narodu polskiego. To Polska była największą ofiarą II wojny, to w naszym kraju działało Państwo Podziemne, z armią, administracją, szkolnictwem. Reparacje są oczywistą konsekwencją niemieckiej agresji. To kwestia godności i szacunku współczesnych. Niestety nie jest to tak oczywiste, gdy resort edukacji konsekwentnie rozmontowuje kod genetyczny polskości, ogranicza nauczanie historii współczesnej.
Młode pokolenie pozbawione pamięci o przeszłości swego kraju, o dziejach wspólnoty narodowej – będzie łatwym tworzywem do manipulacji, podatnym na partyzantkę obcych narracji historycznych. Tak jak elektorat, zapominający o matactwach Tuska w latach 2007-2015. Znów bowiem rozwija się proceder z fikcyjnymi fakturami VAT-owskimi – jak w najlepszych czasach PO. W ciągu ostatniego półrocza urzędnicy ujawnili blisko 140 tys. lewych faktur. KAS szacuje, że ich wartość brutto wyniosło ponad 4,1 mld zł (o 3% mniej niż rok wcześniej, co nie jest jednak żadną pociechą).
Mamy technologię i pieniądze – ale nie mamy czasu, więc działajmy natychmiast – powiedział premier Mateusz Morawiecki. Czy to zostanie zrozumiane? Już kiedyś (po ostatnich wyborach sejmowych) miał powstać mniejszościowy rząd techniczny, żeby kontynuować osiągnięcia PiS, ale posłowie z innych orientacji – nie chcieli. Czas pokazał, że nie mieli racji, ale to żadna satysfakcja. Klasa polityczna nie dojrzała do odpowiedzialności za kraj. Czy może być odpowiedzialna za jego historię? Czy może być podmiotem historii?
Fałszerstwo
Niemieccy politycy i media są zgodni – nie chcemy polskich resentymentów antyniemieckich. Oczyściliśmy się moralnie – i nikt nie może mieć do nas pretensji. Zresztą młode pokolenie nie może być obarczone pamięcią o zbrodniach wojennych. Co do reparacji – to sprawa jest zamknięta. Co innego wśród polskich polityków – tu zdania są podzielone. Często reprezentują oni niemiecki punkt widzenia, sprzeczny z polską racja stanu. Co zaś dotyczy relacji polsko-niemieckich, to mogą być one oparte na kłamstwie, fałszu, niedomówieniach. Taką właśnie politykę historyczną konsekwentnie prowadzi strona niemiecka, ale to chyba nie powód, by ją naśladować. Tym bardziej, że prawda historyczna jest polskim argumentem w dochodzeniu do uzyskania odszkodowań wojennych. Zresztą dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia reparacji, trudno mówić o cywilizowanych relacjach niemiecko-polskich.
Narodowo-katolicki ruch społeczny „Solidarność” przydał godności ludziom, którzy stali się podmiotem historii. To było dla komunistów nie do zniesienia – dlatego wprowadzili stan wojenny. Spacyfikowali społeczeństwo i jego dążenia do wolności, do samostanowienia. Potem przyszła gruba kreska, której piętno – brak rozliczeń komunistycznych zbrodniarzy – ciąży do dziś, przechodząc z pokolenia na pokolenia. Życie w kłamstwie stało się codziennością. Europejskie Centrum Solidarności zamazuje legendę narodowego zrywu „Solidarności”, kreując nowych bohaterów. Grubokreskowi reformatorzy demolują wymiar sprawiedliwości pod pretekstem „przywracania praworządności”. Nie da się wyjść z postpeerelowskiego układu bez historycznej prawdy, bez obudzenia sumienia społeczeństwa. Kompromitacja sędziów Trybunału Stanu pokazała, jak daleko jeszcze do demokratycznego państwa prawnego.
W uroczystościach upamiętniających Ludobójstwo Wołyńskie nie było ani premiera, ani przedstawicieli administracji 13 grudnia. To znamienne, gdy się zważy, że nie dołożyli odpowiednich starań w celu ekshumacji i upamiętnienia ofiar. W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego też nie było premiera. Czy to wyraz nowej polityki historycznej – nie wiadomo. W każdym razie, jeżeli to nie polski rząd pisze historię swego państwa, to napiszą ją inne rządy.
Hipokryzja
Ludowcy – tradycyjnie podpierający już to PZPR, już to PO – nadal są konsekwentni w tych działaniach. Nie wykorzystali polskiej prezydencji w UE, by zmontować mniejszość blokującą w sprawie Mercosur. Przedtem firmowali zielone szaleństwo, mimo że oba te pomysły brukselokratów, są przeciwko polskiemu rolnictwu. Wcześniej zawłaszczyli Witosa i przedwojenna nazwę stronnictwa – i mogą świętować długowieczność. Rozbudowane struktury lokalne zapewniają dobrostan kolejnym pokoleniom funkcjonariuszy, choć sondaże poparcia stronnictwa na szczęście pikują.
Tymczasem Komisja Europejska przekonuje o korzyściach z umowy z krajami Mercosur. W razie czego przewiduje rekompensaty – 6,3 mld euro w ciągu siedmiu lat (900 mln euro rocznie). To śmieszna kwota, gdy polscy producenci wołowiny szacują straty na 2 mld euro. Niemniej ludowcy są dobrej myśli – odgrażają się wystąpieniem do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tak bronią interesów polskiego rolnictwa, co nie przeszkadza im wykrzykiwać w kraju o swej bezpardonowej walce z brukselokratami.
Kompradorstwo
PO startowała pod przykrywką partii miłości, ale co baczniejszy elektorat spostrzegł, że to partia władzy liberałów-aferałów, zresztą prostackich, mściwych, pełnych nienawiści i nietolerancji. Cena zdobycia władzy obojętna. Można do woli eksploatować naiwność elektoratu (obietnice wyborcze), korzystać z hojności zagranicznych sponsorów (tej z ostatnich wyborów sejmowych jeszcze nie policzono). W poprzednich latach amerykańscy demokraci wydatkowali – jak się szacuje – 100 mln dolarów na wspomaganie tzw. społeczeństwa obywatelskiego, czyli ngo’sów zwalczających prawicę. Teraz pomocą służą ośrodki brukselskie i niemieckie. Trybunały zadbają o praworządność w naszym kraju, a niemiecki przemysł dostarczy wiatraki czy pociągi dużej prędkości. Zamawiający – czyli polska administracja – może być pewny poparcia, nawet wbrew tubylcom. Media polskojęzyczne dopełnią reszty.
Białostocki sąd, który przyznał trzem afgańskim migrantom 5 tys. zł zadośćuczynienia za „niesłuszne zatrzymanie” po nielegalnym wtargnięciu na teren naszego kraju, postawił się ponad logiką, ponad interesem i bezpieczeństwem państwa. Zwyciężyła lewacka ideologia brukselska. To tylko jeden przykład, gdy tzw. elity – sądowe, urzędnicze, uczelniane, medialne – stawiają się ponad instynktem państwowym, stając się ekspozytariuszami obcych interesów.
Szkodnictwo
Premier jest dobrej myśli – gospodarka rośnie. Nie tłumaczy, dlaczego dochody państwa spadają, a drożyzna (żywność, energia) nęka obywateli. Charakterystyczne, że jak PO dochodzi do władzy, to pojawia się dziura budżetowa, rośnie bezrobocie. Wśród młodych (15-34 lat), którzy nie uczą się i nie pracują, zwiększyło się do 10,3% (najwyżej od 15 lat). I trudno pocieszać się, że średnia europejska to 12,2% (najgorzej w Rumunii – 20,3%, najlepiej w Holandii – 5,9%). Fenomen nieudolnego rządu, który jednak administruje gospodarką krajową, pozostaje niewyjaśniony.
Po raz pierwszy od wielu lat w czerwcu tego roku wzrosło bezrobocie. Tymczasem przedsiębiorcy narzekają na rosnącą (dotychczas) płacę minimalną. Została więc powstrzymana (w przyszłym roku 4808 zł brutto). Powrót do taniej siły roboczej, sprzyjającej zatrudnianiu cudzoziemców, to powrót do gospodarki neokolonialnej, umożliwiającej eksploatację tubylczych zasobów ludzkich, surowców, mocy produkcyjnych. Administrujący naszą gospodarką umożliwiają zachodnim firmom dorabianie się, tym bardziej że stosując tzw. optymalizację podatkową, unikają płacenia podatków. W konsekwencji korzyści z takiej gospodarki dla obywatela-podatnika żadne, ale rząd się przecież wyżywi.
Gdy gospodarka kuleje, a niż demograficzny pogłębia się, administracja 13 grudnia nie rozpatruje możliwości repatriacji Polaków z azjatyckich republik byłej Rosji sowieckiej. Nie stwarza też zachęt do powrotu do kraju tzw. emigracji solidarnościowej (po wprowadzeniu stanu wojennego usunięto z kraju ponad 800 tys. Polaków, aktywnych społecznie, wykształconych, przedsiębiorczych). Czy mogliby przenieść swoje firmy do kraju, czy znaleźliby w nim zatrudnienie? Czy w ogóle chcieliby wracać? To pytania, na które administracja 13 grudnia powinna znaleźć odpowiedź. Niezależnie od tego, szacuje się, że poza granicami kraju przebywa ok. 20 mln Polaków. Czy to powód do refleksji? Bardziej konkretny, niż meandry brukselskiej polityki migracyjnej.