Podczas wizyty w Białym Domu nasz prezydent ofiarował prezydentowi Donaldowi Trumpowi niezwykły prezent – oprawioną w ramę biało-czerwoną opaskę z podpisem po angielsku:
Dar prezydenta RP Karola Nawrockiego
Oryginalna opaska powstańca warszawskiego z oddziału mjr Jana Tarnowskiego ps. Waligóra, dowódcy III Obwodu Armii Krajowej Wola, znaleziona na osiedlu Wola Kolonia Wawelberg
Wrzesień 3, 2025
Nazwisko dowódcy, którego podwładny nosił tę opaskę podczas Powstania Warszawskiego, poszło w świat. Jan Tarnowski to najmłodszy z komendantów warszawskich obwodów AK, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari, kawalerzysta, od października 1944 podpułkownik. Z jego dziećmi, dr Anną Kraszewską i inż. Stanisławem Tarnowskim, przeprowadziłam przed laty wywiad i bazując na ich wspomnieniach opisałam losy tego dowódcy w jednym z rozdziałów książki „Saga wrocławska”. W oparciu o przekazy rodzinne przybliżmy więc tę postać związaną z prezydenckim darem.
– Mama przez całą okupację miała zaszyte to zdjęcie w rękawie – mówiło rodzeństwo o ślubnej, lekko pogniecionej fotografii rodziców, którzy pobrali się w 1941 roku w Warszawie. – Opowiadała, że podczas powstania ojciec był ciężko ranny i przedzierał się kanałami, podtrzymywany przez dwóch kolegów.
Wymęczony dotarł do żony, oczyściła go z brudu kanałów. Nie czekał, aż rany się zagoją, wkrótce znowu był na Starówce. Do końca powstania. A potem obozy w Łambinowicach i Woldenbergu i powrót do rodziny pod zmienionym nazwiskiem, jako Stanisław Mazurkiewicz, by uniknąć komunistycznego więzienia. Nierozpoznany objął stanowisko wicedyrektora w raciborskiej Fabryce Mydła. Ujawnił się w 1947 roku, dwa tygodnie przed śmiercią. Żeby dzieciom zostawić rodowe nazwisko. – Mama powtórzyła nam ostatnie słowa ojca. Prosił, żeby nam zrobiła krzyż na czole i powiedziała, abyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy Polakami.
Jan Tarnowski herbu Jelita Koźlerogi urodził się w 1904 roku w rodzinnym majątku Barcikowo w powiecie płockim, zmarł w 1947 roku w Raciborzu. Pochodził z ziemiańskiej rodziny, jego ojciec Stanisław Tarnowski zasłynął w ziemi płockiej jako sędzia gminny z wyborów, człowiek prawy i nieugięty w walce z rosyjskim zaborcą. Dziadek ze strony matki, Adam Dunin Mieczyński, właściciel kilku wsi, powstaniec styczniowy, znany był w Płockiem jako społecznik finansujący rozwój oświaty i potrafiący dzielić się majątkiem z biednym ludem. O dorastającym Janie Tarnowskim mawiano w jego rodzinnym domu, że jest dzieckiem trudnym, ale wrażliwym.
– Ojciec miał czternaście lat, gdy wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej i wziął udział w rozbrajaniu Niemców. Jako piętnastolatek, w 1918 roku uciekł z domu do powstania wielkopolskiego. Gryzło go jednak sumienie, więc listownie dał znać rodzicom, że jest w oddziale powstańczym w Jarocinie. Dziadek wybrał się tam – opowiadały dzieci Jana – ale najpierw poszedł do komendanta i wypytał, jak się syn sprawuje. Opinię usłyszał pochlebną. Potem go obydwaj, ojciec i komendant, wezwali, pytając, kim chciałby zostać. „Tylko wojskowym” odpowiedział.
Wysłano chłopca do Korpusu Kadetów. Gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, poprosił ojca o błogosławieństwo, zapowiadając, że pójdzie się bić, nawet jeśli zgody na to nie otrzyma. Wziął udział w walkach, dostał się do niewoli, uciekł. Potem skończył Szkołę Podchorążych w Grudziądzu i został skierowany do 13. Pułku Ułanów, w którym objął na kilka miesięcy, w 1938 roku, dowództwo szwadronu tatarskiego, gdy chwilowo brakowało oficera Tatara na to stanowisko.

Z Pułkiem Ułanów Wileńskich wziął udział w kampanii wrześniowej, po niej trzeba już było zmienić mundur na cywilne ubranie i przejść do konspiracji. Zatrudnił się w Szpitalu Maltańskim (był kawalerem maltańskim) jako kierownik izby przyjęć i magazynier. W szpitalu tym poznał swoją przyszłą żonę, Elżbietę Grodzicką (córkę właścicieli Wrzącej), która już w pierwszym dniu wojny przyjechała z siostrą do Warszawy i razem z nią została skierowana do organizowania Szpitala Maltańskiego. Elżbieta i Jan – młodzi, odważni, gotowi do walki i poświęceń. Oboje w AK, ona łączniczka o pseudonimie „Danka”, on „Lelek”, „Waligóra” – od 1943 roku komendant obwodu Wola, najmłodszy stopniem i wiekiem z dowódców walczącej Warszawy, w październiku 1944 roku awansowany do stopnia podpułkownika „za osobistą postawę i odwagę w okresie walk w Warszawie”.

Jego pogrzebu w 1947 roku, w Katowicach, dzieci – wówczas kilkuletnie – nie pamiętają. Tylko ten drugi pogrzeb, który odbył się po 1956 roku w Warszawie, kiedy władze oficjalnie wystąpiły z propozycją, by pochować komendanta na Powązkach. Parę lat po śmierci męża pani Elżbieta Tarnowska przeniosła się do Rabki, ze względu na zdrowie dzieci, pracowała jako wychowawczyni w sanatorium, a po zaocznych studiach jako nauczycielka języka polskiego. Dzielnie radziła sobie z problemami bytowymi. Jak wspominali Anna i Stanisław Tarnowscy, renta po ojcu była symboliczna, można było za nią kupić kilka lodów. Zaliczono jego służbę wojskową tylko do września 1939 roku i krótkotrwałą pracę po wojnie.
W rozmowie o Solidarności, w której rodzeństwo było zaangażowane w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, o wartościach, o tym, co przekażą następnym pokoleniom, córka Jana Tarnowskiego powiedziała przed laty: – Tego się nie przekazuje słowami. To są wzorce.
Dzisiaj prezydenckim darem te wzorce świadczą o Polsce.
Cytowane w tekście wypowiedzi pochodzą z książki: Anna Fastnacht-Stupnicka, „Saga wrocławska. 74 opowieści rodzinne”, wydanie II, Wrocław 2015.